Dla ekonomistów „rzeczywistość to przypadek szczególny”. Tak przynajmniej twierdzą złośliwcy, którzy zdołali już przekonać szeroką publiczność, że współczesna ekonomia to zbiór nieżyciowych, a nawet szkodliwych frazesów. Są jednak w błędzie
Nie znajdziesz w Stanach Zjednoczonych jego pomnika, a jego rozpoznawalność w żadnej mierze nie dorównuje sławie gwiazdorów ekonomii pokroju Miltona Friedmana czy Paula Krugmana. Nawet amerykańska branża lotnicza zdaje się nie pamiętać, jak wiele dla niej zrobił (niewdzięcznicy!). Owszem, wspomina się czasem jego ogniste spory z ekologami wieszczącymi szybki koniec zasobów naturalnych (twierdził, że taki katastrofizm to wierutna bzdura), ale zapomina się o jego największym osiągnięciu: dzięki niemu amerykańska gospodarka zaoszczędziła w ciągu ostatnich trzech dekad ok. 100 mld dol.
Mowa o Julianie Simonie, nieżyjącym już ekonomiście z Uniwersytetu Maryland, i jego genialnym pomyśle na polepszenie działania linii lotniczych.
Nie stać nas na pomniki
Pomysł Simona dotyczył overbookingu. To praktyka polegająca na tym, że celowo sprzedaje się na dany lot więcej biletów, niż jest miejsc w samolocie, wychodząc z założenia, że część osób z lotu i tak zrezygnuje. Czasami jednak z lotu rezygnuje więcej osób niż zwykle, a to może przynieść firmie straty, jeśli sprzedała zbyt mało dodatkowych biletów. Czasami zaś nie rezygnuje nikt i w takiej sytuacji część osób, które wykupiły bilety, musi poczekać na kolejny samolot.
W czasach przed deregulacją rynku lotów pasażerskich w USA (czyli mniej więcej do końca lat 70.) nie radzono sobie z tym problemem. Mogłeś lecieć na chrzciny wnuka i dopiero na lotnisku dowiedzieć się, że nie zdążysz, bo to właśnie ty jesteś tym pechowcem z nadwyżkowym biletem. Rezerwacja biletów lotniczych przypominała loterię, wywoływała powszechną frustrację i zniechęcała do podróży samolotem, a to opóźniało rozwój rynku.
Simon, aktywny naukowiec, który latał z konferencji na konferencję, dobrze ten problem znał. Jako ekonomista znał także wpływ zachęt (incentives) na zachowanie ludzi. Zaproponował, by zamiast w sytuacjach nieprzewidzianych arbitralnie typować pechowców, zacząć szukać wolontariuszy, którzy za odpowiednią rekompensatą finansową poczekają na kolejny lot, ustępując miejsca tym, którym śpieszy się bardziej. Banalne i oczywiste? Może, ale przed Simonem żaden z tuzów powietrznego biznesu o tym nie pomyślał.
Od lat 80. linie lotnicze zaczęły stosować to rozwiązanie, co pozwoliło im na zwiększenie poziomu overbookingu. To z kolei zaowocowało wzrostem rentowności lotów i... spadkiem cen biletów, a także – pośrednio – czystszym powietrzem (dzięki ograniczeniu liczby „pustych” lotów). W sumie złożyło się to – jak wyliczył prof. James Hines z Uniwersytetu Illinois – na wspomniane wcześniej 100 mld dol. oszczędności. Jaki inny ekonomista może się pochwalić osiągnięciem o tak wielkim znaczeniu praktycznym?
Tu zaskoczenie: wielu. I to tak wielu i w tak różnych dziedzinach życia, że stawianie im pomników nie byłoby najlepszym pomysłem – ze względu na koszty, jak i, rzecz jasna, poczucie estetyki. Królowie, kompozytorzy i wynalazcy prezentują się na cokołach znacznie lepiej niż profesorowie w niedopasowanych marynarkach.