Choć intencją ich magnificencji było zapewne wykazanie, że zbyt daleko posunięta spolegliwość wobec frankowiczów może się skończyć szkodą dla gospodarki i podatników – to jednak efekt jest nie najlepszy.
Rektorzy jako punkt wyjścia uznali za stosowne przyjąć, że zaciągnięcie hipotecznego kredytu walutowego niewiele się różni od inwestowania w wirtualne złoto w piramidzie finansowej. Tak chyba trzeba rozumieć śmiałą retoryczną figurę, w której najpierw przywołuje się kojarzone z aferami i stratami Bezpieczną Kasę Oszczędności czy Amber Gold, a potem stwierdza się, że niektórych te historie niczego nie nauczyły i nadal podejmują nadmierne ryzyko dla zysku, by – na koniec – brawurowo zakwalifikować do tego katalogu „zaciąganie kredytów mieszkaniowych denominowanych lub indeksowanych do waluty obcej”. W ten sposób autorzy chcieli zdezawuować frankowiczów, ale niechcący wzmocnili przywoływany często przez nich argument, że kredyt walutowy nie był tak naprawdę kredytem, tylko spekulacyjnym instrumentem finansowym. A banki, sprzedając go, uprawiały tzw. misseling – czyli oferowały klientom produkt niedopasowany do ich potrzeb.
Łatwo rektorom przychodzi stwierdzenie, że „znaczna część” kredytów frankowych została zaciągnięta w celach spekulacyjnych. Trudno powiedzieć, skąd te informacje i co właściwie autorzy mieli na myśli, bo według Biura Informacji Kredytowej zaledwie 4,6 proc. klientów frankowych ma dwa takie kredyty, a 1 proc. trzy i więcej. Czy zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych to spekulacja?
Pisząc list, który miał naświetlić tło całej historii, rektorzy rzucili światło tylko z jednej strony, zupełnie pomijając cały ówczesny kontekst. Polska dopiero co weszła do Unii, co poskutkowało m.in. umocnieniem złotego i miał on dalej zyskiwać, bo lada moment mieliśmy wejść do strefy euro, co zminimalizowałoby ryzyko kursowe. Takie argumenty – wtedy brzmiące sensownie – przedstawiali klientom pośrednicy sprzedający kredyty, dorzucając jeszcze jeden: Szwajcaria to kraj niesłychanie stabilny, więc z kursem franka nie powinno się wiele dziać. Dowód? Proszę bardzo: wykres kursu frank–złoty z ostatnich 30 lat. Pośrednicy – dodajmy – dostający prowizję za sprzedaż. Kredyt złotowy w porównaniu z frankowym wypadał gorzej pod względem bieżącego kosztu obsługi z uwagi na wyższe stopy procentowe, a franki miały odblokować realizację potrzeb mieszkaniowych przez Polaków, których na złotowe kredyty nie było stać. Taka była wtedy polityczna narracja, czego rektorzy w ogóle nie uwzględniają. Pomijają też fakt, że banki wiedziały, na jakie ryzyko narażają i siebie, i klientów. Przecież Związek Banków Polskich apelował o odgórny zakaz sprzedawania kredytów walutowych na cele mieszkaniowe. Ale na poziomie pojedynczych banków przeważyła pogoń za dobrym wynikiem i utrzymaniem udziału w rynku.
Rektorzy piszą też, że nie można podważać takich rynkowych świętości, jak stopa procentowa i kurs walutowy. Ale o spreadach cisza – a przecież banki, udzielając kredytów, stosowały inny kurs, a do wyliczania rat inny. Jeśli zaś chodzi o stopy procentowe, to autorzy zapomnieli o ciekawej dyskusji z 2015 r. – o tym, czy oprocentowanie kredytu może być ujemne, jeśli stopa procentowa spadnie poniżej zera. W pierwszym odruchu środowisko bankowe, ustami ówczesnego wiceprezesa ZBP Jerzego Bańki, odrzuciło taką możliwość jako sprzeczną z doktryną. Innymi słowy „mechanizm rynkowy prowadzi do ustalania warunków transakcji pieniężnych” – ale tylko wtedy, gdy stopa procentowa jest dodatnia. Inaczej kredyt przestałby być kredytem, jak wtedy argumentowano.
Podstawowe żądanie frankowiczów – czyli przeliczenie kredytów po kursie z dnia zaciągnięcia – list określa jako „przerzucanie kosztów zmaterializowania ryzyka walutowego na innych”, co jest według autorów moralnym hazardem mogącym prowadzić „do erozji dyscypliny rynkowej, a w konsekwencji do patologicznych zachowań uczestników rynku”. Nie dowiemy się jednak z tekstu, co rektorzy sądzą o liście ambasadorów Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii z 2019 r., w którym zagrozili Polsce wielomilionowymi pozwami w przypadku przyjęcia prezydenckiej ustawy o pomocy dla frankowiczów – czy taka forma presji jest moralnym hazardem, czy też nie i czy przypadkiem nie mieści się w kategorii „patologicznych zachowań”.
I na koniec, passus o tym, do czego to wszystko mogłoby doprowadzić, gdyby Sąd Najwyższy wydał niekorzystny dla banków wyrok. Autorzy są przekonani, że do destabilizacji systemu finansowego, za którą, wcześniej czy później, zapłacą wszyscy podatnicy. Zupełnie jakby to podatnicy byli właścicielami banków, a nie prywatny kapitał. Jego rola jest w sprawie zupełnie pomijana, jakby zadanie właściciela banku ograniczało się jedynie do pobierania dywidend od zysków. Takich właśnie analitycznych kontrapunktów zabrakło w stanowisku uznanych ekonomistów. Zupełnie jakby list był jedynie kolejną próbą wywarcia presji na Sąd Najwyższy.