Z Marcinem Mandrykiem rozmawia Elżbieta Rutkowska
Marcin Mandryk, menedżer wykonawczy ds. operacji sprzedaży na Europę Środkową i Wschodnią w firmie Iron Mountain zajmującej się digitalizacją i zarządzaniem informacją
Reklama
Szacuje się, że każdy z nas generuje ponad 1 GB danych na godzinę. To sporo.
Bo prawie wszystko ma dziś formę elektroniczną. To są zdjęcia robione smartfonem, wiadomości tekstowe i graficzne, e-maile ‒ to wszystko ma swoją pojemność. Do tego pięć do ośmiu godzin dziennie spędzamy w internecie.

Reklama
Skokowy przyrost danych cyfrowych nastąpił po wybuchu pandemii, gdy wiele firm przechodząc na pracę zdalną, zrezygnowało z tworzenia dokumentów papierowych na rzecz elektronicznych. Przy czym te dokumenty w miarę przetwarzania rosną. Powiedzmy, że wysyłamy do banku wniosek o kredyt. Na początku jest to pusty formularz, który zajmuje np. 1 MB pamięci. Gdy uzupełnimy go naszymi danymi, będzie ważył dwa razy tyle. W miarę dalszego przetwarzania mogą przybyć kolejne megabajty.
Możemy też robić kopie ‒ będzie jeszcze więcej. Według prognoz firmy IDC do 2024 r. danych na świecie przybędzie dwukrotnie i w sumie będzie ich ok. 150 zettabajtów. Ile to właściwie jest?
Kilobajt to trzy zera, zettabajt ‒ 21. Jeśli przyjmiemy, że 1 kB oznacza jedno ziarenko piasku, to dziś mamy już całą Saharę danych, a za trzy lata będzie nimi można pokryć obszar całej Afryki.
Ale nie trzeba się tym martwić, bo z danymi nie jest tak jak z papierowymi śmieciami, które zanieczyszczają planetę?
No właśnie jest z nimi trochę tak samo. Bardzo często wytwarzamy dane cyfrowe, do których nigdy więcej nie wracamy. Na przykład dziesiątki czy nawet setki zdjęć z ubiegłorocznych wakacji. To jest swego rodzaju śmietnik.
Potrzebne czy nie, wszystkie generowane przez nas dane muszą być gdzieś składowane. Może nam się czasami wydawać, że nasz smartfon i laptop mają nieskończoną pamięć, bo gdzieś w tle kryje się chmura, do której trafiają nasze pliki. Tylko że ta chmura to w rzeczywistości serwer, który gdzieś tam stoi. A im więcej powstaje danych, tym więcej potrzeba serwerów. One z kolei wymagają odpowiednich pomieszczeń, źródeł zasilania i chłodzenia, połączenia z internetem, ochrony. Jako użytkownicy końcowi nie myślimy o tym, jak to się dzieje, że nasze dane są cały czas dostępne i zawsze znajdzie się na nie miejsce. Tymczasem stoją za tym armia ludzi, powierzchnia, przestrzeń, energia. A w Polsce energia pochodzi przede wszystkim z węgla. Mówimy więc, że nie używając dokumentacji papierowej, jesteśmy bardziej ekologiczni, ale nie zdajemy sobie sprawy, że forma cyfrowa też nie jest całkiem czysta i przyjazna dla środowiska.
Czyli wprawdzie nie wycinamy drzew, ale za to beztrosko gromadzimy góry niepotrzebnych cyfrowych plików, które przechowujemy, spalając węgiel? I tak źle, i tak niedobrze.
Nie jest aż tak źle, bo posługując się cyfrowymi dokumentami, nie tylko nie wycinamy drzew, ale też nie używamy drukarek i nie potrzebujemy miejsca do składowania papierowych akt. Przesyłanie tych elektronicznych też jest łatwiejsze i bardziej ekologiczne. Ilość energii, czasu i sprzętu potrzebna do wyprodukowania kartki papieru, którą potem zadrukujemy, jest niewspółmiernie wyższa od kosztu utrzymania tych samych informacji w formie zdigitalizowanej.
Ponadto dokumentacja elektroniczna skraca czas dostępu do informacji, jej przekazywania i przetwarzania, więc nic nie zapowiada, by trend przyrostu danych został nagle zahamowany. Cyfryzacja przyspiesza wiele aspektów naszego codziennego życia i pracy. I jest przyjazna środowisku ‒ tylko że tak jak wszystko, ona też niesie pewne ryzyko.
To może powinniśmy się jednak powstrzymać przed wyprodukowaniem kolejnej Sahary cyfrowego piasku?
Jestem zwolennikiem minimalizacji wytwarzanych i przetwarzanych danych. Dziś można wprawdzie powiedzieć, że mamy wystarczająco dużo serwerów i energii, by te rosnące cyfrowe archiwa pomieścić, a nowe technologie pozwalają je coraz efektywniej kompresować. Nie ma jednak sensu powiększać elektronicznego śmietniska bardziej niż to konieczne. Dlatego najlepiej ograniczyć swoje dane do tych, które są naprawdę niezbędne.
Tym bardziej że dane są wartościowe jedynie wtedy, gdy możemy szybko do nich wrócić i wyciągnąć informacje, których akurat potrzebujemy.
Są jakieś proste harcerskie wskazówki, jak porządkować dane, żeby w nich nie utonąć?
Służy do tego indeksacja ‒ czyli opisywanie dokumentacji zestawem danych. Przy dużej liczbie zestandaryzowanych dokumentów skanowanie odpowiednich pól i wyciąganie z nich informacji do takiego opisu odbywa się automatycznie. I potem np. szukając umowy kredytu, wystarczy wpisać jej numer.
A na użytek prywatny dobrze sprawdzają się foldery. Warto też regularnie usuwać niepotrzebne pliki. Jeśli nie zajrzeliśmy do nich np. przez dwa lata, to już się raczej nigdy nie przydadzą i nie warto ich chomikować. Po co mają zajmować miejsce? Chyba że są to informacje urzędowe, np. o rozliczeniach podatkowych, wtedy trzeba odczekać ustawowo wymagany okres.
Usuwane pliki giną naprawdę?
Jeśli usuwamy przez zwykłe „delete”, to zostają na dysku.
Czyli nadal zajmują trochę miejsca?
Ale już znacznie mniej. Zostają z nich szczątkowe informacje pozwalające na odtworzenie całości. To są pojedyncze bajty. Żeby się ich pozbyć, trzeba dysk sformatować. Ale nawet to nie będzie barierą dla specjalistów. Mogą taki twardy dysk wyciągnąć, poddać go specjalnej procedurze i odzyskać usunięte dane. Naprawdę skutecznie można je zniszczyć tylko fizycznie.
Młotkiem?
Coś w tym rodzaju. Dysk zostaje w pierwszej kolejności zdemagnetyzowany i trafia do niszczarki, gdzie jest mielony i staje się elektronicznym odpadem.
Im więcej danych, tym większy problem z ich ochroną?
Oczywiście, że tak. Dotyczy to zarówno danych firmowych, jak i prywatnych. Przy czym o ile firmy stosują odpowiednie procedury bezpieczeństwa, to w sferze prywatnej nie zawsze się do tego przykładamy. Ludzie często sądzą, że fabryczne zabezpieczenia telefonu są wystarczające, by ochronić przechowywane w nim dane. Dlatego padają ofiarami hakerów. ©℗