Wybiórcza logika

Czyżby prawnicy nie wiedzieli, że każda decyzja ekonomiczna jest związana z niepewnością i niesie ze sobą ryzyko, podobnie jak każda usługa bankowa? Od czasów pojawienia się wymiany towarowej podejmujemy jako klienci takie ryzyko na podstawie naszego doświadczenia i analizy oraz ponosimy jego skutki. Ryzyko kredytów walutowych związane jest ze zmianą zagranicznej stopy procentowej i kursu walutowego, a kredytobiorcy złotowi są narażeni na ryzyko zmiany krajowych stóp procentowych. Konia z rzędem temu, kto ex ante dowiedzie, że jeden rodzaj ryzyka jest lepszy od drugiego. Dopiero po ostatecznym rozliczeniu kredytu można powiedzieć, które decyzje były lepsze. Dla przykładu: kredytobiorcy walutowi w euro z punktu widzenia kosztów obsługi długu do dzisiaj odnoszą korzyści w stosunku do kredytobiorców w złotych. Czyli kredyty w innych walutach niż krajowa nie zawsze są bardziej ryzykowne, a ich udzielanie nie było nieuczciwe lub niezgodne z prawem.
Konsumenci ponoszą to samo ryzyko walutowe, dokonując innych transakcji. Jednak umowy krócej obowiązują, a kwoty są niższe (np. standardowe płatności wykonane za granicą), toteż sam konsument, urząd, jak i sąd nie dostrzegają sprzeczności, niespójności i niekonsekwencji w różnej ocenie problemu abuzywności w odniesieniu do kredytów we frankach i wielu innych transakcji walutowych, które w sensie ekonomicznym są analogiczne.
Ryzyko walutowe konsumenci ponoszą w taki sam sposób, kiedy rozliczają swoje karty kredytowe czy debetowe, którymi płacili za granicą, a przelewają pieniądze z rachunku w złotych na pokrycie zobowiązania w walucie obcej. Wszystkie takie operacje po przeliczeniu po odpowiednim kursie opłacane są na ogół z konta w złotych (konsumenci nie widzą waluty w gotówce), choć oczywiście banki dopuszczają możliwość dokonywania spłaty z rachunków prowadzonych w walucie. Czy ten mechanizm nie jest w opinii sądów abuzywny? Indeksacja transakcji kursem walutowym „ustalanym przez bank” niczym się nie różni od indeksacji kredytu walutowego. Podobnie nikt nie podważa faktu, że przepisy ustawowe wymagają, aby konsument spłacając należności celne czy finansowe – obowiązkowo w złotych – dla przeliczenia zobowiązań walutowych stosował kursy walut „ustalane” w tabeli NBP, notabene tworzonej na podstawie informacji z rynku walutowego tak samo, jak czyni się to w bankach komercyjnych. A dla celów podatkowych dochody z oszczędności konsumentów w formie zagranicznych papierów wartościowych, walutowych funduszy czy depozytów walutowych są indeksowane do złotych, aby państwo pobrało podatek od wartości wyrażonej w złotych. Czy to nie jest przypadkiem abuzywne?
Dlaczego przy kredytach frankowych ta logika zawodzi? Odpowiedź jest prosta: z natury rzeczy nie ma żadnej różnicy ekonomicznej – jest tylko różnica w sile lobby, które w swoim interesie ekonomicznym podważa jeden rodzaj transakcji w celu anulowania umów. Odpowiedzialność za przekazywane treści dotyczące zawartych umów jest zerowa, a korzyści gigantyczne.

Wymiana walut na porządku dziennym

Nie wskazano w żadnych przepisach, że kurs walutowy stosowany przez banki, NBP czy Skarb Państwa w większości transakcji jest uczciwy, a wyjątkowo w odniesieniu do kredytów walutowych – nieuczciwy. To nadużycie, którego celem jest znalezienie pretekstu do orzeczenia nieważności umowy, a w konsekwencji uzyskanie redukcji w spłacie kredytu, w skali od kilkunastu do kilkudziesięciu procent w stosunku do zadłużenia wykazanego przez bank. Słowem: otrzymanie nieruchomości za dopłatą ze strony banku.
Aby podważyć kursy walut banków komercyjnych, przeciwstawia im się kurs NBP jako „obiektywny” miernik przeliczenia zobowiązań walutowych na złote. Kursy walut NBP są niezależne, ale nie od rynku – podobnie jak kursy walutowe banków. Źródłem ustalenia kursu waluty przez NBP jest ten sam rynek walutowy, z którego czerpią swoje kursy do tabel banki. Niewielkie różnice wynikają z czasu i celów jego ustalania. Kurs NBP jest ustalany o godzinie 11.00, a banki ustalają kursy do swoich tabel na podstawie rynku według procedur/regulaminów w określonym czasie, np. od 8.00 do 9.30, tj. przed rozpoczęciem obsługi klientów. Różnice średnich kursów banków i NBP są nieistotnie małe i wynikają z losowych zmian kursów w źródłowych przedziałach czasu między 8–9.30 a 11.00. Ale, aby wiedzieć, czy bank stosował nieuczciwe praktyki rynkowe, sądy musiałyby przeprowadzać analityczny dowód z zachodzących różnic między kursami średnimi banków a średnim kursem NBP. Wyniki moich badań (Krzysztof Kalicki, Aleksandra Górska, „Rynek walutowy a oprocentowanie kredytów w walutach obcych”, „Bezpieczny Bank” 3/19) potwierdziły, że kursy takie różnią się nieistotnie mało i losowo, co przeczy tezie o manipulacjach kursami walutowymi w sektorze bankowym i abuzywności działań banków.
Kolejny argument domniemywanej abuzywności jest taki, że bank powinien skupować i sprzedawać walutę po tym samym kursie średnim. Dla każdego ekonomisty, ale i zwykłego sprzedawcy rzodkiewki, jest to oczywisty fałsz, ponieważ każda transakcja, czy to rzodkiewką, czy walut, zawiera marżę pokrywającą wiele rodzajów kosztów i ryzyka sprzedawcy. Nic dziwnego, że bank kupował franki po kursie kupna, a sprzedawał po kursie sprzedaży. Transakcje rynkowe nie są wykonywane po kursach średnich, lecz po kursach kupna i sprzedaży. Wystarczy zajrzeć do kantoru wymiany walut, żeby zobaczyć, że te kursy są różne. Spread, czyli marża na transakcji, wynika z wielu czynników, takich jak: koszty regulacyjne, IT, infrastruktury, płace pracowników, koszty finansowania dyspozycyjnego zasobu dewizowego, ryzyko zmian kursowych w czasie obowiązywania tabeli. Aby zapłacić za mieszkanie w złotych, konsument musi zamienić swoje aktywa dewizowe na złote. Dla każdego ekonomisty jest jasne, że mogą one pochodzić z własnych oszczędności walutowych lub z uzyskanego kredytu walutowego i nie ma znaczenia, co stanowi źródło waluty, gdy konieczna jest jej wymiana na złote. Jeżeli nie jest to oczywiste dla sądu, to sąd może zapytać o uwarunkowania ekonomiczne ekspertów, ale musi chcieć z tej opcji skorzystać. Złożenie tych dwóch odrębnych transakcji – kredytu i zakupu złotych ze środków walutowych – prowadzi niektórych sędziów do wniosku, że klient nie miał zobowiązania walutowego, bo nie widział banknotów w obcej walucie. Taki poziom ekonomicznej wiedzy i analizy zostawiam bez komentarza.
Innym sposobem podważania umów przez niektóre sądy jest stawianie przed bankiem wymogu, że powinien oszacować ryzyko zmiany kursu w okresie trwania kredytu. Postulat jest niewykonalny i trudno określić, czy wynika on z niewiedzy, czy jest kolejnym pretekstem do stwierdzenia abuzywności kredytu w celu unieważnienia umowy i uzyskania korzyści przez określone lobby. Żaden bank ani inny podmiot czy ekspert, ani również konsument nie ma wiedzy, jak ukształtują się kursy walutowe w przyszłości. Ryzyko może być ocenione na podstawie informacji dostępnych w danym dniu. Żaden podmiot gospodarczy na dzień zawierania umowy nie może wiedzieć, jak ukształtują się przyszłe czynniki gospodarcze i polityczne, i to w okresie wieloletnim. Zarzut, że bank „wiedział i nie powiedział”, jest kompletnie fałszywy i nieuczciwy. Bank nie ma innych przesłanek – te same założenia kursowe stosował w ocenie własnego ryzyka kredytowego. Tak uzasadniane wyroki są, najdelikatniej ujmując, niezrozumiałe i nielogiczne. Politykę kursów walutowych kształtują banki centralne i rządy oraz procesy gospodarcze krajowe i zagraniczne. Banki komercyjne mogą odpowiadać za podejmowane przez siebie ryzyko kredytowe, które zależy od ich decyzji, ale nie za ryzyko rynkowe, na które w praktyce globalnych rynków walutowych nie mają wpływu.

Wbrew wiedzy ekonomicznej

Wbrew regułom prawa finansowego wydaje się orzeczenia kwestionujące mechanizmy ekonomiczne. Swobodna interpretacja prawa bez merytorycznego udowodnienia rzekomych nadużyć powoduje, że określenie „abuzywności” jest wytrychem do nierównoprawnego traktowania i przesłanką do pozbawiania jednej ze stron majątku. Taki efekt stanowi naruszenie co najmniej dwóch artykułów konstytucji mówiących o ochronie własności i zasadach wywłaszczenia. Abuzywność klauzul jest dyskutowana 15 lat po zawarciu umowy, w innym historycznie okresie, przy innej wiedzy, innych standardach oceny ochrony konsumenckiej. W tamtym okresie banki postępowały zgodnie z praktyką rynku, nie budziło to wtedy ani wątpliwości prawnych, ani co do procedur techniczno-bankowych.
Każdy podręcznik ekonomii wskazuje, że użytkowany kapitał ma swoją cenę w czasie. Ten fakt jest powszechnie stosowany w przepisach prawa dotyczących funkcjonowania sektora finansowego (także konsumentów) – szczególnie przy wyliczaniu wartości zobowiązań publicznych (podatkowych, celnych), prywatnych czy przepisów dotyczących wyceny składników majątkowych.
Twierdzi się, że banki nie zaciągały żadnych zobowiązań walutowych na potrzeby finansowania kredytów hipotecznych. Jest to oczywista nieprawda, wystarczy zajrzeć do bilansów banków po stronie pasywnej – każdy ekonomista łatwo doszuka się źródeł finansowania w postaci zaciągniętych przez banki kredytów walutowych czy wyemitowanych w walucie obligacji. Najbardziej obiektywnym źródłem informacji o przedsiębiorstwach są ich bilanse. Czas się do nich odnieść.
Wbrew rynkowym zasadom działania podmiotów gospodarczych czyni się zarzut z faktu, że bank w warunkach efektywnego rynku walutowego ustalał kurs oraz marżę. A kto miał go określać, skoro bank działa w warunkach wolnego rynku? Czy abuzywna jest cena rzodkiewki ustalana przez poszczególnych sprzedawców na bazarze? Czy w rzeczywistości nasze sądy i urzędy kierują się arystotelesowską zasadą prawdy absolutnej – zgodności treści osądu z rzeczywistym stanem rzeczy? Ja mam wielkie wątpliwości.
Kolejny zarzut wobec banków jest taki, że dysponują one nadzwyczajną siłą i przewagą nad konsumentem; to demagogia. Bank nie może mieć przewagi wiedzy na temat kształtowania się kursów w stosunku do kredytobiorcy, ponieważ nikt nie może mieć wiedzy o faktach z przyszłości. Nikt nie może prognozować skutecznie cen i kursów rynkowych, ponieważ ceny zmieniają się pod wpływem strumienia informacji napływającego na bieżąco.

Konsekwencje dla gospodarki

Skutki tej nieuczciwości gospodarczej, stanowiącej ekonomiczne wywłaszczenie, są i mają być przerzucane na banki – a w rzeczywistości na akcjonariuszy, deponentów, kredytobiorców złotowych, innych usługobiorców. W konsekwencji kilkanaście milionów ludzi będzie spłacać koszty ekonomiczne działań lobbystycznych i politycznych wpływowych kredytobiorców walutowych.
Ekstremalne i abstrahujące od zasad ekonomii rozstrzygnięcia sądowe mogą w skrajnych sytuacjach doprowadzić do strat przekraczających 100 proc. wartości kredytu. W skali sektora straty szacowane tylko przez KNF to 40–60 mld zł. Takie obciążenie w powiązaniu z kryzysem gospodarczym i pandemią może wywołać trudny do opanowania kryzys finansowy.