Dziwna publika z charyzmą

Zwłaszcza Defcon pękał w tym roku w szwach jak nigdy dotąd: ponad 10 000 maniaków, hakerów i wiele szemranych postaci (oraz zapewne sporo agentów FBI) spotkało się w mającym już swoje najlepsze lata za sobą hotelu Rio. Ilu dokładnie, tego organizator Jeff Moss nie potrafił powiedzieć. Bilet wstępu można było nabyć tylko za gotówkę, a wcześniejsza rejestracja była niemożliwa - w końcu anonimowość jest dla uczestników Defconu cenniejsza niż cokolwiek innego.

Tylko na Defconie: raper każdy wykład podsumowuje piosenką

Już pierwszego dnia skończyły się tak zwane badge - odpowiedniki konferencyjnych imiennych plakietek. Identyfikatory, zbudowane z zasilanych bateriami płytek, zachęcały do hakowania. Na pierwszy rzut oka zdradzały też kategorię gościa: białe badges dla "humans", więc zwykłych widzów; inne kolory oznaczały prelegentów, sprzedawców i przedstawicieli mediów. Czerwone badge były przeznaczone tylko dla tak zwanych goons - pomocników, bez których wszystko nie przebiegałoby tak bezproblemowo. Zajmowali się oni siecią Wi-Fi, przeprowadzaniem zawodów lub obsługą kolejek ustawiających się przed salami wykładowymi - oraz bezpieczeństwem gości.

Przestępcy czy sprzymierzeńcy?

W poprzednich latach nieraz zdarzało się, że uczestnicy Defconu opuszczali konferencję w eskorcie FBI. To już się skończyło: organizator Jeff Moss podkreśla, że producenci, których programy były hakowane, przed Defconem otrzymali informacje o wykorzystanych lukach, więc do czasu prezentacji mieli czas na opracowanie aktualizacji łatających dziury.

Szczegóły ataków, które opinia publiczna (a tym samym również przestępcy) poznała równocześnie razem z producentem, nie zostały ujawnione ze sceny. I tak jest dobrze, bo cyberkryminaliści na ogół nie dają na siebie długo czekać.

Na Defconie można było zobaczyć zsieciowany browar. To część projektu, który ma zwrócić uwagę na zagrożenia przemysłowych instalacji sterujących.

Pomimo wzajemnego respektu anarchistyczny Defcon i komercyjna, ugrzeczniona siostrzana konferencja Black Hat nie są miejscami spokojnymi.

Wyszło to na jaw zaraz po aktywowaniu połączenia Wi-Fi w jednym notebooku: nagle wykrył jako dostępne całą masę sieci radiowych, z którymi był kiedykolwiek połączony - nawet te w Afryce, Azji albo na pokładzie samolotów. Przyczyną było sprzedawane na Defconie narzędzie do hakingu Wi-Fi - Pineapple - zasilane bateriami małe urządzenie z antenami i odpowiednim oprogramowaniem, które symuluje dostępność sieci Wi-Fi, z którymi wcześniej byliśmy połączeni. Po podłączeniu do takiej sieci laptopa obsługujący Pineapple haker mógł podsłuchiwać transmisję danych ofiary. No, ale wszyscy w końcu ostrzegali, że Defcon w kwestiach sieciowych jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na Ziemi...

Komputer Świat 11/2014

Komputer Świat 11/2014

źródło: Inne

To jest tylko część artykułu. Więcej w listopadowym numerze Komputer Świat 11/2014