Najnowszy raport World Gold Council nie pozostawia wątpliwości — popyt na złoto w sektorze prywatnym jest w odwrocie. Ceny nie spadają bardziej tylko za sprawą zakupów ze strony banków centralnych.
Reklama

Sierpniowy raport WGC byłby niemiłym zaskoczeniem, gdyby nie potwierdzał głównej tendencji obecnej na rynku złota od czasu kryzysu finansowego. Od tamtego momentu bowiem datuje się gwałtowny wzrost popytu inwestycyjnego kosztem innych segmentów, skutkujący tym, że rynek złota w końcu całkowicie uzależnił się od inwestorów. Jeszcze w drugim kwartale 2007 roku wyrównany sezonowo popyt inwestycyjny stanowił jedynie 8% łącznego zapotrzebowania na kruszec. Po pięciu latach sięgnął rekordowych 49%, udział inwestorów wzrósł więc sześciokrotnie i w tej chwili do ich skarbców trafia co druga sztuka złota sprzedawana na rynku.

Od 2011 roku bardzo istotnym składnikiem popytu inwestycyjnego jest sektor publiczny — przede wszystkim banki krajów rozwijających się. W drugim kwartale bieżącego roku kupiły one 157 ton, czyli aż 16% sprzedanego w tym czasie złota. Pozwoliło to z nawiązką zrównoważyć spadające zainteresowanie złotymi funduszami ETF oraz inwestycjami w formie sztabek i monet. Dzięki temu popyt inwestycyjny mógł dalej rosnąć, a ceny złota nie spadały mimo ograniczania zakupów przez sektor prywatny.

Spadku popytu ze strony sektora prywatnego nie można jednak ignorować. Warto przyjrzeć się zwłaszcza głównym graczom (odpowiadającym za połowę światowej konsumpcji kruszcu) — Indiom i Chinom. W tych pierwszych popyt na wyroby jubilerskie spadł o 30%, a na sztabki i monety o połowę. Mówi się, że jest to zasługa słabej lokalnej waluty podbijającej i tak już wysokie ceny oraz niskiej krajowej inflacji przekładającej się na wysokie realne stopy procentowe, zachęcające raczej do powierzania oszczędności bankom zamiast lokowania ich w złocie. Na pewno jest to prawda, chociaż słabnięcie popytu na złoto w Azji także poza Indiami stawia pod znakiem zapytania trendy rozwojowe na rynku złota w najbliższych latach.

Bardzo często zakłada się bowiem, że wraz z bogaceniem się krajów Bliskiego Wschodu, Indii, Indonezji, Tajlandii czy Chin będą one kupować coraz więcej kruszcu. Ponieważ będzie rosła siła nabywcza konsumentów, stać ich będzie na droższą biżuterię, a przy tym coraz liczniejsza będzie grupa mogąca pozwolić sobie na to, by po zaspokojeniu podstawowych potrzeb nabywać dobra luksusowe. Jednocześnie z tych samych powodów bogatsze społeczeństwa więcej oszczędzają, dlatego też będą kupowały więcej złota w celach inwestycyjnych. Nie jest powiedziane jednak, że bogaceniu się nie będą towarzyszyć inne procesy, których łączny efekt może zrównoważyć powyższe tendencje.

Reklama

W nowoczesnym społeczeństwie droga biżuteria przestaje być synonimem luksusu. Na kapiące złotem naszyjniki patrzy się z pobłażaniem, jak na relikt czasów barbarzyństwa. Bardziej ceni się minimalistyczny design i ciekawy koncept niż wartość kruszcu, który ktoś ma na sobie. Materialny status znacznie lepiej podkreślają elektroniczne gadżety bądź dzieła sztuki niż droga biżuteria.

Ponadto wraz z rozwojem rynków finansowych i otwarciem kraju na świat rosną możliwości inwestowania w bardziej nowoczesne instrumenty finansowe, które w długim okresie przynoszą znacznie wyższą stopę zwrotu niż kruszec, zabezpieczający jedynie realną wartość oszczędności. Z tych powodów nie spodziewałbym się, by konsumpcja złota w Indiach w przeliczeniu na mieszkańca istotnie w najbliższych latach rosła. Hindusi w 2011 roku kupili per capita zbliżoną ilość złota do Amerykanów, co i tak jest imponującym wynikiem jak na względnie bardzo biedny kraj.

Konsumpcja kruszcu na mieszkańca w Chinach jest niższa, dlatego ma jeszcze potencjał wzrostu. Zwłaszcza że możliwości inwestowania w Państwie Środka są bardzo ograniczone. Giełda oraz lokaty bankowe przez ostatnie 10 lat przyniosły realnie ujemną stopę zwrotu, inwestycja w złoto wciąż wypada na ich tle bardzo dobrze. Spadek zainteresowania złotem w Chinach będzie miał miejsce dopiero w następstwie pojawienia się wyraźniejszego trendu spadkowego na wykresach cenowych lub przeprowadzenia przez nowe władze reformy systemu finansowego, tak by był on bardziej przyjazny dla inwestorów.

Przy tak wysokich cenach nie ma co liczyć na ekspansywne zakupy ze strony sektora prywatnego, choć cały czas echa kryzysów są silne, więc nie spodziewałbym się także na razie gwałtownego odpływu środków. Jeżeli nie dojdzie na rynkach finansowych do nowych zawirowań, przewidywałbym scenariusz przedstawiony poniżej.
Najpierw długo będzie nam towarzyszyła konsolidacja w przedziale 1500-1700 dolarów za uncję.

Ceny będą jednak powoli zmierzać w dół ze względu na rosnącą podaż — zeszłoroczne wydobycie złota z kopalń było rekordowe i wszystko wskazuje, że ten rok też taki będzie. Wreszcie któraś z grup inwestorów zniechęci się i przestanie kupować kruszec. Obstawiałbym, że będą to inwestorzy lokujący środki w złotych ETF-ach, gdyż już widać wyraźny spadek zainteresowania w tej grupie. Moim zdaniem to tylko kwestia czasu, aż ogromne zapasy złota zgromadzone w funduszach trafią z powrotem na rynek. Gdy trend na wykresie cenowym zacznie wskazywać bessę, z grona kupujących wycofają się Chińczycy, a na końcu zaprzestaną skupu złota również banki centralne. Dopiero po kilkuletniej korekcie rynek złota powróci do wzrostów.

Maciej Bitner