Przepisy dotyczące reformy już powoli wchodzą w życie, więc strajk można uznać za spóźniony – to po pierwsze. Po drugie, protestować będzie zapewne mniej niż jedna trzecia ogółu nauczycieli (tyle bowiem zrzesza ZNP, a na pewno nie wszyscy wezmą udział w akcji strajkowej). I po trzecie – może najważniejsze – pedagodzy nie bardzo mają do kogo adresować postulaty zgłaszane w ramach protestu. Przepisy nie pozwalają im bowiem – jako pracownikom zatrudnionym w sferze publicznej – na wchodzenie w spór zbiorowy z rządem czy samorządem, a więc decydentem w kwestiach zatrudnieniowo-płacowych. Oficjalnie spierać można się bowiem tylko z pracodawcą, czyli np. szkołą czy szpitalem – jednostką organizacyjną reprezentowaną przez dyrektora.

Związkowcy postulują więc zasadniczą zmianę w tym zakresie – możliwość wchodzenia w spór z „pracodawcą rzeczywistym”, a więc np. ministrem czy wójtem. Wniosek o zmianę przepisów w tym zakresie zgłosiły m.in. centrale związkowe - NSZZ „Solidarność” i OPZZ - 1 lutego na posiedzeniu zespołu ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego. W jego trakcie omawiano najnowszy rządowy projekt nowelizacji ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Strona rządowa nie zajęła wówczas stanowiska, ale poprosiła związki o przygotowanie propozycji rozwiązań legislacyjnych.

Jednak nie tylko związkowcy twierdzą, że obecnie przepisy są niedostosowane do rzeczywistości. Potwierdzają to również niezależni eksperci. Przekonują też, że zmiany w prawie są konieczne z jeszcze jednego powodu. Otóż nasze regulacje odstają od przepisów międzynarodowych oraz rozwiązań prawnych obowiązujących w innych państwach europejskich.

ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT? CAŁY TEKST CZYTAJ NA EDGP>>