Od poniedziałku w systemie Państwowego Ratownictwa Medycznego (PRM) mogą jeździć tylko państwowe karetki. Kontrakty prywatnych dysponentów wygasły 1 kwietnia. Od tego dnia obowiązują nowe umowy i nowe wojewódzkie plany dotyczące ratownictwa – oparte na nowych zasadach, które wprowadziła ustawa z 10 maja 2018 r. o zmianie ustawy o PRM oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r. poz. 1115).

Eliminacja niepublicznych podmiotów, zmiana rejonów operacyjnych, a także m.in. wymóg, by każdy dysponent posiadał dyspozytornię, sprawiły, że w wielu regionach powstały konsorcja, które starały się o kontrakty na ratownictwo. W ich skład wchodziły np. szpitale, a także prywatni dysponenci. Kluczowe było bowiem, by był to podmiot będący publicznym ZOZ-em, jednostką budżetową lub taką, w której 51 proc. udziałów ma Skarb Państwa bądź samorząd. W wyniku nowego rozdania część karetek wróciła pod zarząd szpitali. Ratownicy przekonują, że nie jest to dla nich korzystna sytuacja.

Ani prywaciarz, ani szpital

Upaństwowienie to krok w kierunku przekształcenia ratownictwa w państwową służbę. Taki cel deklaruje rząd, tego domaga się duża część środowiska. – Od początku chcemy być służbą i tak powinniśmy być traktowani. Dążyliśmy do tego, by stworzyć 16 dużych centrów ratownictwa, po jednym na każde województwo. Konsorcja są tego zaprzeczeniem – mówi Roman Badach-Rogowski, przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego.

Poza tym, jak dodaje, jest to sposób na zasilenie szpitalnych budżetów. – Środki na ratownictwo będą przeznaczane na utrzymywanie szpitali. Zresztą zostało to przez niektórych dyrektorów literalnie wyrażone. Dlatego uważamy, że całe ratownictwo powinno być wyłączone ze struktur szpitalnych, by było niezależne – podkreśla.

Rzeczywiście, w wypowiedziach, które w ostatnim czasie, przy okazji inauguracji nowych kontraktów, przytaczane były w lokalnych mediach, poza zapewnieniami, że karetka przy szpitalu poprawi bezpieczeństwo pacjentów, pojawiają się także opinie, że pomoże mu to finansowo.

– Zawsze było tak, że jeśli szpital miał zespół ratownictwa, to jakaś część środków była przez niego zabierana. Niestety jest to zgodne z prawem z racji tego, że to NFZ rozdysponowuje pieniądze na ten cel. Gdyby wojewoda przekazywał finanse bezpośrednio do dysponenta, to ten musiałby się rozliczyć co do grosza. Ale w obecnej sytuacji to, co szpitalowi zostaje, może wykorzystać we własnym zakresie. I większość lecznic to robi – potwierdza Piotr Dymon, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych.

Tysiące kredytobiorców walczą z bankami w sądach

Źródło obławiania się?

Za ratownictwo odpowiadają wojewodowie, finansowane jest z dotacji budżetowej, ale kontraktowane jest przez NFZ. I to – według ratowników – jest zasadniczy problem, pozwalający dyrektorom szpitali na „kreatywną księgowość”.

Nie do końca zgadza się z tym Marek Wójcik, ekspert Związku Miast Polskich (ZMP). Jego zdaniem z ratownictwa nie da się wiele „uszczknąć”. – Od 2008 r. nakłady na ten cel są na podobnym poziomie, czyli 1,8–1,9 mld zł. W skali tych kilkunastu lat wzrost jest kilkuprocentowy, podczas gdy w innych kategoriach świadczeń – kilkudziesięcioprocentowy. Na ten rok nie ma ani złotówki więcej niż w zeszłym. A koszty rosną. Na ratownictwie nie ma już gdzie oszczędzać – ocenia.

Zgadza się z tym Krzysztof Żochowski, wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych. – Jeszcze kilka lat temu tak jak do większości świadczeń się dokładało, tak na ratownictwie można było pewien dochód wypracować. Ale te czasy minęły. Od wielu lat stawki są niezmienione, dlatego trzeba naprawdę się napracować, żeby zamknąć się w budżecie na to przeznaczonym – mówi. I dodaje, że ma to dwie strony. – Można sobie wyobrazić sytuację, że jeśli ktoś prowadzi ratownictwo dobrze i wygospodaruje jakieś środki, to przeznaczy je na coś, co jest mniej dochodowe. Ale może też być odwrotnie – że z innej działalności dokłada do ratownictwa, jeśli priorytetowo je traktuje albo konieczne są jakieś inwestycje – podkreśla.

Roman Badach-Rogowski przekonuje jednak, że ratownictwo wciąż jest atrakcyjne finansowo. – Koszt jednej karetki podstawowej to 3 tys. zł na dobę, specjalistycznej – 4 tys. zł. A ratownik kontraktowy zarabia ok. 20 zł na godzinę, w zespole „P” jest ich na ogół dwóch, więc to koszt ok. 50 zł za godzinę, co na dobę daje 1200 zł, zostaje 1800 zł. Zatrudniając ratowników na umowy śmieciowe, można sporo zaoszczędzić – wylicza.

Choć zdaniem Marka Wójcika sytuacja, że lecznice szukają różnych źródeł dochodów, jest zupełnie naturalna, to ratownicy nie zamierzają składać broni.

– Od wielu lat dążymy do tego, by stworzyć mechanizmy, zgodnie z którymi nie będzie można wykorzystywać środków na ratownictwo na inne cele. Wystarczyłoby zawrzeć w ustawie o PRM zapis, że dysponent ma się rozliczyć co do grosza z tych kwot. A najprostszym rozwiązaniem byłoby ominięcie NFZ i przekazywanie pieniędzy bezpośrednio przez wojewodę – mówi Piotr Dymon.

Również Roman Badach-Rogowski przekonuje, że konieczne są rozwiązania systemowe. Przypomina, że do 2021 r. trwa okres przejściowy, w którym warunkowo mogą jeździć prywatne karetki. Do tego czasu należałoby wprowadzić przepisy eliminujące szpitale jako dysponentów. Na ten temat ratownicy rozmawiają z resortem zdrowia. Ale – jak podkreśla – musi być przede wszystkim wola wojewodów, bo to oni odpowiadają za system w swoim regionie.

W niektórych województwach taka wola jest, np. na Podkarpaciu. – Tam stworzono nowe pogotowie wojewódzkie, które zadziałało w drugą stronę, to znaczy przejęło karetki z trzech szpitali. Tu całość finasowania idzie bezpośrednio na ratownictwo, tak jak być powinno – mówi Piotr Dymon.

Marek Wójcik przekonuje jednak, że pogotowie przy szpitalu to nie jest złe rozwiązanie. – Koncentrujemy zasoby, budujemy sieci współpracy i to jest pozytywne zjawisko. Pozwala to na współdziałanie podmiotów na różnych płaszczyznach, lepsze wykorzystanie zasobów, także ludzkich, a z tym mamy gigantyczny problem. Jest korzystne także z punktu widzenia koordynacji – o wiele łatwiej zarządzać, gdy mamy konsorcjum. Dla systemu ratownictwa ma to wiele korzyści – przekonuje.