Dostawca usług telewizji i internetu zapowiedział już odwołanie od decyzji prezesa UOKiK. Przypomnijmy: Marek Niechciał postanowił ukarać jednego z liderów na rynku za niezgodną z prawem zmianę warunków umowy. UPC bowiem podniosło konsumentom opłaty w zamian za zwiększenie prędkości internetu. Sęk w tym, że umowa nie zawierała możliwości jej jednostronnej zmiany przez operatora (brakowało klauzuli modyfikacyjnej). I właśnie z tego powodu UOKiK zdecydował się nałożyć na UPC karę. A spółka ją kwestionuje.
Rzecznik UPC Michał Fura przekonuje, że decyzja urzędu dotyczy zmiany wysokości abonamentu, której towarzyszyło podwojenie prędkości internetu. Tym samym przedsiębiorca nie tyle podniósł cenę, ile zaoferował zupełnie nową, lepszą usługę; przy okazji za wyższą cenę. Pod względem prawnym ten argument jednak jest zupełnie przestrzelony. Przede wszystkim mało ryzykowną tezą będzie stwierdzenie, że nie wszyscy „uszczęśliwieni” ofertą potrzebowali szybszego połączenia. Tym bardziej że – jak stwierdził UOKiK – pierwotna szybkość wynikająca z umowy była wystarczająca do codziennej pracy. Ba, wystarczała ona nawet do korzystania z wymagających sieciowo rozrywek, takich jak gry online czy oglądanie filmów. W praktyce więc dla zdecydowanej większości klientów jedyną odczuwalną zmianą było podniesienie ceny, a nie możliwość korzystania z szybszego łącza. Zresztą i to ostatnie wcale nie jest oczywiste, gdyż operator zwiększa prędkość maksymalną, a nie dostępną dla każdego klienta.
Reklama

Reklama
Drugi z argumentów UPC dotyczy tego, że klienci mieli prawo rezygnacji z umowy. Innymi słowy, mieli dwa wyjścia: albo zaakceptować podwyżkę, albo wypowiedzieć umowę bez konsekwencji (czyli np. bez kar umownych). Zdaniem operatora konsument nie mógł więc nic stracić, gdyż jeśli nie akceptował podwyżki – mógł zrezygnować z umowy. Ale i ten argument się nie broni. Wyobraźmy sobie sytuację, że w danym rejonie zaczyna działać nowy operator. Przyciąga on potencjalnych klientów dużymi upustami. UPC jednak nie oddaje pola bez walki i ofertę nowej firmy przebija. Konsument decyduje się więc skorzystać z usług przedsiębiorcy o ugruntowanej pozycji. Ale ten – jak się okazuje po pewnym czasie – przedstawia coś na kształt wypowiedzenia zmieniającego: albo akceptujesz usługę, albo do widzenia. I to mimo że umowa nie przewidywała takiej możliwości.
Kolejny argument użyty przez Michała Furę to stwierdzenie, że zakwestionowane teraz zmiany zostały wprowadzone zgodnie z „powszechną praktyką rynkową niekwestionowaną w tamtym czasie (koniec 2014 roku – red.) przez UOKiK”. To prawda. Urząd – wbrew temu, co teraz twierdzi – zdawał się jeszcze kilkanaście miesięcy temu nie dostrzegać problemu braku klauzul modyfikacyjnych w umowach zawieranych przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych. Dostrzegł problem na przełomie 2015 i 2016 roku. Tyle że fakt, iż UOKiK nie egzekwował odpowiedzialności od przedsiębiorców, nie zwalnia ich z obowiązku przestrzegania prawa. To zaś, że klauzule modyfikacyjne są niezbędne, jeśli firma chce zmienić warunki umowy zawartej z klientem, już kilkukrotnie potwierdzał choćby Trybunał Sprawiedliwości UE.