Autor nie decydował o oferowaniu walutowych kredytów mieszkaniowych w bankach i nie zaciągał takich kredytów. Uczestniczy w pracach sektora i instytucji sieci bezpieczeństwa finansowego nad dobrowolnymi ugodami. Materiał wyraża jego własne opinie

Obiektywna ocena problemu kredytów walutowych wymaga nazwania po imieniu trzech faktów. Po pierwsze, banki udzielały kredytów walutowych i na nich zarabiały. Po drugie, klienci te kredyty zaciągnęli i kupili za nie mieszkania. Po trzecie, wciąż jeszcze panuje zgoda społeczna co do tego, że długi trzeba spłacać. W minionych latach dokonała się jednak drastyczna zmiana otoczenia, w którym wspólnie funkcjonujemy. Otóż bank centralny Szwajcarii uwolnił kurs franka, a ten zwiększył skokowo swoją wartość. Efektem ubocznym, o którym – jak sądzę – szwajcarscy bankierzy centralni nie pomyśleli, było wywołanie w Polsce poważnego pożaru, który teraz próbujemy ugasić.

Pełnomocnicy procesowi najbardziej zirytowanych kredytobiorców, najczęściej tych, których długi wraz z kursem franka wzrosły najmocniej, pozywają banki i kwestionują coś, co w ekonomii jest oczywiste, czyli że cena waluty się zmieniła. A na salach sądowych wykorzystują do tego zapisy umów kredytowych, które w przypadku kredytów frankowych (ale tylko tych wypłacanych na rachunki złotowe) mają być wadliwe. Co jest rzekomo ich wadą? Otóż to, że kredytobiorca był skazany na bankowy cennik franka, który określał jego kurs i uwzględniał marżę handlową banku zwaną spreadem walutowym. Nawet nie wysokość ceny franka czy rozmiar marży jest ich wadą, ale samo to, że klient był na nią i na bank, z którym przecież podpisał umowę, skazany.
Co jest prawem, a co nie?
Tu do gry wkraczają sędziowie. Oni kierują się kodeksami i spisanymi w nich prawami konsumenta. Ale zasady ekonomii, choćby takie, że kurs waluty jest płynny i się zmienia, czy to, że bank stosuje marżę handlową, a pieniądz ma swoją cenę, nie zostały dotychczas skodyfikowane, podobnie jak nie zostały zapisane w kodeksach zasady matematyki, prawa biologii czy fizyki. Stąd sędziowie je pomijają i wydają wyroki. Także takie, w których orzekają, że za użycie własnego cennika walutowego bank ma po latach nie tylko zwrócić klientowi marżę handlową czy wyrównać skutek wzrostu kursu franka, lecz także zwrócić zapłacone przez niego raty i umorzyć cały dług, który pozostał do spłaty. Mieszkanie ma pozostać własnością klienta, a kredyt ma zniknąć, bo rzekomo nigdy go nie było.
Można się spierać, ilu klientów 10–15 lat temu, zaciągając kredyt walutowy, było nieświadomych ryzyka kursowego. Jednak nie ma sporu co do tego, że wszyscy, absolutnie wszyscy klienci frankowi byli świadomi, że pożyczają pieniądze od banku i zobowiązują się je spłacić. Niemniej dziś okazuje się, że stosowanie kodeksów i paragrafów może prowadzić do takich wniosków, że długów spłacać nie trzeba, a pełnomocnicy procesowi są w stanie zapewnić klientom mieszkania za darmo. No może nie do końca, bo za tę usługę klienci płacą pełnomocnikom wynagrodzenie w kwocie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Sprawa racjonalnego stosowania prawa zawisła przed Sądem Najwyższym. Ten ma do rozstrzygnięcia spór o to, kto pokryje skutki wzrostu kursu franka i w jaki sposób ma to zrobić.
Dokąd zmierzamy?
Do ugaszenia frankowego pożaru od ponad kwartału mamy na stole konkretną, odkurzoną po latach propozycję ugód. Zgodnie z nią zmiana kursu walutowego w przypadku udzielonych w przeszłości kredytów miałaby nie obciążać klientów, a cały jej ciężar od momentu ich udzielenia obciążyłby banki. W tym rozwiązaniu za kwotę wypłaconego kredytu bank przyjmie kwotę w złotych, tę samą, którą lata temu zapłacił klientowi za franki na rachunek złotowy przez niego wskazany. Następnie zastosuje do tego kredytu oprocentowanie złotowe zgodnie z zasadą, że indeks oprocentowania podąża za walutą (akurat ta zasada ekonomii została skodyfikowana w 2019 r. w rozporządzeniu unijnym). Potem wszystkie spłaty, które klienci realizowali w okresie trwania kredytu, w takich kwotach w złotych, w jakich były one realizowane, zaliczy na poczet spłat takiego kredytu złotowego. Proste, zrozumiałe i logiczne.
To konkretna i spójna propozycja. Mówi ona, że banki potraktują kredytobiorców frankowych dokładnie tak, jak traktowały kredytobiorców złotowych (a może i nieco lepiej, bo cofną skutki wzrostu kursu waluty). Jest ona niesłychanie kosztowna dla sektora. Bierze on na siebie ok. 35 mld zł potencjalnych kosztów związanych ze wzrostem kursów walutowych. Przez ostatnie kilka lat banki zgromadziły jednak na tyle dużo kapitałów, że dziś mogą sobie pozwolić na rozważanie jej realizacji. Co tłumaczy też, dlaczego nie miały tej przestrzeni pięć, sześć lat temu. W grupie banków, które wspólnie z Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego oraz w asyście dwóch innych instytucji z sieci bezpieczeństwa finansowego pracują nad tą propozycją, jest łącznie dziewięć instytucji. Prace są na tyle zaawansowane, że banki zwołują walne zgromadzenia, by omówić tę kwestię z akcjonariuszami oraz wystąpić o ich zgodę na wyrównanie klientom skutków wzrostu kursu franka.
Najlepsze rozwiązanie?
To rozwiązanie w całości likwiduje ryzyko kursowe po stronie klienta oraz minimalizuje (bo w ocenie UOKiK konsumenci nie mogą zrzec się prawa do sądu) ryzyko prawne po stronie banków. Dlatego, choć jest kosztowne, wydaje się, że przy aktualnej linii orzeczniczej to jedyna propozycja, która ma szansę ukształtować konsensus społeczny w tej sprawie. Godzi ona interesy banków, kredytobiorców frankowych, kredytobiorców złotowych i deponentów, u których banki zaciągnęły swój dług. Zdecydowana większość (ok. 70 proc.) ankietowanych kredytobiorców frankowych deklaruje, że takie rozwiązanie przyjmie.
Na prace nad ugodami nakłada się oczekiwana uchwała SN. Ma on rozstrzygnąć, czy po anulowaniu kredytu banki mają ufundować kredytobiorcom frankowym mieszkania (bo wypłata kredytu się przedawniła i zwracać go nie trzeba, ale banki mają zwrócić klientom spłacone przez nich raty), czy może jednak dług trzeba spłacić, a bank po uwolnieniu klienta od ryzyka kursowego może naliczać od niego odsetki według oprocentowania właściwego dla kredytów złotowych (bez nich byłby to kredyt darmowy).
Skutki finansowe tych decyzji zostały oszacowane przez UKNF. W przypadku darmowego mieszkania lub darmowego kredytu często będą one wyższe od kapitałów tych banków. A że poza kapitałami banki finansują się depozytami, straty przekraczające ich kapitały pokryją deponenci, a w skrajnym przypadku podatnicy. I tu dochodzimy do potencjalnej materializacji ryzyka systemowego, które unosi się nad całą gospodarką.
Tymczasem w sierpniu 2020 r. Sąd Najwyższy Austrii orzekł, że w przypadku kredytów frankowych wypłaconych na rachunki w walucie lokalnej lub z nich spłacanych naturalne i zgodne z prawem jest, że cenę waluty określa cennik banku uwzględniający jego marżę handlową. ©℗