Wielkie platformy internetowe mają płacić w Europie nawet za udostępnianie niewielkich fragmentów artykułów prasowych chronionych prawami autorskimi. Wczoraj Parlament Europejski przyjął swoją wersję dyrektywy o prawach autorskich, która zakłada bardziej proporcjonalny podział zysków między twórcami i producentami a pośrednikami internetowymi zarabiającymi na owocach ich pracy. Chodzi przede wszystkim o kluczowy art. 11 przyznający wydawcom prasowym – ponoszącym największe koszty powstawania artykułów – tzw. prawa pokrewne.
Dzięki nim będą mogli żądać od dużych platform i agregatorów zarabiających na wyświetlaniu części lub całych materiałów dziennikarskich opłaty licencyjnej. – Jestem bardzo zadowolony, że pomimo intensywnego lobbowania przez internetowych gigantów mamy w Parlamencie Europejskim większość popierającą zasadę uczciwej zapłaty dla europejskich twórców – powiedział po głosowaniu sprawozdawca projektu komisji prawnej JURI Alex Voss. Ostatecznym tekst dyrektywy poparło 438 europosłów, 226 było przeciwko, a 39 wstrzymało się od głosu.
Wśród głosujących „za” znaleźli się m.in. deputowani Platformy Obywatelskiej należący do Europejskiej Partii Ludowej. – Zdążyliśmy już usłyszeć, że jest to zamach na wolność w internecie. Chciałbym powiedzieć, że większego kłamstwa nie można stworzyć. Decyzje, które dziś zapadły na sali plenarnej PE, to jest działanie wręcz na rzecz użytkowników internetu – powiedział po finalnym głosowaniu Tadeusz Zwiefka z PO. Po drugiej stronie barykady stanęli z kolei europosłowie Prawa i Sprawiedliwości z frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.
Reklama
Poprawki wprowadzone do projektu gwarantują, że prawa pokrewne wydawców prasowych nie będą obejmować linków zawierających pojedyncze słowa publikacji (np. tytuł artykułu czy fragment leadu). Nie będzie też przeszkód, aby dalej korzystać z publikacji chronionych prawem autorskim na własny, niekomercyjny użytek. Europarlamentarzyści przyjęli także poprawkę, która ma zapewnić, że nie tylko wydawnictwa, ale i pracującym w nich dziennikarze uzyskają możliwość domagania się udziału w wynagrodzeniu przysługującym ich pracodawcom. Co ważne, mikro i małe platformy w ogóle będą zwolnione ze stosowania dyrektywy, podobnie jak niekomercyjne encyklopedie online oraz platformy oprogramowania open source (np. GitHub).
Złagodzono także kształt innego przepisu dyrektywy budzącego skrajne emocje – art. 13, który ma przyczynić się do zniwelowania dysproporcji między honorariami osiąganymi przez artystów i innych twórców a zyskami portali streamingowych i społecznościowych. W założeniu te ostatnie będą zobowiązane do zawierania umów licencyjnych z właścicielami praw autorskich na wykorzystywanie ich dzieł. Jeśli się na to nie zdecydują, to muszą wprowadzić mechanizmy wykrywania na swoich stronach materiałów podlegających ochronie (takie jak technologie identyfikacji treści).
Europosłowie przeforsowali przy tym poprawkę, aby przepis ten obowiązywał jedynie platformy przechowujące lub udostępniające duże ilości materiałów filmowych czy muzycznych, a także w jakiś sposób je eksponujące. Kolejna wprowadzona korekta wymaga z kolei, aby filtry wychwytujące chronione utwory były zaprojektowane tak, aby uniknąć przypadków pochopnego usuwania treści, które nie naruszają praw autorskich. Platformy będą też zmuszone stworzyć ścieżkę odwoławczą dla użytkowników, którzy poczują się poszkodowani „decyzją” algorytmu o zablokowaniu wrzuconego materiału. Skargi ma rozpatrywać człowiek, a nie automat.
Teraz tekst dyrektywy musi zostać uzgodniony z Radą UE.