Przyjdzie Unia i wyrówna. Tym razem w internecie. I to tak, że pozycja Polski i naszej gospodarki może spaść do poziomu biednego i peryferyjnego Idaho czy innej Montany.
Na papierze wszystko brzmi świetnie. Tak świetnie, że kupiła to większość polityków, przedsiębiorców i artystów. Przynajmniej na początku. Ogłoszona nieco ponad rok temu strategia utworzenia w UE Jednolitego Rynku Cyfrowego (Digital Singel Market – DSM) wydawała się ratunkiem dla coraz bardziej opóźnionej Europy.
Reklama
Bo liderzy cyfrowego rozwoju – USA, Chiny czy Korea Południowa – uciekli nam już bardzo daleko. Tak daleko, że dziś 54 proc. usług internetowych, z których korzystają Europejczycy, świadczą firmy z USA; a jedynie 4 proc. z tych, które oferują firmy europejskie, to usługi występujące na więcej niż jednym, czyli ich własnym rynku. Efekt jest taki, że wartość e-handlu w Europie osiągnęła w 2015 r. poziom 377 mld dol., czyli tyle, ile w Ameryce, która ma przecież o 1/3 mniej mieszkańców niż Wspólnota. I co więcej – w opublikowanym przez Komisję Europejską raporcie dotyczącym innowacyjności unijna średnia jest sporo niższa niż w Korei Południowej, USA i Japonii (odpowiednio 24 proc., 22 proc. i 14 proc.). Jednym słowem: nie korzystamy z własnego potencjału. Więc plan, który według KE ma dać Staremu Kontynentowi nowy cyfrowy impet, a do tego zaowocować 415 mld euro dodatkowego wzrostu gospodarczego rocznie oraz setkami tysięcy miejsc pracy, przyjęto wręcz z zachwytem.

Reklama
Zapowiedzi Komisji brzmią bardzo pięknie: dzięki ułatwieniom i zmianom zasad w handlu transgranicznym zaoszczędzić mają konsumenci – do 11,7 mld euro rocznie. Mamy dostać większy wybór usług cyfrowych dzięki poluzowaniu zasad geoblokowania (wchodzenia firm na rynki innych państw), zaś reforma prawa autorskiego ma zapewnić jego lepsze dostosowanie do cyfrowych zasad, jakimi rządzi się gospodarka współdzielenia czy media społecznościowe. Wszystko to ujęto w 16 inicjatyw podzielonych na trzy filary, dzięki którym mają „zostać zlikwidowane krajowe silosy regulacji w zakresie telekomunikacji, prawa autorskiego, ustawodawstwa związanego z bezpieczeństwem danych, a także zarządzania częstotliwościami radiowymi”. Krótko mówiąc: zunifikowane, wspólne zasady dla cyfrowej gospodarki na całym kontynencie. Cud, miód i malina.
Ale gdy przeminęły pierwsze głosy zachwytu i zaczęła się refleksja, pojawiły się coraz to powszechniejsze obawy, że DSM dla wielu będzie raczej gorzką pigułką do przełknięcia. I choć pewnie jeszcze sporo czasu upłynie, zanim obudzimy się w cyfrowej wspólnej Europie, to już możemy obserwować zmiany, które nas czekają, jeżeli prawo wejdzie w takim kształcie, o jakim mowa.
– Jesteśmy w klinczu. Z jednej strony cyfrowy świat nam, Unii, ucieka. Choć przecież jesteśmy zasobnym rynkiem, to jesteśmy kolonizowani produktami i usługami głównie ze Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony pomysł na to, by z tej sytuacji się wyzwolić, tylko ten kolonializm może nasilić – ostrzega Dominik Skoczek, prawnik i ekspert od prawa autorskiego pracujący dla Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
Jego głos wcale nie jest tu odosobniony. Bo choć do opinii publicznej na razie nie przebijały się zanadto obawy związane z cyfrowym ujednolicaniem Unii, to krytyka tak naprawdę pojawiła się bardzo szybko. I o dziwo z branż, które nowe cyfrowe zasady mają przecież wspierać.
Cyfrowa zagłada
Jednolity Rynek Cyfrowy oznacza dla UE tak naprawdę podążenie śladem USA. Tyle że nie w tym kierunku, na jakim nam zależy – ostrzega Piotr Mieczkowski, ekspert EY ds. telekomunikacji. – Zapowiadana ochrona naszego rynku przed wielkimi globalnymi graczami tak naprawdę może niestety skończyć się tym, że podobnie jak w USA pojawi się podział na kraje, w ich przypadku stany, będące silnymi ośrodkami cyfrowej gospodarki oraz gospodarczo pustynne peryferia – dodaje Mieczkowski. Tłumaczy, że w Ameryce jest jedno Hollywood, jedna Wall Street, jedna Dolina Krzemowa oraz jedno miasteczko Wilmington w hrabstwie Delaware, będące siedzibą niemal wszystkich firm oferujących karty kredytowe. – A takich stanów, jak: Idaho, Moine, Montana czy Arizona, gdzie nie ma silnych firm technologicznych ani kreatywnego przemysłu, jest dużo więcej. I obawiam się, że niestety podobny los cyfrowej peryferii może spotkać Polskę – dodaje ekspert EY.
– Zmiany proponowane przez Komisję wspierają silne firmy mogące zaoferować produkty i usługi transgranicznie. Urzędnicy wychodzą z założenia, że tylko duzi będą w stanie stworzyć konkurencję dla Google’a, Apple’a czy Facebooka. Lecz w takim myśleniu tkwi pułapka – przytakuje mu Skoczek. I zaraz dodaje, że tą pułapką jest przekonanie, że nałożenie na rynek kolejnych regulacji utrudni robienie u nas nieskrępowanych niczym biznesów i pochłanianie europejskich firm przez globalnych graczy. Owszem, w mniejszym lub większym zakresie uda się na nich nałożyć pewne zasady, choćby ukrócić (przynajmniej częściowo) uciekanie z podatkami czy wprowadzić ostrzejsze zasady ochrony danych osobowych, lecz eksperci wcale nie są przekonani, że to jednocześnie wzmocni graczy z Europy.
– Jednolita gospodarka cyfrowa niesie ze sobą wiele szans, bo konieczne są zmiany. Stan, w którym mamy 28 porządków prawnych, blokuje rozwój firm. One do funkcjonowania potrzebują większej elastyczności – uważa Michał Kanownik, szef Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego, od niedawna także w zarządzie Digital Europe – największej w UE organizacji reprezentującej interesy przedsiębiorców z sektora technologii cyfrowych. – Ale dostosowanie prawa do zmieniającej się rzeczywistości to jedno, a obawiam się, że nowe zasady mogą być dyskryminujące dla lokalnych, działających na pojedynczych rynkach firm. Na razie prace KE idą w takim właśnie kierunku, że wspierane będą duże, międzynarodowe korporacje, mogące sobie pozwolić na inwestycje. A to przecież ma niewiele wspólnego z budowaniem cyfrowego impetu na całym kontynencie – dodaje.
Polscy eksperci choć są krytyczni, to i tak wypowiadają się łagodnie. W Europie opinie są już znacznie ostrzejsze. – Czeka nas kulturalny i biznesowy holocaust – grzmiał Hrvoje Hribar z Chorwackiego Centrum Audiowizualnego, organizacji zrzeszającej tamtejsze telewizje i firmy producenckie. Takie ostre słowa padły niemal równo rok temu podczas festiwalu filmowego w Sarajewie, gdy wybuchła dyskusja o przyszłości kina europejskiego. Hribar oceniał projekt jednolitego rynku cyfrowego jako szalony. Wtórowali mu filmowcy z całej Europy. Choć nie ukrywali, że obawy przed cyfrową reformą są w dużej części efektem tego, co obserwują, widząc, jak sobie poczynają w Europie nadawcy pokroju HBO czy Netfix (a to było jeszcze przed oficjalnym startem tego drugiego w kilkunastu krajach Unii).
Andre Lange, były pracownik Europejskiego Obserwatorium Audiowizualnego, międzynarodowej organizacji działającej przy Radzie Europy, przywołał słowa prezesa platformy Netflix Teda Sarandosa, który podczas festiwalu w Cannes miał powiedzieć, że to tylko kwestia 5 lat, góra 15, by rozbroić europejski ekosystem filmowy. – Już dzisiaj widać zmiany. Netflix, który działa przecież jak nadawca, nie jest poddany unijnym regulacjom. Wszystkie telewizje nadające w Europie są zobowiązane to tego, by połowa ich treści była tutejsza. Po to, by wspierać europejski przemysł filmowy i telewizyjny. Także po to, by widzom zapewnić większą różnorodność. Serwisów VOD ten zapis nie obowiązuje, a gdy w ramach prac nad DSM pojawił się postulat wprowadzenia dla nich wymogu posiadania treści lokalnych w 20 proc., to Netflix urządził wokół tego poważną awanturę, ogłaszając, że to specjalny podatek wymierzony w konsumentów, którym utrudnia się dostęp do rozrywki – tłumaczy Dominik Skoczek.
Świat producentów filmowych z zagrożenia dla europejskiego kina doskonale zdaje sobie sprawę. Marten Rabarts z Netherlands Eye Institute (Holenderskiego Instytutu Filmowego) opowiadał o pewnym holenderskim reżyserze filmowym, który zdecydował się wyreżyserować miniserial dla HBO, jak o kolaborancie. Oczywiście robił to z przekąsem, bo używanie retoryki i języka rodem z czasów II wojny światowej jest jednak pewnego rodzaju przejaskrawieniem. Ale prawda jest taka, że środowiska kreatywne czują się coraz bardziej jak partyzanci na wojnie z globalnym wrogiem.
28 > 1? Niekoniecznie
Największe opory budzi plan zniesienia zasady terytorializmu. – Dziś jest tak, że np. na nadawanie transmisji sportowych wykupuje się licencję osobno dla każdego z 28 unijnych państw. Dla sprzedającego prawa to utrudnienie, bo musi negocjować z kilkudziesięcioma podmiotami. Żeby to ułatwić, rozważane jest więc odejście od zasady terytorializmu, w efekcie widz w każdym państwie Unii ma mieć dostęp do takich samych treści – tłumaczy Mieczkowski. – Brzmi świetnie, prawda? Oznacza to, że wreszcie w Polsce będziemy mogli oglądać to samo co Niemcy czy Francuzi. Tyle że oznacza to też, że lokalnych nadawców nie będzie stać na wykupywanie licencji, bo ta na jeden rynek będzie kosztować tyle samo co na 28 – rozkłada ręce. Czyli wszystko jedno – czy prywatna, czy publiczna polska stacja telewizyjna – chcąc pokazać zmagania sportowców w 2020 r. w Tokio, będzie musiała wykupić prawa do transmisji na cały kontynent. Chyba nie ma co się zastanawiać, czy się na to zdecyduje.
To zagrożenie KE już zauważyła i pracuje nad sensowniejszym rozwiązaniem, lecz i tak wciąż upiera się nad ujednoliceniem koncesyjnym. A to, jak ostrzegają przedstawicie biznesów kreatywnych, może skończyć się tak: „Wygranymi będą producenci treści popularnych, prawie wyłącznie anglojęzycznych. Perspektywa zapaści przemysłów kreatywnych dotyczy wszystkich krajów nowej Unii, jak i wielu państw starej Unii” – ostrzega w liście do ministerstw kultury i cyfryzacji organizacja Kreatywna Polska, zrzeszająca wydawców oraz producentów muzycznych i filmowych.
Z kolei Stowarzyszenie Filmowców Polskich wskazuje na jeszcze jedno zagrożenie: „Z punktu widzenia posiadaczy praw zniesienie zasady terytorializmu oznaczałoby zburzenie dotychczasowego modelu licencyjnego, który jest powiązany z systemem finansowania produkcji. Należy pamiętać, że produkcja filmowa wymaga ogromnych nakładów finansowych. Środki w dużej mierze są gromadzone poprzez udzielanie licencji terytorialnych. Dystrybutorzy z poszczególnych terytoriów współfinansują powstanie filmu na zasadzie nabycia praw eksploatacyjnych na etapie ich powstawania” – tak pisało SFP także do polskiego rządu jeszcze w ubiegłej kadencji. Filmowcy tłumaczą, że zastąpienie licencji terytorialnych jedną licencją ogólnoeuropejską nie przełoży się wcale na to, że nagle producenci dostaną wynagrodzenie równe 28 umowom krajowym. – Co więcej, istnieje realne zagrożenie, że w takiej sytuacji łatwiej będzie zdecydować się na zakup licencji na pokazanie filmu po prostu anglojęzycznego na cały kontynent niż inwestowanie w polski, skandynawski czy francuski i konieczność tłumaczenia go dla wszystkich odbiorców – tłumaczy mecenas Skoczek. Podobne obawy zniesienie terytorialności budzi także wśród muzyków (m.in. z powodu modelu wynagrodzeń a la Spotify, na którym mają szanse zarobić tylko naprawdę największe gwiazdy) czy wydawców oraz przedsiębiorców.
Potwierdzają to wyniki badania opublikowane pod koniec ubiegłego roku przez firmę Ricoh, z których wynika, że 92 proc. europejskich przedsiębiorstw nie jest gotowych na wdrożenie jednolitego rynku cyfrowego. Już sama wiedza o tej inicjatywie jest niedostateczna, bo o planach takich rozwiązań wie zaledwie połowa badanych w UE (51 proc.). W przypadku Polski ten wskaźnik jest jeszcze niższy – 47 proc. Co więcej, 40 proc. firm obawia się zwiększonego poziomu konkurencyjności, a 37 proc. kosztów, które będzie musiała ponieść. I nie jest tak, że cyfryzacji obawiają się skostniałe, tradycyjne przedsiębiorstwa. Wręcz przeciwnie. Jedną z branż, którą zmiany mogą dotknąć, i to niekoniecznie tylko pozytywnie, jest e-handel. – Plan jest taki, by ułatwić handel online na całym kontynencie. Super, tyle że diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Obawiamy się, że na takich ułatwieniach wygrają najwięksi, mogący konkurować cenami – tłumaczy Mieczkowski. Nie mówiąc już o różnicach w VAT między poszczególnymi państwami, które to znowu zadziałają na korzyść konsumenta, ale już sprzedawcom z Polski mogą sprawić spore problemy, bo przecież mamy ten podatek jeden z najwyższych w Unii.
Cyfrowe gotowanie żaby
Można mnożyć kolejne przykłady kontrowersyjnych rozwiązań w Jednolitym Rynku Cyfrowym. – Telekomy obawiają się wprowadzenia zasady fair use policy w ramach roamingu, zgodnie z którą, według ostatnich przecieków, przez 90 dni pobytu za granicą mamy dostawać ofertę w takiej samej cenie, jaką mamy u swojego operatora. Tylko kto podróżuje przez 90 dni? – pyta Kanownik. I dodaje, że jednak wszyscy liczą na to, iż wiele z tych pomysłów uda się jakoś naprostować. – Komisja Europejska nie chce działać przeciwko Unii i zmiany w ramach Jednolitego Rynku Cyfrowego wciąż są dopracowywane. Więc najlepsze, co możemy, to głośno, bardzo głośno mówić o tym wszystkim, co może źle się dla nas skończyć – podkreśla szef ZIPSE.
Tyle że z tym głośnym mówieniem jest tak sobie. Owszem trochę listów tak do polskiego rządu, jak i do KE wysłały organizacje zrzeszające firmy szczególnie z sektora kreatywnego. Lecz takie wywody niespecjalnie są interesujące.
– Wszystkim wydaje się, że to takie unijne pomysły, co to nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zostaną wprowadzone. A to błąd. Bo nacisk na to, by weszły w życie, jest tak silny, że to kwestia 2-3 lat. I powoli, jak żaba gotowana na małym ogniu, obudzimy się już całkiem ugotowani – mówi nam jeden z menedżerów dużej stacji telewizyjnej.
– Ale naprawdę nie chodzi o samo straszenie Jednolitym Rynkiem Cyfrowym. Raczej o to, by jak najszybciej zauważyć to, jakie niesie dla nas zagrożenia, i zacząć się na nie szykować – tłumaczy Mieczkowski. – Szykować, czyli zacząć realnie wspierać polski przemysł kreatywny, nasilić działania lobbystów w Brukseli, zmieniać prawo – szczególnie podatkowe tak, by ułatwić działalność przedsiębiorcom i silnie promować zatrudnianie w Polsce. Inaczej dosyć szybko staniemy się peryferium zaoranym przez wielkie cyfrowe korporacje. Będziemy tylko konsumować, a nie wytwarzać – dodaje ekspert.
Na razie jednak brakuje nam głębokiej refleksji nad czekającymi nas zmianami. Rząd jeszcze za poprzedniej władzy zamówił w KPMG przygotowanie analizy, która stałaby się podstawą do przygotowania polskiego stanowiska w sprawie DSM. Po kilku miesiącach kontrakt został jednak zerwany. Okazało się, że firma analityczna nie dała rady przeanalizować i jasno ocenić zmian, jakie opracowuje dla nas wszystkich Komisja Europejska.