W Polsce e-booki nie są zbyt popularne (choć ich sprzedaż z roku na rok rośnie), ale w krajach takich jak Niemcy czy Wielka Brytania w tej formie kupowana jest nawet co czwarta książka. Prawo, także europejskie, niekoniecznie nadąża za zmianami rynkowymi. Niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej daje odpowiedź na jedno z pytań dotyczących e-booków – nie można ich odsprzedawać, tak jak papierowych książek. Nie dochodzi bowiem do tzw. wyczerpania prawa.

– Wyczerpanie prawa odgrywa istotną rolę w obrocie fizycznymi nośnikami (drukowanymi książkami, muzyką zapisaną na płytach CD, filmami na DVD itp.), pozwalając na swobodny obrót nośnikami, które zostały sprzedane przez uprawnionego lub za jego zezwoleniem. Dlatego odsprzedaż drukowanej książki w serwisie aukcyjnym nie wymaga niczyjego zezwolenia – wyjaśnia dr Zbigniew Okoń, radca prawny i partner w kancelarii Maruta Wachta.

– W tej sprawie TSUE uznał, że prawo dystrybucji utworów, które ulega wyczerpaniu w wyniku pierwszej sprzedaży, dotyczy utworów zapisanych na fizycznym (materialnym) nośniku. Do wyczerpania nie dochodzi zaś w przypadku usług, w szczególności świadczonych przez internet. Po drugie, jeżeli udostępnienie plików do pobrania w internecie nie stanowi ich dystrybucji, musi być kwalifikowane jako ich publiczne udostępnianie, co wyraźnie wyklucza wyczerpanie prawa – dodaje prawnik.

Klub czytelniczy

Wyrok dotyczy niderlandzkiej spółki Tom Kabinet, która za pośrednictwem swej strony internetowej zorganizowała klub czytelniczy, umożliwiający odsprzedaż i kupno przeczytanych już e-booków. Sposób jego funkcjonowania zmieniał się, ale w ostatnim okresie sprowadzał się do tego, że firma nabywała elektroniczne wydania książek, oznaczała je znakiem wodnym, a następnie odsprzedawała członkom klubu. Po przeczytaniu książki mogli oni znów odsprzedać e-booka.

Działalność tę zakwestionowały dwa stowarzyszenia działające na rzecz interesów niderlandzkich wydawców: Nederlands Uitgeversverbond i Groep Algemene Uitgevers. Zwróciły się one do sądu w Hadze o zakazanie funkcjonowania klubu czytelniczego, uznając, że wielokrotna odsprzedaż książek jest niczym innym jak piractwem. Sąd rozpoznający ten spór nabrał wątpliwości, czy pierwsza sprzedaż e-booka oznacza rozpowszechnianie utworu zgodnie z art. 4 ust. 1 dyrektywy 2001/29/WE w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym, a jeśli tak, to czy prawo do rozpowszechnienia zostaje wyczerpane w rozumieniu art. 4 ust. 2 tej dyrektywy.

Zdaniem TSUE sprzedaż książki elektronicznej nie oznacza jej publicznego rozpowszechniania, lecz publiczne jej udostępnianie. Na gruncie wspomnianej dyrektywy różnica jest zasadnicza, bo w tym drugim wypadku, zgodnie z art. 3 ust. 3 dyrektywy, nie może dojść do wyczerpania prawa. Jak argumentowały organizacje reprezentujące wydawców, stosowane przez nich licencje uprawniają użytkowników pobierających e-booka do jego odczytania, a nie odsprzedaży.

Różne nośniki

W praktyce wyrok TSUE oznacza, że prawa autorskie do dokładnie tych samych treści zaczynają się rozjeżdżać w zależności od tego, jak są one wydane. Kupując egzemplarz papierowy, możemy go odsprzedać, kupując cyfrowy – już nie.

– Z meritum rozstrzygnięcia muszę się zgodzić. Dyrektywa jaka jest, każdy widzi i nie znajduję raczej podstaw do polemiki z poglądami TSUE. Prawo rzeczywiście rozróżnia uprawnienia klienta, który kupił książkę wydrukowaną na papierze od tego, który zapłacił za plik zawierający tę samą treść – komentuje Olgierd Rudak, prawnik oraz redaktor naczelny czasopisma „Lege Artis”. Nie podziela on natomiast wszystkich argumentów wskazanych w uzasadnieniu. TSUE uznał w nim, że różne podejście do książek w zależności od nośnika wynika z różnic ekonomicznych i funkcjonalnych. Wydania papierowe niszczą się, zaś te cyfrowe pozostają w stanie pierwotnym. Wymiana plików z takimi książkami nie generuje też w zasadzie żadnych dodatkowych kosztów, zatem równoległy rynek wtórny mógłby godzić w interesy wydawców.

– Nie zgadzam się, że skoro egzemplarze ulegają zużyciu, to interes wydawcy polega na tym, by ograniczyć możliwość dalszej odsprzedaży plików. Może i jest to prawdą, ale wzmianki o takiej podstawie zróżnicowania w dyrektywie nie znalazłem. Skoro zaś mówimy o racjonalnej działalności biznesowej, kwestię „niezniszczalności” e-utworów każdy wydawca powinien brać pod uwagę w momencie podejmowania decyzji o wejściu na rynek – mówi Olgierd Rudak.

– Prawo powinno nadążać za zmieniającym się światem. Trudno zrozumieć, dlaczego kupując egzemplarz w księgarni, staję się jego właścicielem, ale kupując egzemplarz cyfrowy, jestem tylko licencjobiorcą, zaś zakres moich uprawnień reguluje umowa zawarta z wydawcą, której zwykle zresztą na oczy nie widzę – dodaje prawnik.

Warto też pamiętać, że wyrok dotyczy specyficznej działalności klubu czytelniczego.

– Jego uzasadnienie wskazuje jednak, że znajduje on zastosowanie do wszystkich przypadków odsprzedaży e-booków. Niedopuszczalna będzie więc np. odsprzedaż e-booka kupionego w księgarni internetowej na serwisie aukcyjnym. Nie ma tu znaczenia, czy byłaby ona dokonywana przez osobę prywatną, czy przez przedsiębiorcę – zauważa dr Zbigniew Okoń.

– Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje natomiast problem odsprzedaży urządzeń, np. czytnika książek albo smartfona z zapisanymi na nim e-bookami. Mimo wyroku TSUE w sprawie Tom Kabinet, nadal istnieją argumenty pozwalające uznać taką odsprzedaż za dopuszczalną – zaznacza prawnik.

W praktyce wyrok TSUE oznacza, że prawa autorskie do dokładnie tych samych treści zaczynają się rozjeżdżać w zależności od tego, jak są one wydane

orzecznictwo

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 grudnia 2019 r. w sprawie C-263/18