Uznał tak Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie. Postanowienie jest nieprawomocne, ale zdaniem ekspertów, jeśli ta linia – w ich ocenie słuszna – się przyjmie, wiele urzędów czeka prawdziwa rewolucja. Bo sankcja za brak próby skontaktowania się z dłużnikiem jest nie byle jaka: to oddalenie wniosku o koszty procesu.
Niecne postępowanie
Praktyka instytucji samorządowych w wielu dużych miastach jest taka, że wysyła się obywatelowi informację, ile powinien zapłacić (np. za użytkowanie wieczyste). Jeśli człowiek tego nie zrobi (bo np. nie otrzyma listu do rąk własnych albo zapomni o sprawie), po kilku latach organ występuje z wnioskiem o wydanie nakazu zapłaty. Sprawa najczęściej kończy się tak, że obywatel płaci – nie tylko należność główną, lecz także odsetki i koszty procesu. Tym samym cała sprawa kosztuje przeciętnego Kowalskiego co najmniej kilkaset złotych, a najczęściej kilka tysięcy więcej.
W takiej sytuacji, podobnie jak tysiące obywateli, znalazł się prof. Eligiusz Krześniak (patrz: ramka obok). Stwierdził jednak, że tak jak opłatę za użytkowanie wieczyste wnieść oczywiście należy, tak nie ma powodu, aby pokrywał koszty procesu. Bo wystarczyłby jeden e-mail z urzędu lub jeden telefon, by sądowej sprawy uniknąć.
Sprawa jednak znalazła się w sądzie. A ten przyznał rację Krześniakowi. Bo – jak uznał – urzędnicy nie mogą przerzucać ciężaru pracy, którą powinni wykonywać, na sądy. I zasypywanie wymiaru sprawiedliwości (i tak już obciążonego) postępowaniami, w których najczęściej nie ma żadnego sporu między stronami, bo dłużnik nie wie o długu lub zapomniał o zapłacie, to kiepski pomysł.
Co więcej, prawo nakazuje przecież, aby starać się załatwiać spory metodami pozasądowymi. Taki wymóg zawarty jest choćby w art. 187 par. 1 pkt 3 kodeksu postępowania cywilnego. Stanowi on, że pozew powinien zawierać informację, czy strony podjęły próbę mediacji lub innego pozasądowego sposobu rozwiązania sporu, a gdy takich prób nie podjęto, wyjaśnienie przyczyn ich niepodjęcia. Gdy więc jeden e-mail lub telefon, ewentualnie wysłanie listu, który być może trafi teraz do adresata, może zakończyć sprawę – nie można promować postaw konfrontacyjnych.
Inna rzecz, że te się wielu urzędom opłacają. Jeden radca prawny na etacie, który jest w stanie wysłać kilkanaście wniosków o wydanie nakazu zapłaty dziennie, może przynieść urzędowi zysk rzędu kilkudziesięciu lub nawet ponad 100 tys. zł miesięcznie, bo koszty zasądzane są na rzecz organu.
Oderwanie od rzeczywistości
– Prowadzenie postępowań sądowych, a dalej egzekucyjnych zawsze jest i musi być traktowane jako ostateczność. Zdecydowana liczba sporów może być rozwiązana na drodze polubownej, bez konieczności angażowania hordy prawników i machiny sądowej – podkreśla radca prawny prof. Mariusz Bidziński, wspólnik w kancelarii Chmaj i Wspólnicy.
W pełni zgadza się ze spostrzeżeniami kolegi po fachu oraz sądu, że w kontaktach z organami administracji publicznej wiele zaległości w zapłacie należności nie wynika ze złej woli, ale zwykłego przeoczenia, braku otrzymania stosownej informacji lub zasad funkcjonowania systemów informatycznych.
Zdaniem prof. Bidzińskiego kierowanie przez organy powództw bez uprzedniej próby podjęcia koncyliacyjnego rozwiązania problemu i zweryfikowania, czy korespondencja (wezwanie) dotarła na właściwy adres i do właściwej osoby, czy brak zapłaty nie jest jedynie przeoczeniem, jest działaniem nieuprawnionym i swego rodzaju nadgorliwością.
– Należy pamiętać, że organy i urzędy nie są bytem oderwanym od społeczeństwa i podatników. Zadaniem i obowiązkiem każdego z nich jest działanie w interesie obywatela – podkreśla Mariusz Bidziński. Tym samym w każdym postępowaniu należy najpierw zweryfikować możliwość polubownego załatwienia sprawy, ewentualnie zawarcia ugody i rozłożenia na raty zaległości, a dopiero w ostateczności skierować sprawę na drogę sądową.
Postanowienie stołecznego sądu zachwala także adwokat Iwo Klisz, właściciel kancelarii Klisz i Wspólnicy. – Sytuacja w sądach, które przez nadmiar spraw procedują długo, nie jest możliwa do rozwiązania za pomocą kilku zmian w regulacjach. Sądy powinny korzystać z tych przepisów, które już obowiązują, żeby zmniejszyć liczbę spraw trafiających pod ich rozstrzygnięcie. A to postanowienie na pewno może się temu przysłużyć, zniechęcając do produkcji procesów nastawionych na uzyskanie kosztów zastępstwa – podkreśla.
Zauważa, że zasady dotyczące zwrotu stronie postępowania cywilnego kosztów sądowych i kosztów zastępstwa procesowego są obarczone wieloma wadami, a ich realny cel – czyli zrekompensowanie stronie rzeczywistych kosztów sądowego dochodzenia roszczenia – często nie jest osiągany. Zdarza się bowiem, że strona uzyskuje zwrot poniesionych kosztów zaledwie w kilku procentach, bo nakład pracy prawnika jest olbrzymi w porównaniu z ustawową stawką. Ale bywa też tak, że na zwrocie kosztów można przyzwoicie zarobić.
– Schematyczne podejście do zasądzania zwrotu kosztów procesu zachęca do instrumentalnego stosowania tych norm przez strony w taki sposób, że głównym celem procesu staje się uzyskanie od drugiej strony zwrotu kosztów sądowych. To, co ma być zwrotem kosztów, stanowi w rzeczywistości zarobek strony wytaczającej powództwo. To sytuacja patologiczna, niemająca zbyt wiele wspólnego z wymierzaniem sprawiedliwości – pointuje Iwo Klisz. ©℗
opinia
Spór podjąłem w imię tysięcy mieszkańców
Eligiusz Krześniak partner zarządzający w Squire Patton Boggs, adwokat i profesor Uczelni Łazarskiego
K ierowanie pozwu o zapłatę w sytuacji, gdy wierzyciel nie powiadomił dłużnika o istnieniu zobowiązania, to patologia. Jeśli uważamy, że ktoś jest nam winien pieniądze, musimy mu o tym powiedzieć. Niektóre samorządy kierują się jednak inną logiką. Miasto wysyła do mieszkańca zawiadomienie o wysokości opłat listem poleconym. Nieodebranie go z dowolnego powodu – choroby, wyjazdu, błędu poczty – będzie obywatela drogo kosztowało. Po kilku latach otrzymuje on nakaz zapłaty, na podstawie którego nie tylko ma uregulować pierwotne zobowiązanie, lecz także pokryć odsetki i koszty procesu. Te ostatnie to faktycznie dodatkowy przychód gminy. Będzie tak wtedy, gdy miasto, jak w omawianej sprawie, nie skorzysta ze wsparcia zewnętrznych kancelarii prawnych.
Z moich doświadczeń wynika, że inaczej zachowują się urzędnicy w wiejskich gminach. Nie poprzestają na wysłaniu listu poleconego, ale – w razie gdy mieszkaniec go nie odebrał – próbują się z nim skontaktować. Sposobów dotarcia do obywatela jest wiele – poczta elektroniczna, telefon, zwykły list. Nie trzeba do tego specjalistycznej wiedzy prawniczej. Wystarczą chęci.
Opisywana sprawa dotyczyła mnie osobiście. Urząd Miasta Stołecznego Warszawy przez trzy lata nie poinformował mnie, że mam zapłacić opłaty za użytkowanie wieczyste, po czym – w tajemnicy przede mną – skierował wniosek o wydanie nakazu zapłaty. Spór z miastem podjąłem w interesie tysięcy mieszkańców, którzy znajdują się w podobnej sytuacji, ale z braku specjalistycznej wiedzy lub środków na prowadzenie sporu są zmuszani do płacenia znacznie większych kwot niż te wynikające z obowiązków ustawowych. W swojej argumentacji wskazałem, że obciążanie mnie koniecznością zwrotu kosztów procesu, który był niepotrzebny, jest nie tylko bezprawne, ale i niemoralne. Sąd przyznał mi rację. Wobec biurokracji w instytucjach samorządowych jesteśmy bezsilni. Jedynie dzięki decyzjom sądów można wymusić konieczne zmiany.

orzecznictwo

Postanowienie Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie z 12 marca 2021 r., sygn. VI C 1431/20. www.serwisy.gazetaprawna.pl/orzeczenia