Nowy kodeks obejmuje w związku z tym szersze zobowiązania platform internetowych do podjęcia określonych działań. Wśród ponad 30 jego sygnatariuszy są najwięksi globalni gracze: Meta (Facebook), Google, Twitter i TikTok.
– Nowy kodeks w zakresie zwalczania dezinformacji pojawia się w momencie, gdy Rosja stosuje dezinformację jako broń w kontekście swojej agresji wojskowej na Ukrainę, ale również w kontekście ataków na demokrację w szerszym ujęciu – podkreśla Věra Jourová, wiceprzewodnicząca KE ds. wartości i przejrzystości. Dodaje, że użytkownicy serwisów społecznościowych zyskają skuteczniejsze narzędzia do zgłaszania przypadków dezinformacji. Badacze otrzymają zaś łatwiejszy dostęp do danych na ten temat.
W obecnej wersji kodeksu uwzględniono ponadto takie metody i zachowania manipulacyjne, jak: fałszywe konta, boty i deepfake, czyli sfałszowane materiały wideo. Ważnym elementem samoregulacji jest przejrzystość reklam politycznych osiągnięta przez ich wyraźne oznakowanie oraz informacje o sponsorach, wydatkach i okresach publikacji.
Reklama
Wśród przyjętych przez branżę internetową zobowiązań znalazło się również ograniczenie wpływów z reklam, osiąganych przez publikowanie fałszywych treści. – Rozpowszechnianie dezinformacji nie powinno przynosić nikomu żadnych korzyści finansowych – stwierdza Thierry Breton, unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego. – Aby nowy kodeks postępowania zyskał na wiarygodności, zostanie zakorzeniony w akcie o usługach cyfrowych (Digital Service Act – DSA), co wiąże się m.in. z możliwością stosowania surowych sankcji odstraszających. Bardzo duże platformy, które będą uporczywie naruszać postanowienia kodeksu i nie będą stosować odpowiednich środków ograniczających ryzyko, będą narażone na kary finansowe w wysokości nawet 6 proc. ich światowego obrotu – dodaje. Na początku przyszłego roku sygnatariusze unijnego kodeksu mają przedstawić KE pierwsze sprawozdania z jego wdrażania.
Podczas gdy Bruksela walczy z dezinformacją, Moskwa podejmuje kolejne kroki przeciwko zachodnim mediom. Zakaz wstępu do Rosji dostało 29 brytyjskich dziennikarzy i szefów mediów. Dotyczy to zarówno tytułów prasowych – w tym „Timesa” i „Guardiana” – jak i stacji telewizyjnych BBC, Sky TV, ITV i Channel 4.
Rosyjski resort spraw zagranicznych umieszczonym na czarnej liście dziennikarzom zarzuca, że celowo rozpowszechniali „fałszywe i jednostronnych informacje o Rosji oraz wydarzeniach na Ukrainie i Donbasie”, a ich „stronnicza” ocena sytuacji „przyczynia się do podsycania rusofobii w społeczeństwie brytyjskim”. Jak podaje BBC – deklarując, że będzie nadal dostarczać „niezależne i uczciwe informacje” – lista obejmuje też 20 osób spoza mediów, m.in. z brytyjskich sił zbrojnych, i ma być jeszcze rozszerzona.
Reuters podkreśla, że zakaz dla brytyjskich dziennikarzy to także odpowiedź na zachodnie sankcje. Jest to także spełnienie gróźb pod adresem mediów z krajów, które wprowadziły u siebie zakazy wobec rosyjskich mediów rozpowszechniających kremlowską propagandę – na czele z telewizją RT (Russia Today). Brytyjski regulator rynku odebrał jej pozwolenie na emisję programu w marcu, argumentując, że nadawca nie przestrzega zasady bezstronności.
Podstawowym narzędziem Kremla w walce z niezależnymi mediami są przepisy wprowadzone niedługo po inwazji na Ukrainę, które przewidują nawet 15 lat więzienia za określanie mianem wojny lub inwazji tego, co rosyjskie władze nazywają „specjalną operacją wojskową”.
Za taką „dezinformację” moskiewski sąd wymierzył rosyjskojęzycznej Wikipedii 5 mln rubli kary i nakazał serwisowi usunąć z sieci artykuły na temat wojny, umieszczone m.in. pod hasłami „rosyjska inwazja na Ukrainę”, „zbrodnie wojenne” czy „masakra w Buczy”. Jak informuje Reuters, fundacja Wikimedia, do której należy internetowa encyklopedia, złożyła apelację od tego wyroku. ©℗