„Zmiana kursowa miała charakter zmiany czynnika rynkowego, niezależnej od stron umowy kredytu. Banki nie czerpały korzyści finansowych ze zmiany kursu walutowego” – stawia sprawę jasno KNF.
„Znaczny wzrost złotowej wartości kredytu (walutowego) nastąpiłby niezależnie od sposobu ustalania kursu walutowego w tzw. klauzuli przeliczeniowej” – dodaje NBP. Tłumaczy, że „wzrost obciążeń klientów z powodu aprecjacji franka szwajcarskiego nie miał istotnego wpływu na dochody banków, gdyż (…) miały one domkniętą pozycję walutową”.
Obie instytucje stojące na straży stabilności finansowej państwa potwierdziły poglądy ekonomistów i części prawników. Główną przyczyną kryzysu frankowego nie są wcale domniemane abuzywne klauzule przeliczeniowe, tylko wzrost raty kredytu spowodowany wzrostem kursu franka. Wzrostem, którego nikt nie był w stanie ani przewidzieć, ani oszacować ryzyka takich zmian, ani tym bardziej świadomie wywołać. Wzrostem, na którym bezpośrednio nie zarobiły banki, a pośrednio zaczęli na nim zarabiać głównie… prawnicy frankowiczów.
Lobby frankowe insynuuje bankom, że na wolnym i konkurencyjnym rynku tworzyły iluzje. Rzekomo wyłącznie tymi iluzjami kierowało się przy podejmowaniu decyzji kredytowych prawie milion dorosłych, wykształconych, racjonalnych i doświadczonych ludzi.
Włącza się typowy mechanizm opisany przez prof. Yuvala Noaha Harariego: pozbawianie godności osób czy instytucji w celu przejęcia ich majątku. W przeszłości, gdy chciano kogoś pozbawić majątku, ogłaszano go czarownikiem, zwoływano sąd, wydawano wyrok, palono go na stosie, a jego majątek przekazywano innym. Zbrodnia doskonała „w majestacie prawa”.
Czy prawie milion osób, które zaciągnęły kredyty walutowe (nie tylko we frankach), w tym: prawnicy, sędziowie, parlamentarzyści, bankowcy, ubezpieczyciele, dziennikarze i inni profesjonaliści, kierowali się iluzją? Czy oczekiwaniami – w tamtym czasie związanymi z niskimi stopami oprocentowania walut oraz optymizmem co do umacniania się złotego i wejścia Polski do strefy euro? Czy prawnicy nie wiedzą, że każda decyzja ekonomiczna jest związana z niepewnością i niesie ze sobą ryzyko, zarówno po stronie konsumenta, jak i kontrahenta – podobnie jak każdy produkt finansowy czy usługa bankowa, nie tylko kredyt? Czy nie zauważają, że decyzja, którą podjęli, umożliwiła im osiągnięcie podstawowego celu, jakim był zakup nieruchomości?
Sugerowanie, że system finansowy dokonuje operacji finansowych na podstawie oszustwa lub triku, jest sprzeczne z obowiązującymi od stuleci regułami funkcjonowania rynków finansowych. Taka nieuczciwa argumentacja jest jeszcze wzmacniana sugestią, że banki masowo wprowadzały frankowiczów w błąd. Autorzy tych tez nie mają podstawowej wiedzy ekonomicznej, lecz tylko bajkowe wyobrażenie o funkcjonowaniu rynków finansowych.

Zła interpretacja dyrektyw UE

Kolejny nieuczciwy argument podnoszony przez autorytety z zakresu ochrony konsumenta, wprowadzający opinię publiczną w błąd, to teza, że banki nie informowały kredytobiorcy o ryzyku walutowym lub udawały, że poinformowały. Według tej nieuczciwej propagandy banki miały – jakoby zgodnie z wymogami prawa – obowiązek przewidzieć przyszłe zdarzenia na kilkanaście lat, wycenić ryzyko i poinformować o tym kredytobiorców. Jest to niedopuszczalna interpretacja wywodzona z przepisów unijnych. Dyrektywa 93/13 wymaga sporządzenia warunków umowy jasnym i zrozumiałym językiem. Dyrektywa 2005/29 w artykule 6 zabrania praktyk niosących fałszywe lub wprowadzające w błąd informacje. Zaś dyrektywa 2014/17 nie specyfikuje w żaden sposób zakresu informacji. Mówi jedynie wprost o jasnych i zwięzłych informacjach ostrzegających przed wahaniami kursów walut i wpływie, jaki mogą mieć na kwoty do zapłaty.
Banki miały symetryczną z klientem wiedzę, jaka była zmienność kursów walutowych na dzień udzielenia kredytu. Sugerowanie, że bank mógł znać zdarzenia przyszłe, np. kryzysy gospodarcze, jest czystą manipulacją. Zmiany, które zaszły na rynkach walutowych, były zaskoczeniem dla wszystkich uczestników rynku. Nie można było ich przewidzieć. Były rezultatem zdarzeń, na które żaden bank w Polsce nigdy nie miał wpływu.
Niektórzy prawnicy nie odróżniają lub nie chcą odróżniać kwestii niepewności dotyczącej zmian kursowych, popularnie nazywanej ryzykiem, od estymowanego ryzyka szacowanego na podstawie ilościowych danych i informacji, przy zastosowaniu dostępnych metod i modeli ryzyka. Wszystkie wysiłki akademickiego modelowania przyszłości kursów walutowych zawodzą od lat nawet na krótkie okresy. Oczekiwanie i stawianie wymogu, aby bank był jasnowidzem i prawidłowo przepowiedział przyszłość, jest postulatem niewykonalnym i tylko prawnym wybiegiem w celu unieważniania umów.

Banki spełniły obowiązek

Dyrektywa 2014/17 wprost mówi tylko o ostrzeżeniu klientów przed ryzykiem zmiany kursów, ponieważ jej twórcy doskonale wiedzieli, że nie istnieją skuteczne i wiarygodne metody szacowania ryzyka walutowego w dłuższych okresach. Teoria rynków efektywnych oraz doświadczenie empiryczne pokazują, że jest to niemożliwe. Dowolność interpretacji przepisów unijnych i niewiedza lub oderwanie części prawników od rzeczywistości ekonomicznej prowadzi do stawiania bankom wymogów niewykonalnych, aby naciągać interpretację i twierdzić, że banki nie dopełniły obowiązku informacyjnego, a rzetelnie poinformowany kredytobiorca nigdy nie zawarłby takiej umowy.
Nikt jednak nie zbudował rozwiązań analitycznych spełniających takie postulaty.
Żadna dyrektywa nie wymaga od banków przedstawiania i rozwijania metod szacowania ryzyka oraz przewidywania kursów walutowych na dekady, jak obecnie dowodzi część prawników, zarzucając w tym względzie fałszywie abuzywność. Banki zgodnie z dyrektywą 2014/17 mają tylko ostrzegać w informacjach przedumownych przed ryzykiem, o potencjalnym wpływie, jaki wahania kursów wymiany walut mogą mieć na kwotę, którą konsument musi spłacić. Informacja ta ma być jasna i zwięzła, a polskie banki dopełniały obowiązku informacyjnego zgodnie z obowiązującymi normami.
Banki mogą ograniczać ryzyko, dając możliwość przeliczenia waluty kredytu na pieniądz krajowy w okresie kredytowania (po kursie rynkowym), wprowadzać górne limity kosztów obsługi lub tylko ostrzegać konsumentów. Polskie banki nie tylko ostrzegały przed ryzykiem walutowym, ale też kierowały do konsumentów oferty przewalutowania na warunkach rynkowych wskazywanych przez dyrektywę. Prawie nikt z ofert przewalutowania nie skorzystał.
Bank nie był nigdy zobowiązany do szacowania ryzyka, a jedynie do informowania o związku kredytu walutowego z ryzykiem zmian kursu walutowego (Rekomendacja S) i jego konsekwencjach. Banki przedstawiały informacje pozwalające na ocenę ryzyka kursowego, wskazując m.in., że zmiana kursu wpływa na wysokość miesięcznej raty oraz salda zadłużenia. Nie wymagano rzeczy niemożliwych – przewidywania kursów na 25 lat wprzód. Klient podpisywał dokument, potwierdzając zaznajomienie się z istnieniem ryzyka i że jest tego ryzyka świadomy. Jak bardziej dobitnie niż przez złożenia podpisu miałby wyrazić potwierdzenie przyjęcia do wiadomości przekazanych mu informacji i świadomości istnienia ryzyka kursowego? Trudno zakładać, że konsumenci podpisywali umowy fałszywie i w złej wierze.

Kredyty zgodne z prawem

Lobbyści frankowi – czasami ważne autorytety – piszą o rzekomych standardach wyznaczanych przez TSUE w stosunku do kredytów walutowych. Chociaż TSUE nigdzie nie orzekł, że kredyty walutowe są sprzeczne z prawem UE, natomiast sądom lokalnym pozostawił obiektywne, uczciwe i zgodne z rzeczywistością dowiedzenie abuzywności klauzul. Dzisiaj także banki, zgodnie z prawem oraz nowelizowanymi rekomendacjami, udzielają konsumentom kredytów walutowych na finansowanie nieruchomości.
Nie ma też żadnego rozróżnienia między kredytem walutowym i denominowanym, ponieważ są to synonimy. Nie jest też niedozwolone wypłacenie kredytu walutowego w złotych lub innej walucie. Bank jest bowiem uprawniony do dokonywania transakcji walutowych na zlecenie klienta, a klient ma prawo takiej transakcji dokonać. Wielkim nadużyciem jest twierdzenie, że kredyt denominowany nie jest kredytem walutowym, tylko złotowym, ponieważ klient po przyznaniu go zamienił środki w walucie na złote, aby zapłacić deweloperowi za nieruchomość.
Teza, że klauzule przeliczeniowe są nieuczciwe, nie znajduje żadnego potwierdzenia w regulacjach unijnych. Szczególnie że w przypadku kredytu w obcej walucie bank nie dokonuje żadnych przeliczeń kredytu. Konsument, dokonując spłaty kredytu na wolnym rynku walutowym, może dokonać transakcji wymiany środków pozyskanych z kredytu z dowolną instytucją uprawnioną do obrotu walutowego – bankiem, kantorem czy fintechem. Przelew środków na spłatę lub wypłatę kredytu może pochodzić z bardzo różnych źródeł. To klient wybiera, z jakiego źródła pozyskuje waluty obce. Transakcja wymiany waluty jest zupełnie inną transakcją niż transakcja kredytowa. Sugestie, że umowa kredytu jest a priori nieważna z tytułu odniesienia się do bankowej tabeli kursowej, jest nadużyciem. Odrzuconym zresztą ostatnio przez Sąd Najwyższy Austrii.

Ustalanie kursu

Podobnie bałamutna jest teza, że postanowienia umów kredytów indeksowanych i denominowanych zezwalają bankowi w istocie na dowolne określenie kursu waluty obowiązującego przy wypłacie i spłacie kredytu. Wielu prawników nie dostrzega, że w gospodarce rynkowej nie istnieje w istocie dowolne kształtowanie transakcyjnego kursu czy ceny, ponieważ tabela kursowa jest skierowaną otwartą ofertą do istniejących lub nowych klientów banku w zakresie kupna i sprzedaży waluty. Arbitrażowy mechanizm rynkowy przy błędnym – lub, jak się sugeruje, nierynkowym kursie – działałby na szkodę banku. Sprzedawałby bowiem waluty taniej niż je pozyskuje lub zbyt drogo, aby klienci chcieli zawrzeć z nim transakcje. W każdym przypadku ponosiłby stratę.
Rynek jest niezwykle skuteczny w zakresie pozbawiania ceny dowolności – inaczej, niż to było w czasach centralnego planowania. Takie stanowisko potwierdza też treść rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 596/2014 w sprawie możliwych nadużyć na rynku walutowym (MAR). W tej sprawie ESMA wyjaśnia, że art. 2 MAR nie włącza transakcji walutowych realizowanych przy zastosowaniu kursów spot. Ze względu na skalę rynku nie widzi się potrzeby, aby badać abuzywność rynku walut spot. Podkreśla się też znaczenie globalnego arbitrażu eliminującego jakiekolwiek niedociągnięcia rynku forex. Czyli żaden bank, ze względu na ten mechanizm, nie może dokonywać na tym rynku manipulacji kursowych. Publiczna wiedza o kursach walutowych eliminuje znaczenie informacji poufnych i manipulacje.

Grupa interesu a społeczeństwo

Czy prawo unijne rzeczywiście wspiera wywłaszczanie banków z ich majątku bez odszkodowania? Wątpię. Taka myśl prawna może funkcjonować chyba tylko w Polsce, gdzie dowolna i niespójna z mechanizmami rynkowymi interpretacja prawa i rzeczywistości gospodarczej ma posłużyć transferowi wartości do szukającego odwrócenia skutków swoich decyzji lobby frankowego kosztem reszty społeczeństwa. Zapętlenie argumentacji prawnej lobby frankowego między istniejącymi i podpisanymi, realnymi umowami a bezumownym korzystaniem z kapitału, zakupem realnych nieruchomości z tego kredytu, których wartość wzrosła niekiedy ponad dwa razy, nie prowadzi do wzbogacenia się jednej strony i zachowuje równowagę stron? Gdzie są granice absurdu tworzonych wykładni? Co jeszcze można wymyślić i sfalandyzować, aby uzasadnić ekonomiczny rabunek majątku banków dla stosunkowo wąskiej grupy interesu?
To, co niektórzy prawnicy w odniesieniu do umów kredytowych w walutach określają abuzywnością – abuzywnością nie jest ani z punktu widzenia dyrektyw UE, ani procesów gospodarczych, którym te dyrektywy mają służyć. ©℗
Sugerowanie, że system finansowy dokonuje operacji na podstawie oszustwa lub triku, jest sprzeczne z obowiązującymi od stuleci regułami funkcjonowania rynków finansowych