- Przez długi czas jedyną odpowiedzią dla mieszkańców wsi, którzy borykali się z problemami finansowymi, była prosta rada: zawsze możecie wyjechać za granicę. PiS jako pierwszy zmierzył się z ich deprywacją materialną - mówi Piotr Nowak, dr hab. socjologii, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Piotr Nowak Dr hab. socjologii, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od wielu lat prowadzi badania nad rozwojem obszarów wiejskich i polityką rolną fot. Kamila Szatan/Materiały prasowe / DGP
Nowe drogi, oświetlenie, kolorowe fasady domów, zrewitalizowane tereny zielone. Zamiast przaśnych geesowskich sklepów spożywczych – duże markety. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ci palący opony rolnicy. Ile jest prawdy w tym opisie?
Magazyn. Okładka. 19.04.2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Piotr Nowak: Oczywiście znaczna część tego, co pan powiedział, jest prawdą: infrastruktura techniczna i zabudowa zmieniły się nie do poznania, w każdej gminie zobaczymy nowe chodniki i drogi asfaltowe. Taki wizerunek polskiej wsi stanowi integralną część debaty publicznej od wielu lat, szczególnie po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Media przez lata podtrzymywały przekonanie, że piękne fasady domów są wskaźnikiem rozwoju polskiej wsi i sytuacji materialnej jej mieszkańców. Obraz ten jest jednak niepełny.
Gdzie zatem prowadzą nas te nowe asfaltowe drogi?
Do miejsc, które doświadczyły ogromnego spustoszenia w wielu wymiarach. Na pierwszy rzut oka trudno dziś to dostrzec, zwłaszcza mając w pamięci, jak jeszcze niedawno wyglądała polska wieś. Przyjrzyjmy się jednak skutkom reformy oświaty, w ramach której zamknięto tysiące szkół będących centrami życia społecznego w niewielkich miejscowościach. Stanowiły one połowę wszystkich zlikwidowanych placówek. Podobnie wygląda sytuacja w obszarze ochrony zdrowia. Oprócz zamknięcia wielu przychodni i poradni zniknęły także apteki. Nie muszę chyba tłumaczyć konsekwencji tych zmian, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo nasze społeczeństwo się starzeje. Obraz robi się jeszcze bardziej ponury, gdy dodamy kwestie dochodów, a więc wskaźniki minimum egzystencji i minimum socjalnego, które pokazują, jakie warunki życiowe mają mieszkańcy wsi. Według danych GUS w 2017 r. co dziesiąty rolnik żył w skrajnym ubóstwie. Trzeba też wziąć pod uwagę skutki emigracji zarobkowych i rozbicia rodzin, problem wzrostu samobójstw wśród rolników czy braku zaufania. Powiem coś, co może być odebrane jako radykalna teza, ale moim zdaniem wieś po 1989 r. uległa społecznej dezintegracji.
Jak do tego doszło?
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiły elity podczas transformacji, było przerzucenie jej kosztów na wieś. Proszę sobie przypomnieć, co się działo z chłoporobotnikami wyrzuconymi z nierentownych, dużych przedsiębiorstw państwowych. Znaczna część tych osób trafiła z powrotem na wieś, która i tak już miała nadmiar siły roboczej. W nowej gospodarce znalazło się miejsce dla wykwalifikowanych robotników, ale cała reszta, a więc głównie chłoporobotnicy, dosłownie walczyła w latach 90. o fizyczne przetrwanie. Po II wojnie światowej na wsi dokonał się duży postęp, a w latach 70. miała tam miejsce rewolucja technologiczna. Gdyby państwo polskie aktywniej pomagało naszym rolnikom w konkurowaniu na europejskich i globalnych rynkach żywnościowych, to odnieśliby większe korzyści z tych przemian.
Zostawiliśmy rolników na lodzie?
Niestety z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że stan wiedzy i wyobraźni elit odpowiedzialnych wówczas za polską gospodarkę działał na ich niekorzyść. Spójrzmy na tzw. syntetyczny wskaźnik wsparcia rolnictwa (PSE) – miarę, która odzwierciedla skalę pomocy państwa dla producentów rolnych. Obejmuje ona takie instrumenty jak cła przywozowe, dopłaty bezpośrednie, dotacje obniżające koszty itp. W 1998 r. prof. Jerzy Wilkin w jednej z publikacji pisał, że jeżeli wskaźnik transferu dochodów od konsumentów i podatników do rolników przybiera wartość ujemną, oznacza to, że rolnictwo jest per saldo eksploatowane, a nie subsydiowane. W Polsce w 1990 r. indeks ten wynosił -20. W tym czasie nasi rolnicy konkurowali głównie z producentami żywności z UE, gdzie wskaźnik PSE przekraczał 48. Ja do 1996 r. nie widziałem na papierze żadnego planu dla wsi, a jeśli były jakieś projekty, to tylko z pomysłami na krótkoterminowe działania. Dopiero w czasach rządów AWS pojawiły się dokumenty strategiczne, które – niestety – były kalką wspólnej polityki rolnej opracowanej na początku lat 60. pod zupełnie inne realia.
Czyli opowieść o rodzącym się kapitalizmie na wsi jest dużo bardziej skomplikowana, niż potocznie myślimy.
W dyskusji na ten temat jest wiele odcieni szarości. Oczywiście kapitalizm w wielu obszarach zmienił wieś na dobre. Ale po drodze zaniedbano, a potem, poprzez niedofinansowanie i ciągłe restrukturyzacje, rozbito system współpracy instytucji wspierających rolnictwo, który sprawnie działał w PRL. Mam tu na myśli zwłaszcza instytuty badawcze, np. Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Radzikowie oraz współpracujący z nim system doradztwa rolniczego. Z jednej strony instytucje te mają obowiązek pozyskiwać część środków do swoich budżetów z działalności komercyjnej. Z drugiej strony – jako że głównie są finansowane z pieniędzy publicznych, wiążą je obwarowania prawne, przez które nie mają szans na rynku w rywalizacji z prywatnymi podmiotami, szczególnie z silnymi kapitałowo zachodnimi korporacjami, np. BASF. Efekt jest taki, że dzisiaj kwalifikowany materiał siewny (najwyższej jakości nasiona – red.) w produkcji roślinnej stosuje ok. 17 proc. rolników w Polsce, podczas gdy w całej UE średnio połowa. W Danii, Holandii, Szwecji i we Włoszech – nawet 75 proc.
Cały czas pokutuje też u nas przekonanie, że wieś to pewien społeczny i gospodarczy monolit, w obrębie którego nie ma żadnych różnic i konfliktów.
Takie upraszczające projekcje wynikają głównie z intelektualnego lenistwa. Wieś nie jest homogenicznym obszarem. Obok wspomnianych już różnic natury ekonomicznej od pewnego czasu można też obserwować rosnące animozje na tle kulturowym i prestiżowym. Czyli – mówiąc wprost – takie, które dotyczą społecznego uznania i szacunku. Znaczna część mieszkańców dzisiejszej wsi ma poczucie, że ciężko pracuje i robi coś szlachetnego, a i tak nie jest w stanie osiągnąć nawet części tego, co osiągają szemrani biznesmeni. Kolejna oś konfliktu przebiega między rdzennymi mieszkańcami wsi a tymi, którzy przyjechali z dużych miast i są relatywnie zamożni.
Co w tym przypadku rodzi animozje?
Sposób, w jaki nowo przybyli funkcjonują na co dzień, ostro kontrastuje z tradycyjnymi, lokalnymi wzorami relacji społecznych. Sołtys jednej z niewielkich wsi opowiadał mi jakiś czas temu historię o tym, jak pewnego razu wpadł na pomysł budowy nowego boiska. Miało ono dać więcej okazji do społecznej integracji mieszkańców. Przybyli na mecz swoich pociech rodzice dostali za zadanie przymocowanie bramek. Okazało się, że ci bogaci specjalnie wynajęli do tego ludzi. A sami usiedli na trybunie oraz obserwowali, jak pracują „rdzenni” mieszkańcy i zatrudnieni przez nich robotnicy. Takie zachowanie wywołało konsternację w szeregach miejscowych.
A różnice i napięcia między samymi rolnikami istnieją?
W wymiarze ekonomicznym widoczna jest przepaść między gospodarstwami rolnymi, które tradycyjnie produkują żywność, a przedsiębiorstwami przypominającymi amerykańskie farmy. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na napięcie między dwiema różnymi filozofiami ich funkcjonowania. Rolnik nigdy nie był kapitalistą, ziemia pozostawała dla niego wartością samą w sobie, a praca, którą wykonywał, nadawała jego życiu sens. Tymczasem największe gospodarstwa, dzięki dużej technicyzacji produkcji oraz dotacjom ze wspólnej polityki rolnej, są nastawione na zwiększanie wydajności i zysków. Rolnicy, którzy dostają dotacje inne niż dopłaty bezpośrednie, to jednak ok. 12 proc. całej grupy. Te różnice są więc wyraźne, choć rzadko głośno i wprost wypowiadane publicznie przez spauperyzowanych rolników z dołu hierarchii społecznej.
O tym mówił podczas niedawnej konwencji Jarosław Kaczyński. Według niego PiS jest jedyną prawdziwą partią polskiej wsi. Politycy liberalnej opozycji i wspierający ich publicyści od trzech lat pielęgnują zaś przekonanie, że Kaczyński kupił polską wieś za obietnice socjalne.
Z moich badań wynika, że ludzie na wsi nie różnią się od tych z miasta pod względem stosunku do pieniędzy i dóbr materialnych. Przez długi czas jedyną odpowiedzią dla mieszkańców wsi, którzy borykali się z problemami finansowymi, także ze znalezieniem dobrze płatnej pracy, była prosta rada: zawsze możecie przecież wyjechać za granicę. I ci ludzie to robili. PiS jako pierwszy rzeczywiście zmierzył się z ich deprywacją materialną.
Jakie znaczenie miał w tym kontekście program 500+?
Program ten dał ludziom ze wsi poczucie, że mogą w końcu pojechać do galerii handlowej nie na wycieczkę, ale na normalne zakupy. Dzieci nie muszą już donaszać ubrań po starszym rodzeństwie, bo ich rodziców stać na nowe. To wzmacnia poczucie własnej wartości i pozwala optymistyczniej patrzeć w przyszłość. Przecież z najwyższym odsetkiem ubóstwa mieliśmy do czynienia wśród dzieci mieszkających na wsi. Nie chodzi tu tylko o kwestię pieniędzy, ale też proces budowania podmiotowości. Do niedawna część ludzi nie chodziła na imieniny, ponieważ wiedziała, że nie będzie ich stać, żeby się zrewanżować. Przestano więc organizować imprezy. Znam wiele historii, które pokazują, że to się diametralnie zmieniło.
Czy PiS na trwałe pozyskał lojalność mieszkańców wsi?
Z pewnością partia ta na długo emocjonalnie związała ze sobą dużą część elektoratu wiejskiego. Jednak wpływ miały na to nie tylko transfery socjalne. PiS dowartościował też tradycyjny model życia. Elity liberalne chciały, żeby ludzie na wsi byli inni, żeby kościół był nowoczesny, bez tych narodowych naleciałości, które nie pasują do XXI w. PSL z kolei dawał sygnał, że reprezentuje nowych rolników, a więc tych, którzy potrafią napisać wniosek o dofinansowanie, są efektywni i którzy raczej niechętnie patrzą na ekologię i tradycję. PiS dobrze zdiagnozował obecną sytuację polskiej wsi, przyjmując, że nie zachodzi tam tak głęboka rewolucja obyczajowa, jak chcieliby tego liberałowie.
Ponad rok temu pierwszy raz na ulicę wyszli rolnicy zrzeszeni w ruchu AGROunia, której przewodniczącym jest wzorujący się na Andrzeju Lepperze Michał Kołodziejczak. Co ich protesty mówią dzisiaj o sytuacji na wsi?
Od początku lat 90. dominowało przekonanie, że rolnicy za wszelką cenę muszą się dostosować do rynku. To absolutnie błędne założenie, bo wiadomo, że produkcja żywności wymaga aktywnej roli państwa. Uwierzyliśmy też, że w ówczesnej Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej są superszlachetni ludzie. Dobrze to widać w analizach ekonomicznych z początku lat 90., kiedy niektóre ceny produktów żywnościowych na rynku były niższe niż koszty ich produkcji w Polsce. Taka sytuacja była możliwa tylko dzięki wysokim dotacjom, jakie rolnicy EWG w tym czasie dostawali w ramach wspólnej polityki rolnej.
Wtedy zaczął protestować Lepper.
Okazało się, że zbyt szeroko otworzyliśmy rynek na dotowaną żywność zagraniczną. Zaczęła ona wypierać krajowe produkty. Nasi politycy cieszyli się, że półki w sklepach są pełne. Tylko co z tego, skoro koszty tej transformacji ponosili rodzimi rolnicy, którzy nie byli w stanie konkurować z wysoko subsydiowanymi produktami z Zachodu. Profesor Leszek Balcerowicz pisał, że niewidzialna ręka rynku będzie regulować zasady produkcji żywności, co było kompletną bzdurą. Problem był realny, a państwo umyło od niego ręce. Właśnie wtedy rodził się Lepper. W swojej karierze naukowej analizowałem raporty z prac Ministerstwa Rolnictwa i uważam, że był on jednym z najlepszych dotychczasowych szefów resortu. Znał realia polskiej wsi jak żaden inny.
Sądząc po reakcjach na manifestacje rolników w Warszawie, wciąż mocne jest przekonanie, że to mało kreatywna i nieproduktywna grupa, która tylko wyciąga ręce po dotacje.
Wyobrażenia na temat rolników są zbanalizowane. Naiwnością jest myślenie, że tylko dzięki swojej kreatywności i pracowitości mogą zbudować wielki biznes. Zarówno w krajach Europy Zachodniej, jak i w wyidealizowanych, wolnorynkowych USA rządy zapewniają dużą ochronę wewnętrznego rynku, bardzo mocne wsparcie eksportu oraz różne rodzaje dopłat dla rolników. O polityce rolnej myślą w kategoriach racji stanu. U nas państwu brakuje takiego rozumienia.
Jeszcze do niedawna zrównywano to z gospodarczym nacjonalizmem.
Rynek żywności jest regulowany nawet w Nowej Zelandii, którą neoliberałowie tak chętnie przywołują jako przykład bardzo małej ingerencji państwa. W jakimś stopniu mają rację, ale trzeba pamiętać, że tam rolników bardzo wspomagają też czynniki przyrodnicze. Samowystarczalność żywnościowa stanowi najpotężniejszą broń polityczną na świecie. Jeżeli nastąpi głód, to ludzi nie będzie interesowało, czy żyją w najlepszym systemie politycznym na świecie. I tak go obalą.
Czyli rolnicy sympatyzujący z AGROunią, którzy zamieszczają w internecie nagrania z supermarketów, pokazując, jak zalewa nas żywność zagraniczna, mają rację?
Prowadziłem kiedyś badania ze swoimi studentami w dużych sklepach sieciowych i na bazarkach. Sprawdzaliśmy w nich pochodzenie sprzedawanych produktów. Wyniki były szokujące. Tylko 40 proc. żywności stanowiły produkty krajowe, a był to przełom maja i czerwca. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że jestem zwolennikiem zakazu sprzedaży w Polsce artykułów z innych państw, bo przecież stanowimy wspólny rynek. Ale rywalizacja powinna być uczciwa. Zobaczmy, jak swój rynek chroni np. Dania. Tam państwo prowadzi proedukacyjne akcje zachęcające do kupowania rodzimych produktów w imię tworzenia miejsc pracy i wyższych wpływów z podatków. Moglibyśmy w Polsce uczyć ludzi czytania etykiet, tłumaczyć im, co jest złego, a co dobrego w patriotyzmie konsumenckim.
W jaki sposób państwo mogłoby jeszcze wspierać samych rolników?
Mamy świetny instytut w Radzikowie oraz kilka innych hodowli nasion, ale niestety obecnie otwieramy szeroko ramiona na zachodnie korporacje. Nie są one złem wcielonym, ale zaczynają dominować na rynku nasion i wypierają te rodzime. Jest ryzyko, że rolnik, który zechce uzyskać wysokie plony, będzie uzależniony od firmy zagranicznej dysponującej materiałem siewnym. Doprowadzi to do swoistej prywatyzacji natury. Czy prywatni właściciele powinni mieć wyłączność na nasiona, które są podstawą ludzkiej diety? Do tej pory traktowaliśmy je jako dobro wspólne. W naszym imieniu państwo hodowało nasiona i każdy, kto chciał, dostawał np. worek pszenicy, którą mógł wysiać i potem mieć z niej chleb. Jeśli właścicielem takiego worka będzie korporacja, to będziemy zależni od cen, które nam narzuci.
Czy państwa nie dostrzegają związanego z tym zagrożenia?
Na Zachodzie już od dobrych paru lat zwraca się uwagę na zrównoważony rozwój, dywersyfikację dochodów i stabilizację produkcji. Powoli zaczynamy sobie uświadamiać fakt, że zwiększanie wielkości produkcji najczęściej odbywa się kosztem jakości żywności. Innej opcji nie ma. Twierdzenie, że można produkować dużo, tanio i o wysokiej jakości, to oszustwo.
Tylko nie robi ono dzisiaj na nikim wrażenia.
Dzieje się tak, bo szokujące fakty wciąż słabo przebijają się do świadomości społecznej. To, jak dużą cenę płacimy za obecną politykę rolną, dobrze pokazuje historia środka chwastobójczego glifosat. Wiemy, że preparat ten nie degraduje się biologicznie w krótkim czasie, że przenika do organizmu i jest czynnikiem chorobotwórczym. Jest jednak stosowany, ponieważ podnosi wydajność i opłacalność produkcji. Koszty tego wszystkiego poniosą nasze dzieci, które będą spożywały skumulowaną substancję czynną z pestycydu w innych produktach jeszcze przez wiele lat.
Chce pan temu przeciwstawić opowieść o tym, jak to dawniej rodziny same plewiły chwasty? Przecież to utopia.
Myli się pan. Coraz częściej w debacie publicznej pojawiają się wątki o powrocie do agroekologii i zaletach mniejszych farm. W niektórych państwach politycy zaczynają się wycofywać z dużej koncentracji produkcji, np. olbrzymich kurników dla tysięcy kur. Wiadomo, że w perspektywie długofalowej dla nas wszystkich dotychczasowy model oznacza katastrofę. Holenderski socjolog wsi Jan Douwe van der Ploeg opisuje nawet społeczny ruch nowego uchłopienia, raczkujący w Ameryce Łacińskiej i pukający do Europy.
Coś w rodzaju renesansu chłopstwa?
Idea jest taka, aby wrócić do współistnienia z naturą. Produkcję na skalę przemysłową zastąpić nowym typem, uwzględniającym przede wszystkim społeczne potrzeby, a nie tylko zyski. Przecież dużo efektywniej byłoby produkować tyle, ile potrzebuje dany region. Oczywiście musielibyśmy się zabezpieczać, magazynować, bo nie mamy wpływu na naturę, ale taki model jest możliwy. Dzisiaj, zanim żywność trafi na nasze talerze, musi najpierw przebyć ok. 10 tys. km.
Jak to zmienić?
Zacznijmy od podstawowych potrzeb żywnościowych. Możemy wymieniać się barterowo, uniezależnić od reguł rynkowych. Najważniejszym elementem w relacjach między konsumentem a producentem jest zaufanie. Nie będzie ono silne, jeśli wartość towaru wyceniają jacyś maklerzy na giełdzie, spekulanci czy korporacje. Powinniśmy ustalać ją sami. Obserwowałem ostatnio, jak działają krótkie łańcuchy żywnościowe w Austrii, Niemczech i Czechach. Widziałem tam m.in. modelowo działające gospodarstwo rodzinne, które produkuje tuczniki, we własnej masarni przerabia mięso na wędliny, a potem sprzedaje je pod własną marką w punkcie koło ratusza, udostępnianym przez miasto. Produkcja nie jest duża, ale wystarczająca, aby gospodarstwo się utrzymało, a mieszkańcy lokalnej społeczności mogli cieszyć się konsumpcją zdrowej i wysokiej jakości żywności. Za zarobione pieniądze członkowie gospodarstwa rodzinnego w pierwszej kolejności kupowali inne dobra konsumpcyjne od swoich sąsiadów na lokalnym rynku.