Piotr Rosik, dziennikarz działu Twoje pieniądze

Pokazują to przykłady z Nowej Zelandii. W ostatnim tygodniu zapadły tam głośne wyroki w dwóch podobnych sprawach, o czym napisała gazeta „The New Zeland Herald”. Jacqui Bradley została uznana za winną 75 oszustw, których dopuściła się w stosunku do 28 inwestorów. Korzystali oni z usług jej firmy B’On Financial Services. Zostali oszukani na 15,5 mln dol. Większość z nich była bliskimi znajomymi, wręcz przyjaciółmi pani Bradley. Kilku inwestorów było nawet z nią spokrewnionych.

Za oszustwa w zakresie inwestowania skazany został także Evan Paul Cherry, który klientów zdobywał na zasadzie poleceń od innych klientów. Co ciekawe, nie przywłaszczył sobie powierzonych środków. Po prostu ich nie pomnożył, bo inwestował je w inny sposób niż ustalony. I fałszował raporty inwestycyjne. Straty osób, które mu zaufały, sięgnęły 5 mln dol.

W sprawie oszustw głos zabrał szef Serious Fraud Office (urzędu ds. poważnych oszustw) Adam Feeley, który podkreślił, że inwestorzy powinni pieczołowicie kontrolować, co robi doradca z ich pieniędzmi. Niestety – stwierdził Feeley – wysoki poziom zaufania, który jest pochodną utrzymywania przez doradcę i klienta zażyłych kontaktów, często utrudnia właściwą ocenę działań biznesowych.

Z kolei Sue Brown z Financial Markets Authority (nowozelandzkiego urzędu nadzoru finansowego) przypomniała, że to, iż doradca jest przyjacielem inwestora, nie może usypiać jego czujności. I że należy kontrolować, jakie uprawnienia w dziedzinie doradztwa posiada nasz przyjaciel czy członek rodziny. „Nikt normalny nie kupi w ciemno samochodu od przyjaciela, jeśli nie sprawdzi jego stanu technicznego. Czemu ma powierzać równowartość auta doradcy bez sprawdzenia jego kompetencji i nadzorowania jego pracy?” – pytała Brown.

Co ciekawe, sprawa Jacqui Bradley stała się przyczynkiem do zmiany nowozelandzkiego prawa w zakresie doradztwa finansowego. Wszyscy doradcy muszą być zarejestrowani. Ci, którzy udzielają klientom specjalistycznych porad inwestycyjnych, muszą uzyskać autoryzację od nadzoru i ściśle trzymać się opracowanych przez urząd wytycznych.

Brzmi to ciekawie w zestawieniu z tym, że w Polsce władza przymierza się do deregulacji zawodów finansowych. I nie zmieniła tego afera Amber Gold. Ani sygnały o tym, że coraz więcej osób czuje się poszkodowanymi przez działalność doradców nieudzielających pełnej informacji odnośnie do długoterminowych produktów inwestycyjnych, z których niemal nie sposób wycofać się bez utraty blisko 100 proc. ulokowanego kapitału. Co kraj, to obyczaj.