Anna Mierzyńska, specjalistka w dziedzinie mediów społecznościowych, zajmuje się m.in. wykrywaniem manipulacji i fake newsów, współpracuje z portalem OKO.press

Jak pani ocenia postawę big techów wobec dezinformacji?
Na pewno nie jest zadowalająca. Mogłyby – i powinny – robić dużo więcej. Najczęściej w tym kontekście mówi się o Facebooku, to jest chłopiec do bicia. Ale dotyczy to też YouTube’a i Twittera. Wszystkie platformy społecznościowe mają problem z walką przeciwko dezinformacji, bo to wymaga dużych nakładów. Owszem, tworzą narzędzia do automatycznego wyłapywania takich treści, oparte na sztucznej inteligencji – ale część nie działa jeszcze skutecznie, część się dopiero uczy. Poza tym platformy często czerpią zyski z dezinformacji – np. jeśli są to treści płatne.
Reklama
I czerpią zyski z ruchu, jaki generują trolle.
Właśnie. Więc bez prawnego bata nad głową niewiele zdziałają.

Reklama
A jak już działają, to czasami trudno to zaakceptować. Twitter usunął np. pakiet danych rosyjskiego ministerstwa obrony udostępniony przez Anonymousa, bo naruszał prywatność pracowników resortu.
Kiedy Telegram usunął konto publikujące wykradzione e-maile polskiego rządu, to generalnie chwalono tę decyzję. Stosując swój regulamin, każda platforma taki wpis zablokuje. Czy w czasie wojny zasady powinny być inne? To jest problem etyczny.
Rosja jest agresorem, więc walcząc z nią, Anonymous staje po stronie dobra.
To jest nasza perspektywa: jesteśmy w Polsce, w Europie, Rosję mamy blisko. W oczach amerykańskiej platformy wygląda to inaczej. Przy czym mówimy o prywatnych firmach, których celem jest zarabianie pieniędzy, a nie wspieranie kogoś czy stawanie po stronie jakichś wartości. Oni robią biznes.
Premierzy Polski, Litwy, Łotwy i Estonii zaapelowali do Facebooka, Google’a, YouTube’a i Twittera o zablokowanie oficjalnych kont rosyjskich i białoruskich instytucji rządowych i mediów państwowych oraz osobistych profili liderów tych państw.
Ten apel na pewno odniesie skutek. Wspólne wystąpienie premierów jest ważnym elementem presji na platformy społecznościowe. Powinny się w to włączyć także instytucje unijne, wtedy skuteczność będzie jeszcze większa.
Widać już pierwsze efekty?
Blokowania jeszcze nie widać, ale rosyjskie oficjalne konta są już na większą skalę oznaczane (np. konto agencji RIA Nowosti ma na Facebooku dopisek „Media państwowe (Rosja)” – red.). To się zaczęło jeszcze przed listem. Warto byłoby zaapelować do platform – mogliby to zrobić polscy politycy – o uproszczenie ścieżki zgłaszania kont podejrzanych o rosyjską dezinformację. Dziś możemy zgłosić konto, ponieważ sieje nienawiść, obraża innych, jest rasistowskie – ale nie dlatego, że rozsiewa fake newsy.
Zła wiadomość jest taka, że kiedy oficjalne kanały zostaną uciszone, to te nieoficjalne, trollerskie nabiorą jeszcze większego znaczenia. Bo Rosja nadal będzie chciała swoją propagandę szerzyć. Mimo to warto je blokować.
Napisała pani na Twitterze, że wiele funkcjonujących w tym serwisie kont trollerskich z narracją antyukraińską ma kilkuletnią historię rozpowszechniania nacjonalistycznych treści.
Część działa od 2019 r., inne jeszcze dłużej. Siatki trolli na Twitterze i Facebooku wykryłam we współpracy z brytyjskim Institute for Strategic Dialogue (ISD) podczas kampanii przed wyborami do Europarlamentu. Obie były silnie antysemickie. Te konta zostały wtedy przez nas zgłoszone i część z nich zablokowano – nie wiem, czy na skutek naszej interwencji, czy innej. Tyle że najistotniejsze osoby założyły nowe konta. Działają pod bardzo podobnymi nazwami.
Na szczęście w polskim internecie treści antyukraińskie stanowią co najwyżej kilka procent wszystkich wzmianek na temat tego kraju. Wprawdzie w ostatnich dniach ich przybyło, ale szybko rośnie też liczba wpisów pozytywnych i neutralnych. W sieci wśród Polaków wyraźnie przeważa nastawienie proukraińskie.
Rozmawiała Elżbieta Rutkowska
fot. materiały prasowe
Anna Mierzyńska, specjalistka w dziedzinie mediów społecznościowych, zajmuje się m.in. wykrywaniem manipulacji i fake newsów, współpracuje z portalem OKO.press