Wprowadzenie stanu wyjątkowego na granicy polsko-białoruskiej uniemożliwiło dostęp do tej strefy także przedstawicielom mediów.
Gdy wiele redakcji, w tym DGP, solidarnie zaprotestowało, dowodząc, że „działania władz są sprzeczne z zasadą wolności słowa, stanowią też przejaw niezgodnego z prawem prasowym utrudniania pracy dziennikarzom i tłumienia krytyki prasowej”, z kręgów prorządowych popłynęły kontrargumenty, że przecież to samo zrobiono na Litwie i Łotwie, i nikt nie protestuje. Po pierwsze, to nieprawda, że tamtejsze media się z tym pogodziły. Po drugie, reporterzy po spełnieniu kilku warunków są dopuszczani nawet na tereny przyfrontowe na Ukrainie.
„Ciekawe, dlaczego na Litwie czy Łotwie nie było kuriozalnych apeli o wpuszczenie dziennikarzy do stref nadgranicznych objętych specjalną ochroną czy też publikacji zdjęć wprost z białoruskich służb, jak to się dzieje w niektórych mediach w Polsce” – zatweetowała Dorota Kania, członkini zarządu przejętego niedawno przez Orlen koncernu Polska Press. W tym tweecie zadziwiają trzy rzeczy. Po pierwsze, skoro media mają zakaz wstępu na teren objęty stanem wyjątkowym, to trudno się dziwić, że jedyne materiały fotograficzne pochodzą od służb i są w istocie niemal nieweryfikowalne. Po drugie, dziwi fakt, że doświadczona dziennikarka popiera ograniczenia w pracy kolegów po fachu. Po trzecie, rzuca się w oczy błąd logiczny, polegający na przekonaniu, że jeśli się o czymś nie wie, to to najpewniej nie istnieje.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.