Tomasz Siemoniak: W wojsku nie ma już na szczęście szybkich awansów na stopnie oficerskie. Teraz gwarantujemy przejrzyste zasady zdobywania kolejnych stopni i stabilną pracę

Po pana awansie na wicepremiera od razu pojawił się projekt rozporządzenia, który przewiduje m.in. częstsze podwyższanie dodatku stażowego dla podoficerów i oficerów. Wcześniej resort obrony miał problemy z przekonaniem ministra finansów do tego typu zmian…

Zapowiedź doskonalenia systemu motywacyjnego w części materialnej była długo oczekiwana w środowisku żołnierskim. Dla wielu osób będzie też to istotny argument, przy rozważaniach czy warto przez długi okres służyć w wojsku. Prawdą jest, że zabiegaliśmy o te zmiany od dawna. Jednak wzrost dodatków dla żołnierzy wszyscy odebrali jako naturalny kontekst tego, co się dzieje na wschodzie i ewentualnych zagrożeń dla Polski. Trzeba pamiętać, że w takich sytuacjach rola armii wzrasta. Przy zagrożeniu bezpieczeństwa kraju nie należy patrzeć na wojsko, jak na jedną z wielu formacji mundurowych, bowiem w tym czasie staje się ona formacją szczególną, także dla opinii publicznej. Dlatego też w ramach dotychczasowych środków na uposażenia, wygospodarowano podwyżki dla części żołnierzy. Ten mechanizm będzie premiował żołnierzy z długoletnią służbą. Chcemy w armii zatrzymać doświadczonych żołnierzy. Patrząc przez pryzmat pieniędzy, trzeba pamiętać, że odchodzący z armii żołnierz z dużą wysługą wciąż jest finansowany z budżetu MON. To wojsko płaci mu emeryturę.

Tymczasem szeregowi mają wrażenie, że armia o nich już całkowicie zapomniała. Dla nich podwyżek nie ma. Co więcej po odsłużeniu 12 lat większość z nich musi się pożegnać z wojskiem. Czy ci najniżsi stopniem niewiele znaczą dla MON?

Szeregowi są dla nas ważni, ale na sprawę trzeba spojrzeć szeroko. Z jednej strony mamy interes szeregowych, którzy chcieliby mieć szerszy dostęp do służby stałej, a z drugiej interes armii. W służbie wojskowej potrzebny jest ciągły napływ świeżej krwi, czyli osób w wieku około 20 lat. Wydaje mi się, że to jest kwestia uczciwych zasad. Przychodzisz do wojska masz pewne 12 lat pracy, a jeśli będziesz się wyróżniał masz szansę zostać podoficerem, a nawet oficerem. Proszę mi wskazać, kto dziś na rynku pracy daje możliwość zatrudnienia dwudziestolatków przez najbliższe 12 lat. Patrzę na sprawę mając na względzie doświadczenie wielu zachodnich państw – na przykład Belgii - gdzie szeregowi zestarzeli się razem z armią. I teraz te państwa mają problem, bo nie wiedzą co zrobić z żołnierzami, którzy mają po 50 lat. A przecież od szeregowych wymagamy sprawności fizycznej i otwartości na nowe wyzwania. Wydaje mi się, że trzeba dbać o to, aby obowiązywały przejrzyste zasady. Często słyszę, że nie zawsze jest tak, że najlepsi zostają podoficerami. Mówi się, że decydują o tym znajomości. Bardzo trudno z tym polemizować. W takich sytuacjach proszę o konkretny sygnał, wtedy mogę właściwie reagować.

Skoro szeregowi tak bardzo chcą być w armii, to może zmienić przepisy i wydłużyć im służbę do 14 lat.

Prowadzone są takie analizy i nie jest wykluczone, że na niektórych stanowiskach szeregowych ta służba może trwać dłużej. Zawsze jednak będę się kierował interesem wojska. Nie można zakładać, że wojsko jest dla żołnierzy, musi być odwrotnie.

Ostatnio NSA wskazał, że dowódca nie musi podpisywać z szeregowym kolejnego kontraktu jeśli nawet będzie miał wątpliwości, a nie pewność, że mundurowy nie poradzi sobie np. kondycyjnie.

Sąd potwierdził stanowisko, że najpierw liczy się interes państwa i jego bezpieczeństwa, a dopiero później pojedynczych osób.

Jeśli poprawi się sytuacja na rynku pracy, to wtedy wojsko znów w panice będzie organizować kampanie zachęcające inżynierów lub innych specjalistów, aby wstąpili do armii. Nie obawia się pan takiego zagrożenia?

Nie. Nie zapominajmy, że duży procent wojska to ludzie pasji, którzy są w nim nie dla pieniędzy. Nawet jeśli sytuacja na rynku się poprawia, to chętnych do służby będzie dużo. Wojsko jest bowiem dobrym pracodawcą, który daje możliwości wyjazdu zagranicę i opiera się o sprawiedliwe zasady awansu. W wojsku nie da się pewnych rzeczy przeskoczyć, jeśli chodzi o karierę. Chociażby nie można od razu zostać generałem.

Ale w resorcie jest wielu pułkowników, którzy zdobyli ten stopień w trybie ekspresowym.

To nie było dobre. Obecnie nie ma takich praktyk i możliwości prawnych, a system awansu jest przejrzysty. W polityce kadrowej preferujemy długoletnie doświadczenie i staż służby na stanowisku. Nie tylko w wojsku, ale także w straży granicznej czy policji, jest etos służby i szacunek dla doświadczenia żołnierza.

Służba celna od września ma kobietę generała. Znam osobiście w armii kilka pań w stopniu pułkownika, ale te nie liczą na to, że kiedyś doczekają się stopnia generała. Czy mają rację?

Rzeczywiście w resorcie są panie w stopniu pułkownika, część z nich to m.in. świetne prawniczki. Natomiast nie spodziewałbym się awansu generalskiego w korpusie prawniczym. Bardziej w linii, gdzie mamy już kobietę kapitana a nawet majora. Przypuszczam, że w ciągu ośmiu do dziesięciu lat wojsko doczeka się kobiety na stanowisku generała. Osoba z takim stopniem powinna służyć i awansować z tzw. linii. Nie można takiego rozwiązania tworzyć na skróty.

Dostrzegam u pana premiera pewną niekonsekwencję, bo pracownik pańskiego sekretariatu, który zajmował się głównie pracą administracyjną otrzymał w sierpniu awans na stopień generalski. 

Ten oficer służył wcześniej na stanowisku generalskim przez 4 lata, ma za sobą stanowiska dowódcze i sztabowe. Dostał nominację generalską po objęciu stanowiska szefa Centrum Operacyjnego MON. Także w ministerstwie potrzebni są generałowie, jednak pozostaje kwestia w proporcjach, a one są jednoznaczne na korzyść linii.

Generał Skrzypczak podczas ostatniej rozmowy o ucywilnianiu stanowisk w resorcie obrony wspominał, że gdy był wiceministrem to miał trzech żołnierzy, którzy byli kelnerami. Według niego przy tak małym wojsku takie osoby powinny biegać po poligonie. Czy ten Pan, który przyniósł nam kawę i herbatę też jest żołnierzem?

Jestem za zmianą stanowisk wojskowych na cywilne, tam gdzie się da. Ale nie widzę nic złego, że osoby pracujące w kluczowych miejscach przy ministrze, są żołnierzami, wobec których pozom wymagań jest szczególnie wysoki.

Nie wszystkich jednak da się sprawdzić i prześwietlić, choćby biorąc pod uwagę ostatnie zatrzymanie oficera i pracownika cywilnego, któremu zarzuca się szpiegowanie na rzecz obcego państwa. Czy coś więcej może nam Pan Premier powiedzieć?

Ważne, że nasze służby kontrwywiadowcze są sprawne i wykrywają takie przypadki.

Co dalej z Narodowymi Siłami Rezerwowymi?

Będziemy dążyć do tego, aby NSR działały jeszcze lepiej. W listopadzie przedstawimy pakiet założeń, które zintensyfikują proces tworzenia zwartych oddziałów uzupełnianych żołnierzami NSR. Chcemy także by ta formacja była bardziej otwarta na współpracę z organizacjami pozarządowymi o charakterze proobronnym.

W NSR jest 10 tys. żołnierzy, a powinno być ich dwa razy więcej. Tymczasem centrum szkoleń jest tylko osiem. Czy armia jest w ogóle w stanie szybko uzupełnić braki, tym bardziej że wielu ochotników decyduje się na przejście do armii zawodowej?

Ta liczba rzeczywiście jest niesatysfakcjonująca, ale nie o ilość, lecz o jakość tu chodzi. NSR stanowi ważny element systemu uzupełnieniowego sił zbrojnych. Istnieje duża rotacja żołnierzy w tej formacji, co nie oznacza utraty tych żołnierzy, gdyż pozostają oni w zasobach wyszkolonych rezerw osobowych i mogą być wykorzystani w razie potrzeby. Z drugiej strony żołnierzom rezerwy, którzy ochotniczo podjęli obowiązki i sprawdzili się w ramach NSR, nie można zamykać drogi do służby zawodowej. Żołnierze NSR odbywają ćwiczenia w jednostkach wojskowych. Natomiast szkolenie ochotników odbywa się w ośrodkach i centrach szkolenia w ramach służby przygotowawczej. Od października 2010 r. przeszkolono w ramach tej służby około 21 tys. ochotników, co świadczy, że możliwości szkolenia w tych ośrodkach nie są takie małe.

Czy żołnierz NSR będą mieli płacone za gotowość?

Popieram stanowisko, że należy płacić za podtrzymywanie umiejętności niezbędnych dla danego żołnierza NSR w wojsku.

Wspomniał Pan, że wojsko zaprasza na ćwiczenia byłych rezerwistów. Przepisy nic nie mówią o zaproszeniu, ale o powołaniu. Dodatkowo grozi za to trzy lata, jeśli ktoś będzie się uchylał od tego obowiązku.

Rezerwy zaczęliśmy szkolić ponownie od 2013 r. W pierwszym roku przeszkoliliśmy 3,5 tys. osob, w bieżącym roku jest to siedem tysięcy, a w 2015 r. chcemy szkolić 14 tys., a docelowo 38,5 tys. Okazuje się, że bardzo mało osób uchyla się od tego obowiązku. W ubiegłym roku tylko dwa procent spośród wezwanych na szkolenie nie pojawiło się w jednostkach.

Czy ścigacie takie osoby?

Mają obowiązek stawiania się na ćwiczenia. Jeśli powody, dla których nie mogą tego zrobić są ważne, to staramy się uwzględniać ich wyjaśnienia.

Czy znajdziecie rezerwistów, jeśli zniesiony zostanie obowiązek meldunkowy?

Nad rozwiązaniem tej kwestii pracuje specjalny zespół. Trzeba pamiętać, że to na obywatelu ciąży obowiązek powiadomienia WKU o aktualnym miejscu zamieszkania lub jego zmianie. Ponadto dane do ewidencji wojskowej w tym zakresie mogą być pozyskiwane również z innych źródeł.

Czy podziela Pan stanowisko generała Bogusława Packa, że nasz kraj też może być objęty konfliktem zbrojnym?

Rozmawiałem z generałem, jego wypowiedz została trochę źle zrozumiana. Zagrożenia natomiast są możliwe nie tylko od Wschodu. Mamy także konflikt np. w Syrii. Musimy być przygotowani na wszystkie ewentualności.

Poboru jednak nie będzie?

Nie. Jak już mówiłem, musimy się skupić przede wszystkim na szkoleniu rezerw.

A skąd się wzięło 130 mld zł na modernizację armii?

Minister finansów podał prognozowany wzrost PKB na najbliższych 10 lat. Na tej podstawie obliczono, ile z tego będzie można przeznaczyć na wydatki obronne, ile na modernizację.

14 głównych programów modernizacyjnych opiewa na 91,5 mld zł.

Tak, zapisaliśmy je w wieloletnim programie.

Z tegorocznych planów MON wynika na 14 programów modernizacyjnych ma być wydanych w tym roku 3,5 mld zł. W pierwszym półroczu wydano tylko 840 mln zł. To mniej niż 25 proc. planowanych wydatków. Nie obawia się pan, że MON się nie wyrobi?

Ponad wszelką wątpliwość – nie. Niedawno mieliśmy naradę w tej sprawie i odpowiedzialne za przetargi osoby zapewniły mnie, że to będzie wykonane.

To w styczniu w MON pewnie będzie wiele dymisji? 

Nie sądzę. Oczywiście mamy trudność wynikającą z tego, że ten rok był pierwszym pełnym rokiem programu wieloletniego na lata 2013 – 2022. Plan powinien być wykonany, ale nie jest to cel sam w sobie. Jestem spokojny o 2014 r. Premier już zapowiedziała podniesienie wydatków na obronność do 2 proc. PKB, a poza tym do takich działań skłania nas sytuacja międzynarodowa. Wydanie tych pieniędzy to nie jest herkulesowe dzieło. Oczywiście jakiś przetarg może nie wyjść, ale na taką ewentualność trzeba mieć plan B, plan C.

Ale wie pan, że 6 z tych 14 programów modernizacyjnych jest opóźnionych?

Wiem.

Nie martwi to pana?

Martwi.

Dlaczego najwyższy rangą wojskowy odpowiedzialny za zakupy – generał Sławomir Szczepaniak w ubiegłym miesiącu podał się do dymisji?

Do mnie żaden dokument w tej sprawie nie dotarł. Generała Szczepaniaka cenię, uważam za dobrego szefa inspektoratu uzbrojenia. Będzie on dalej pracował dla wojska.

Nie uważa pan, że jeśli tak ważna osoba i część jego zespołu zastanawia się nad odejściem, to z modernizacją armii coś jest nie tak?

Osoby pracujące nad modernizacją armii odczuwają wielką odpowiedzialność za zadania, których się podjęli. Bardzo doceniam ich pracę. Generała Szczepaniaka cenię też za szczerość, dużo bardziej wolę trudne z nim dyskusje, niż pracę z potakiewiczami.

Pułkownik Tomasz Jakusz na łamach wydawanego przez MON „Przeglądu Sił Zbrojnych” ostatnio stwierdził, że „odpowiednie komórki MON zostały zminimalizowane do wykonywania zadań bieżących, przez to eksploatacja starzejącego się sprzętu już jest wyzwaniem, a realizacja ogromu zadań programu modernizacji technicznej jest zagrożona”.

Dyskutujemy o modernizacji, nikogo nie zniechęcam do wyrażania swojej opinii. Jedni mówią, że opóźnienia to wina gestorów, bo jest ich za dużo, inni, że przez to, że jest ich za mało. Proszę krytykować ministra za to, że coś idzie za wolno, a nie za to, że pułkownik Jakusz zwrócił na coś uwagę. Nie znam go osobiście, ale cieszę się, że nie boi się czegoś skrytykować. Gestorzy narzekają na inspektorat uzbrojenia, inspektorat na sztab generalny, a ten na gestorów. To jest samo życie wojskowe. Każdy uważa, że ma za mało etatów.

Porozmawiajmy o helikopterach, ostatnio na prośbę zainteresowanych firm znów przesunął się termin składania ofert. 

Kończy się faza ostatnich rozmów, firmy zadały nam ponad 800 pytań. Oni walczą o swoje interesy, my o swoje. Można było oczywiście zrobić 3 – 4 przetargi i kupować po kilkanaście sztuk. Nasza decyzja, podjęta dwa lata temu, że chcemy 70 śmigłowców, była podyktowana tym, że chcemy, by zakład produkujący śmigłowce był w Polsce.

W tym momencie mamy w Polsce dwóch poważnych producentów: zakłady w Świdniku i w Mielcu. Wybór jednego oznacza problemy przetrwania drugiego. Nie byłoby lepiej, by na zamówieniach skorzystali jedni i drudzy?

Najważniejsze jest to, by polska armia miała dobry śmigłowiec. Jak my zaczniemy dzielić zamówienia, to nie uda nam się niczego zmodernizować.

Od lat słyszymy, że polski przemysł powinien brać udział w modernizacji. Czy rzeczywiście tak musi być?

Musi. Ale przede wszystkim wojsko polskie musi mieć dobry śmigłowiec. Trzeci oferent deklaruje, że zbuduje u nas fabrykę, a my od tych, którzy już tu są, oczekujemy pewnych rzeczy. Nie jest tak, że jeśli ktoś już u nas zainwestował, to automatycznie dostanie zlecenie. Oczywiście wokół tego rodzą się napięcia. Chcemy wybrać najlepszy śmigłowiec, jakiego potrzebujemy, a nie taki, który dana firma chce akurat produkować. Ważne są także miejsca pracy. Mając pieniądze na 70 śmigłowców możemy oczekiwać więcej, niż oferują zakłady, które obecnie działają w Polsce. Postępowanie na śmigłowce jest bardzo trudne, ponieważ jest trzech ostrych konkurentów, do tego kontroluje nas Komisja Europejska. Nie możemy dać sobie wmówić złego rozwiązania.