Resort infrastruktury szykuje dużą zmianę dla pracowników kolei. Będzie nią nowa ustawa o czasie pracy maszynistów. Prace już się toczą, ale na razie ministerstwo nie konkretyzuje, kiedy propozycje regulacji będą gotowe. Należy się jednak spodziewać, że pójdą one w kierunku wzmocnienia ochrony pracowników w stosunku do tej, jaką mają dziś. A tym samym mogą ograniczyć pole manewru pracodawcom.
Przewoźnicy już dziś zresztą mają duże problemy z zapełnieniem luki kadrowej wśród maszynistów. Sytuacja na rynku pracy nie napawa optymizmem, a prognozy mówią, że za kilka lat może być jeszcze gorzej. Jeśliby więc nowa ustawa skróciła maksymalne normy pracy dla tej grupy zawodowej, problem tylko się pogłębi. Oczywiście gwarancji, że takie przepisy znajdą się w ustawie i że w ogóle wejdzie ona w życie, nie ma. To zresztą nie pierwszy raz, gdy rządzący obiecują wprowadzenie odrębnej regulacji czasu pracy maszynistów. Poprzedni projekt takich przepisów pojawił się w 2013 r., nie doczekał się jednak wejścia na ścieżkę legislacyjną.
Problem limitów czasowych wykonywania pracy przez maszynistów, w tym maksymalnego czasu prowadzenia przez nich pojazdów trakcyjnych, ma wiele twarzy. I gdy projekt nowych przepisów ujrzy światło dzienne, będzie on odmieniany przez wszystkie przypadki. Dziś przypomina o nim sytuacja, która niedawno miała miejsce w Tłuszczu. Pasażerowie utknęli w pół drogi, bo maszynista zakończył pracę. Wedle niektórych doniesień nie mógł kontynuować podróży, bo przekroczył normę czasu pracy tego dnia. Ale czy mimo to postąpił prawidłowo? Wszystko zależy od okoliczności. Z jednej bowiem strony pracodawca może zlecić pracę w godzinach nadliczbowych, z drugiej jednak maszyniści należą do jednej z tych grup zawodowych, w których – z uwagi na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa – można odstąpić od pracy ze względu na zły stan psychofizyczny. I tak powstał prawny galimatias. Czy czas pracy – szyty na miarę dla maszynistów – go zakończy?
Reklama