Kto ma internet, ten ma władzę. Albo będzie ją miał. Po ostatnich wyborach, tak prezydenckich, jak i parlamentarnych, wydawało się, że ten slogan będzie podstawą przygotowywania kampanii politycznych. Ale jeśli rzeczywiście jest prawdziwy, to rządzący PiS ma problem.
Nocny widok na ulicę po brzegi wypełnioną ludźmi. Na oko kilkanaście tysięcy stłoczonych osób. I do tego dopisek: Robocze spotkanie wicepremiera Morawieckiego z wiceministrami i dyrektorami departamentów, które mu podlegają. To jeden z wielu obrazkowych komentarzy, które opublikowano w internecie wkrótce po zapowiadanej rekonstrukcji rządu Beaty Szydło. A jako że zmiany dotyczyły dwóch ministrów – odchodzącego szefa finansów Pawła Szałamachy i obejmującego jego resort wicepremiera Mateusza Morawieckiego – to właśnie na nich skupiła się uwaga internautów. Oraz komentarze. Na Twitterze hashtag #rekonstrukcja, który łączył pojawiające się przez cały dzień wpisy na ten temat, wspiął się na szczyt listy najpopularniejszych (wieczorem musiał ustąpić miejsca #azjaexpress, od tytułu rozrywkowego show TVN).
Ale nie o ilość, tylko jakość chodzi. Zabarwienie emocjonalne tej dyskusji znacznie częściej przechylało się w stronę drwin, kpiny i ironii niż pochwał dla trafności decyzji premier Beaty Szydło i jej obozu. I nie piszemy tego na podstawie subiektywnej oceny, ale twardych danych. Sieć da się coraz lepiej zmierzyć, zważyć i zamknąć w liczbach.