Reklama
Wraz z publikacją raportu Najwyższej Izby Kontroli rozgorzała dyskusja o przejrzystości finansów publicznych. Głównym zarzutem pod adresem Ministerstwa Finansów, pojawiającym się w tekstach komentatorów ekonomicznych, wydaje się być występująca różnica pomiędzy deficytem i długiem budżetu państwa liczonym według metodyki krajowej oraz stanem finansów całego sektora instytucji rządowych i samorządowych, który jest obliczany na potrzebę sprawozdawczości do Eurostatu. Sugeruje się, że Ministerstwo Finansów manipuluje statystykami i ukrywa przed opinią publiczną, jaki jest rzeczywiście stan finansów państwa. Pomijając polityczną otoczkę tej kwestii, przyjrzyjmy się faktom ekonomicznym.
Dług publiczny w Polsce jest liczony i publikowany według dwóch definicji: krajowej, określonej w ustawie o finansach publicznych (państwowy dług publiczny), do której odnoszą się krajowe reguły fiskalne, w tym m.in. konstytucyjny limit długu publicznego, oraz definicji UE, jednolitej dla wszystkich państw Wspólnoty (dług sektora instytucji rządowych i samorządowych). Różnice między krajową a unijną definicją długu publicznego wynikają przede wszystkim z różnic w zakresie sektora finansów publicznych. W polskiej definicji jest on określony poprzez typy jednostek wymienione w art. 9 ustawy o finansach publicznych. Unijna definicja ma charakter funkcjonalny. Bierze pod uwagę kryteria ekonomiczne, a przez to jest bardziej płynna – ta sama jednostka może w różnych latach być klasyfikowana w sektorze instytucji rządowych i samorządowych lub poza nim.
Historycznie rzecz ujmując, różnica między deficytem i w konsekwencji zadłużeniem liczonym według metodyki krajowej i unijnej występowała od zawsze. Zwiększyła się ona wyraźnie w ubiegłym roku (zresztą podobnie było podczas ostatniego kryzysu, który wybuchł w 2008 r.). Było to głównie wynikiem działań antykryzysowych finansowanych przez Polski Fundusz Rozwoju i Bank Gospodarstwa Krajowego. Zobowiązania obu instytucji nie są uwzględniane w metodyce krajowej. Z czym taki ruch był związany, tłumaczyliśmy już wielokrotnie: tak było szybciej i bez zbędnej biurokracji, a zamrożenie gospodarki wymagało naprawdę szybkiej reakcji. Pod tym względem kryzys związany z COVID-19 był wyjątkowy.
Dwie metodyki liczenia długu nie przeszkadzają na pewno ekspertom. Podobnie sytuacja wygląda w innych krajach Unii Europejskiej i analitycy wiedzą, gdzie szukać jakich informacji. MF co kwartał publikuje również informacje dotyczące naszej sytuacji fiskalnej zarówno według krajowej, jak i unijnej statystyki. Dla kogoś z boku, kto nie zajmuje się zawodowo tymi zagadnieniami, taki stan rzeczy może się jednak wydawać dziwny. Może pojawić się pytanie, dlaczego nie zrezygnować z jednej definicji, najlepiej z tej krajowej, i opierać się tylko na unijnej, która jest szersza. Takie pomysły padają też często z ust tych, którzy zarzucają MF manipulację.
Jedną przyczyną – powiedzmy – bardziej techniczną, jest płynność w uznawaniu poszczególnych instytucji za część sektora lub nie. Drugą, mającą potencjalnie znacznie poważniejsze konsekwencje, jest kwestia interakcji zadłużenia liczonego według unijnej metodyki z krajowymi regułami fiskalnymi. Powiedzmy to wprost: przejście wyłącznie na unijną metodykę liczenia długu, bez głębszych zmian w krajowych ramach fiskalnych, sprawiłoby, że wsparcie gospodarki w tym i ubiegłym roku, jakie państwo polskie udzieliło przedsiębiorcom i pracownikom, byłoby znacznie skromniejsze.
Dodatkowo w kolejnych latach mielibyśmy zupełnie związane ręce w obszarze polityki fiskalnej. Jak biblijny Hiob moglibyśmy owlec się w wór i siedzieć na popiele, czekając na cud, bo nasze zadłużenie znalazłoby się blisko limitu konstytucyjnego. I to wszystko przy rekordowo niskich kosztach obsługi długu. Zastanawiam się zatem, czy pod płaszczykiem mówienia o większej przejrzystości w finansach publicznych nie stara nam się sprzedać recepty na prowadzenie polityki fiskalnej, która poniosła spektakularną porażkę po ostatnim kryzysie – szybkiego wejścia na ścieżkę zaciskania pasa.
Neoliberalna hydra pewnie nieraz jeszcze podniesie głowę, ale nie dajmy się nabrać na jej sztuczki. Jeśli chcemy poważnie rozmawiać o sytuacji finansów publicznych, musimy myśleć całościowo o polskich ramach fiskalnych.