Choć Ministerstwo Transportu i Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zapowiadają, że w czerwcu kibice piłkarscy bez trudu dojadą na stadiony, to wcale nie jest to takie pewne. Wygląda na to, że niektóre bardzo ważne odcinki tras ekspresowych i autostrad w ogóle nie zostaną oddane do użytku, a kilkaset kilometrów innych otrzyma status „przejezdne”. Podróżowanie po nich wcale nie będzie odbywało się „bez trudu”, bo mogą się pojawić na nich np. ograniczenia prędkości.

Zgodnie z projektem ustawy sankcjonującej pojęcie „przejezdności” (jeszcze w tym tygodniu pochylić ma się nad nią Komitet Stały Rady Ministrów), aby zarządca drogi mógł oddać ją do użytku, wystarczy zgoda inspekcji nadzoru budowlanego, który stwierdzi, że inwestycja spełnia wymagania określone przez prawo budowlane. Prace wykończeniowe (np. stawianie ekranów akustycznych) inwestor będzie mógł prowadzić już po otwarciu drogi. Pytanie, kto będzie ponosił odpowiedzialność, gdy na takiej przejezdnej drodze dojdzie do poważnego wypadku. – Zarządca drogi, który odebrał inwestycję – odpowiada Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. Jego zdaniem ustawa to naginanie prawa dla potrzeb politycznych i przyniesie więcej szkód niż pożytku.

O obecnym bałaganie na drogach najlepiej świadczy to, że na pięć miesięcy przed turniejem sam resort transportu nie wie dokładnie, które odcinki uda się otworzyć na Euro. – O liście konkretnych dróg krajowych, które uzyskają przejezdność będzie można mówić w nieodległej perspektywie czasowej – poinformował rzecznik resortu Mikołaj Karpiński. W kuluarach resortu można usłyszeć, że taka lista powstanie za pięć dwunasta, czyli nawet pod koniec maja.

Już jednak pewne jest, że kilku odcinków nie uda się otworzyć na czas. Na trasie S5, która ma połączyć Gdańsk, Poznań i Wrocław, do czerwca uda się otworzyć jeden odcinek – skromne 35 km między Gnieznem a Poznaniem.

Z kolei trasą S8, dzięki której łatwo byłoby przejechać z Warszawy do Wrocławia, dostaniemy się tylko do węzła na autostradzie A1 koło Piotrkowa Trybunalskiego. Potem same remonty i utrudnienia.

Niełatwo będzie się dostać także na mecze na Ukrainie, gdyż A4 prowadząca do naszych wschodnich sąsiadów w czerwcu będzie jeszcze w rozsypce. Zapomnieć można też o łatwym dojeździe do Gdańska od strony Warszawy czy Łodzi. Choć status przejezdnego powinien otrzymać odcinek od Strykowa do Kowala, to już fragmentu do Torunia nie uda się oddać na czas choćby w formie przejezdnej.

Prawdziwy wyścig z czasem trwa na odcinku autostrady A2 ze Strykowa do Warszawy. – Na odcinkach A i C może brakować warstwy ścieralnej i ruch będzie się odbywał po podbudowie bitumicznej, a po zakończeniu mistrzostw ruch będzie odbywał się wahadłowo – tłumaczy Mikołaj Karpiński z resortu transportu. Eksperci są zdania, że podróżowanie po podbudowie bitumicznej wymagało będzie postawienia ograniczeń prędkości – nawet do 70 km/h.

Są jednak także dobre wiadomości. Pierwsza to taka, że choć brakuje kluczowych odcinków, znaczna część autostrad A1, A2 i A4 jest już w użytku. Druga to taka, że w lipcu, po zakończeniu Euro 2012, nie czeka nas raczej drogowy paraliż. – Nie są przewidywane kompleksowe zamknięcia dróg – zapewnia resort transportu. Ale znając życie, drogowa prowizorka na stałe może wjechać na polskie jezdnie.

OPINIA PRAWNA

Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa

Projekt ustawy regulujący przejezdność dróg służy temu, by wprowadzić ruch na coś, co jest jeszcze w budowie. To naginanie prawa w celach politycznych. W realizacji robót nic się nie zmieni, bo i tak są prowadzone na podstawie przepisów prawa budowlanego. Zgadzamy się, że do zezwolenia na użytkowanie nie są niezbędne np. ekrany akustyczne. Ale nie może być tak, że na siłę nagina się przepisy, by komuś udowodnić, że coś jest skończone, kiedy tak nie jest. To ewenement na skalę europejską. Poza tym projekt nie reguluje dokładnie pojęcia przejezdności. Nie wiadomo nawet, z jaką prędkością będzie się można po takich drogach poruszać i kto to ma ustalić oraz w ogóle do jakiej kategorii dróg taką przejezdną inwestycję zaliczyć.

Przyjęcie ustawy może negatywnie wpłynąć na jakość robót i zwiększyć koszty inwestycji, bo trzeba będzie doprowadzić do zakończenia budowę, po której już odbywa się ruch. W razie wypadku odpowiedzialność będzie ponosił zarządca drogi, który odebrał inwestycję – chyba że zostałaby udowodniona wina wykonawcy.