Przed reorganizacją w podległym ministrowi rozwoju i finansów urzędzie było 41 stanowisk kierowniczych. Po reorganizacji przybyło 10. Wzrosły wydatki na wynagrodzenia, a na nagrody – aż dwukrotnie.
Reklama
Artur Radwan dziennikarz gazety prawnej / Dziennik Gazeta Prawna



W grudniu 2016 r. minister rozwoju i minister finansów Mateusz Morawiecki nadał nowy statut Głównemu Urzędowi Miar, który bezpośrednio mu podlega. Oficjalnym powodem reorganizacji było przeregulowanie urzędu i zbyt duża ilość biur obsługowych. Po zmianach liczba stanowisk kierowniczych, miała zmaleć, a koszty funkcjonowania spaść.
Zdecydowano się na likwidację poszczególnych biur w tym m.in. biura prawno-legislacyjnego, obsługi urzędu, budżetowego i informatyki (w każdym z nich był dyrektor, w niektórych także zastępca). W to miejsce powstało jedno biuro dyrektora generalnego. Stworzono jednak wiele nowych stanowisk. Na przykład w miejsce dyrektora biura prawno-legislacyjnego utworzono stanowisko zastępcy dyrektora biura generalnego ds. prawnych i do tego utworzono stanowisko naczelnika wydziału prawnego i wydziału projektowo-organizacyjnego.
– W miejsce jednego stanowiska kierowniczego utworzono aż trzy nowe. Do tego osobę, która była odpowiedzialna m.in. za obsługę sekretariatu, awansowano na stanowisko naczelnika wydziału organizacyjno-projektowego – wylicza były pracownik GUM. – Taki rozrost stanowisk kierowniczych i wydziałów nastąpił w miejsce każdego zlikwidowanego biura. Bulwersujące jest to, że najprawdopodobniej byłym dyrektorom, którzy trafili na stanowiska naczelników, pozostawiono identyczne pensje – dodaje.
Jak czytamy jednak w dokumentach, do których dotarła DGP, oficjalnie GUM likwidując kilka stanowisk dyrektorskich poczynił oszczędności. Oszacował nawet, że dzięki redukcji, na pozostałe stanowiska wydaje miesięcznie o 70 tys. zł mniej.
Co innego jednak wynika z dokumentów uzyskanych w trybie dostępu do informacji publicznej. Przed reorganizacją stanowisk kierowniczych, w rozumieniu regulaminu GUM, (stan na maj 2016 r.) było 41. Po reorganizacji, w lutym 2017 r. – 52. W przypadku naczelników przed reorganizacją było ich 5, a po ich liczba wzrosła o 11. Co więcej przed reorganizacją wydatki na wszystkie kierownicze stanowiska wynosiły 375 tys. zł plus 50 tys. zł nagród. Po zmianach koszty wzrosły do 434 tys. zł, a wydatki na nagrody aż dwukrotnie – do 100 tys. zł.
Jan Landowski, dyrektor Biuro Strategii GUM tłumaczy DGP, że tak naprawdę zmiany statutowe nie miały na celu szukanie oszczędności i zmieszanie stanowisk, ale wzmocnienia merytorycznych funkcji metrologicznych administracji miar, przy jednoczesnej redukcji służb obsługowych, pomocniczych, wsparciowych. W uzasadnieniu do statutu możemy jednak przeczytać, że „na poziomie bardzo praktycznym nowa struktura przyczyni się do ograniczenie rozrośniętej urzędniczej kadry kierowniczej.
– Z jednej strony obraz reorganizacji w GUM jest śmieszny i zakrawa na farsę, z drugiej smutny, bo wciąż nie możemy zbudować profesjonalnie działającej służby cywilnej. Przypuszczam, że prawdziwy powód zmian sprowadzał się do tego, aby pozbyć się niewygodnych osób. Zmiana statutu urzędu to stara metoda zwalniania osób, które mogłyby ubiegać się o swoje prawa przed sądem – mówi prof. Jolanta Itrich-Drabarek, były członek Rady Służby Cywilnej, autor komentarza do ustawy o służbie cywilnej.
Podobnego zdania są inni eksperci. – Jest to działanie pozorne, aby można było ministrowi zaraportować, że zmniejszyliśmy liczbę dyrektorów i poczyniliśmy na tych stanowiskach oszczędności – mówi dr Stefan Płażek, adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – I w zestawieniach wszystko się nawet będzie zgadzało, ale nie o to chodził przy reorganizacji – przekonuje Płażek.
– To jawna niegospodarność. Szefowi tego urzędu można zarzucić nawet naruszenie art. 231 k.k. czyli tego, że dopuścił się przekroczenia uprawnień i działał na szkodę interesu publicznego. Urząd będzie się jednak tłumaczył, że chodziło mu akurat o takie zmiany i utworzenie dodatkowych wydziałów, i bardzo trudno będzie mu udowodnić, że nie ma racji – mówi prof. Walerian Sanetra, były prezes Izby Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego.
Przekonuje też, że osoba odpowiedzialna za taką reorganizację powinna ponieść odpowiedzialność. – Jeśli nie prawną, to co najmniej polityczną w postaci odwołania ze stanowiska – mówi prof. Walerian Sanetra.
Limit urzędników rośnie, ale powoli
Rada Ministrów przyjęła wczoraj trzyletni plan limitu mianowań urzędników w służbie cywilnej na lata 2018–2020. W przyszłym roku wyniesie on 350 osób, w 2019 r. – 420, a w 2020 r. – 490 osób.
KOMENTARZ
Dobra zmiana w administracji mnie rozczarowała
Szczerze cieszyłem się z nadejścia nowej ekipy rządzącej. Byłem pełen nadziei, że coś zmieni się na lepsze w całej administracji. Zaczęło się dobrze, bo już miesiąc po zaprzysiężeniu gabinetu zlikwidowano konkursy na stanowiska dyrektorskie. Beata Kempa, szefowa KPRM mówiła, że chce skończyć ze szklanym sufitem i ustawianymi konkursami. Nie byłem wielkim krytykiem tych zmian, bo to co było wcześniej, było farsą. Cieszyłem się, że nie będzie udawania, a najlepsi dyrektorzy zawsze się obronią.
Dokładnie rok temu kancelaria premiera z wielką pompą zorganizowała konferencję, z której wniosek płynął jeden – trzeba ujednolicić zasady zatrudniania i wynagradzania. Potrzebna jest jedna pragmatyka służbowa dla wszystkich urzędników – tych samorządowych i rządowych. Pomyślałem – rząd działa, a nie zasypuje gruszek w popiele. Powstał projekt, ale na drodze stanęli politycy. Nieoficjalny komunikat z kancelarii premiera jest taki: nie ma woli politycznej i kodeksu urzędniczego nie będzie...
W sumie to rzeczywiście, po co? Swoich ludzi można powoływać na dyrektorów z dnia na dzień. W razie czego zrobi się dla nich fikcyjne stanowisko, aby po odwołaniu nie wylądowali na bruku (pisaliśmy na ten temat w ubiegłym tygodniu). A jak trzeba zrobić porządki w urzędach, to sięgnie się po starą sprawdzoną metodę ze zmianą statutu. Wywali się tych nieswoich, na dodatek jeszcze minister będzie zadowolony. Powie się mu, że zmniejszono liczbę dyrektorów, a że zwiększoną naczelników i koszty...
Wiem, że urzędnicy za mną nie przepadają, bo ciągle namawiam rządzących, aby zreformowali system ich wynagrodzenia i zlikwidowali niemotywującą trzynastkę. Sam byłem urzędnikiem i wiele widziałem. Z przykrością stwierdzam, że rozczarowałem się dobrą zmianą w administracji. Dlaczego? Szefowie urzędów zachowują się tak samo jak ich poprzednicy, którzy na różne sposoby kombinowali, a to z zatrudnieniem dyrektorów bez konkursów, a to wprowadzaniem zmian, by swoim było lepiej. Nie wspomnę już o tworzeniu niepotrzebnych stanowisk.
Pozostaje mi więc apelować do wszystkich urzędników, którzy widzą nieprawidłowości, aby nie pisali do szefa służby cywilnej. On Wam nie pomoże. Za każdym razem tak zinterpretuje prawo, że wyjdzie na korzyść szefa urzędu, mam co najemnej kilka takich przykładów. Piszcie do redakcji! Informujcie o nieprawidłowościach, a obiecuję, że będziemy wszystko wyjaśniać i patrzeć wspólnie na ręce władzy. Inaczej w dalszym ciągu będzie dochodziło do wielu nieprawidłowości.