Gdy wiele redakcji, w tym DGP, solidarnie zaprotestowało, dowodząc, że „działania władz są sprzeczne z zasadą wolności słowa, stanowią też przejaw niezgodnego z prawem prasowym utrudniania pracy dziennikarzom i tłumienia krytyki prasowej”, z kręgów prorządowych popłynęły kontrargumenty, że przecież to samo zrobiono na Litwie i Łotwie, i nikt nie protestuje. Po pierwsze, to nieprawda, że tamtejsze media się z tym pogodziły. Po drugie, reporterzy po spełnieniu kilku warunków są dopuszczani nawet na tereny przyfrontowe na Ukrainie.
„Ciekawe, dlaczego na Litwie czy Łotwie nie było kuriozalnych apeli o wpuszczenie dziennikarzy do stref nadgranicznych objętych specjalną ochroną czy też publikacji zdjęć wprost z białoruskich służb, jak to się dzieje w niektórych mediach w Polsce” – zatweetowała Dorota Kania, członkini zarządu przejętego niedawno przez Orlen koncernu Polska Press. W tym tweecie zadziwiają trzy rzeczy. Po pierwsze, skoro media mają zakaz wstępu na teren objęty stanem wyjątkowym, to trudno się dziwić, że jedyne materiały fotograficzne pochodzą od służb i są w istocie niemal nieweryfikowalne. Po drugie, dziwi fakt, że doświadczona dziennikarka popiera ograniczenia w pracy kolegów po fachu. Po trzecie, rzuca się w oczy błąd logiczny, polegający na przekonaniu, że jeśli się o czymś nie wie, to to najpewniej nie istnieje.
Wiedzieliśmy już, że pierwszą ofiarą wojny jest prawda. Teraz się okazało, że jest ona również pierwszą ofiarą stanu wyjątkowego. Nie trzeba sięgać w zamierzchłą przeszłość, by znaleźć apel litewskich dziennikarzy z 6 września. Ich argumenty były z grubsza podobne: zakaz wstępu uniemożliwia mediom odgrywanie najważniejszej roli, jaką mają do odegrania w demokratycznym społeczeństwie: pozyskiwania, weryfikowania i rozpowszechniania informacji o działalności organów państwa, którym w tym przypadku są pogranicznicy. Przedstawiciele mediów zostali przyjęci w resorcie spraw wewnętrznych, gdzie obiecano im, że rząd stworzy możliwość dostępu do strefy przegranicznej. Pod koniec sierpnia identyczna dyskusja przetoczyła się przez media na Łotwie. Ale żeby się o tym dowiedzieć, trzeba skorzystać z Google’a, a nie tylko z głowy, zwłaszcza jeśli nie śledzi się na co dzień wydarzeń w państwach bałtyckich.
Zderzenia z rzeczywistością nie wytrzymuje też argument, że nie da się wpuścić mediów na teren tak wrażliwych w kontekście bezpieczeństwa działań, jak ochrona granicy. To, że w Polsce mamy tendencję do inflacji słów, zgodnie z którymi kilkuset nieagresywnych migrantów stało się zagrożeniem na miarę końca świata, to jedno. Ale przecież dziennikarze są dopuszczani nawet do stref konfliktów zbrojnych, a można się chyba zgodzić, że 13 tys. ofiar wojny w Zagłębiu Donieckim to wydarzenie nieporównywalne z niczym, czego byliśmy świadkami w ostatnich tygodniach na pograniczu unijno-białoruskim. Tymczasem procedura uzyskania zgody na pracę w strefie Operacji Zjednoczonych Sił, jak określa się tereny przylegające do linii rozgraniczenia, jest przejrzysta i prosta do przejścia. Wiem, o czym piszę, bo sam ją przechodziłem.
Wystarczy wysłać na odpowiedni e-mail w Ministerstwie Obrony wniosek o akredytację, w którym podaje się dane dziennikarzy, numery ich telefonów, zdjęcia, kopie dowodów tożsamości i legitymacji dziennikarskich, a wszystko musi poświadczyć podpisem i pieczątką redaktor naczelny. Wniosek trafia do Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, która weryfikuje reporterów chętnych na wyjazd. To czysta formalność, o ile ktoś nie pracuje dla mediów prokremlowskich. Pozytywnie zweryfikowany dziennikarz ukraiński odbiera akredytację maksymalnie po siedmiu, a zagraniczny po 30 dniach. I już można ruszyć na wschód. Dostęp do najbardziej wysuniętych pozycji, na samą linię rozgraniczenia albo jednostek wojskowych wymaga dodatkowych uzgodnień, ale też jest to możliwe. Państwo ukraińskie dało dziennikarzom możliwość pracy w strefie wojny, mimo że ich życie i zdrowie może być tam wystawione na realne niebezpieczeństwo, a Litwa, Łotwa i Polska w nieporównywalnie bardziej bezpiecznej sytuacji – nie.