Do końca roku otworzy się możliwość znacznego zwiększenia importu energii z Ukrainy do Polski. To efekt memorandum podpisanego w czerwcu przez resort klimatu i Ministerstwo Energii Ukrainy.
Jak mówi prof. Mariusz Ruszel z Politechniki Rzeszowskiej, połączenie elektroenergetyczne pomiędzy Polską a Ukrainą ma charakter i polityczny, i gospodarczy, bo stwarza duże możliwości. Maciej Zaniewicz, analityk Forum Energii, wskazuje, że uruchomienie linii Rzeszów-Chmielnicka pozwoli na zwiększenie przepustowości połączenia polsko-ukraińskiego z obecnych 210 MW do ponad 1,2 GW. Jak mówi Wojciech Modzelewski, prawnik z fundacji ClientEarth, połączenie to ma docelowo pozwolić na dostarczenie do Polski do 1000 MW mocy, co może nam zapewnić pokrycie nawet kilku procent zimowego zapotrzebowania na energię, a - w razie potrzeby - będzie również możliwość jej transportu dalej na Zachód.
Reklama

Dwustronny interes

- Jeśli import z Ukrainy będzie utrzymywany stale na poziomie zbliżonym do 1000 MW, to w ciągu trzech miesięcy będziemy mogli sprowadzić przez to połączenie ponad 2 TWh, czyli prawie 5 proc. zimowego zapotrzebowania na energię. 1000 MW to tyle, ile mają największe bloki energetyczne w Polsce, np. borykający się z problemami nowy blok w Jaworznie - wylicza Bernard Swoczyna, analityk Fundacji Instrat. Zastrzega, że zapewne sprowadzimy mniej, bo import pewnie będzie mniejszy, gdy jest niższe zapotrzebowanie na prąd, czyli w dni wolne, w nocy, a także gdy elektrownie wiatrowe i słoneczne pracują z pełną mocą.

Reklama
- Ukraina obecnie dysponuje znacznymi nadwyżkami mocy w związku ze spadkiem krajowego popytu wywołanego wojną. Ponadto ukraiński prąd jest ponad trzykrotnie tańszy od polskiego. Z kolei w dobie kryzysu energetycznego w Polsce już teraz coraz większym wyzwaniem jest zaspokojenie popytu - wymienia Maciej Zaniewicz.
Na ten aspekt sprawy zwraca też uwagę, specjalizujący się w kwestiach energetycznych, Paweł Poncyljusz, polityk Koalicji Obywatelskiej. Jak mówi, Ukraińcy mają wolną energię i prawdopodobnie stan ten utrzyma się przez wiele lat. - Zniszczenie części ich przemysłu sprawia, że dziś zapotrzebowanie Ukrainy na prąd jest dużo mniejsze, niż było przed wojną - tłumaczy. Tymczasem - jak zaznacza - dla Polski, gdy po 2025 r. zacznie nam poważnie brakować energii z powodu wyłączenia części bloków węglowych, import energii z Ukrainy stanie się koniecznością i niesamowitą możliwością.
- Połączenie siecią transgraniczną z Ukrainą pozwoli nam pomagać sobie nawzajem, tak jak dzisiaj pomaga nam linia energetyczna ze Szwecją czy połączenia transgraniczne z Niemcami, z którymi możemy na bieżąco wymieniać się tą energią, gdy jest ona potrzebna, co zwiększa elastyczność krajowego rynku - tłumaczy polityk.
Wojciech Modzelewski podkreśla, że połączenie to wspomoże Ukrainę w sprzedaży nadpodażowej ilości energii. - Polska powinna dalej rozwijać współpracę energetyczną z Ukrainą i dążyć do jak największego rozwoju międzysystemowych połączeń energetycznych - akcentuje Wojciech Modzelewski.
Maciej Zaniewicz przypomina, że o podobnym projekcie dotyczącym współpracy z Ukrainą obecnie myślą również Rumuni.

Groźba ataków

Zaniewicz przestrzega jednak przed atakami na połączenie z Ukrainą. - Największe ryzyko związane jest z rosyjskim atakiem na infrastrukturę przesyłową. Dlatego kluczowe jest zapewnienie odpowiedniej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej po ukraińskiej stronie. To jest jednak wyzwanie dla całej ukraińskiej energetyki. Rosja, nie będąc w stanie zrealizować swoich celów strategicznych, ostatnimi czasy nasiliła ataki na ukraińskie elektrownie i elektrociepłownie oraz infrastrukturę przesyłową, aby maksymalnie pogorszyć sytuację ukraińskiej ludności - mówi.
Także prof. Ruszel zauważa, że w związku z wojną w Ukrainie należy wziąć pod uwagę ryzyko fizycznej destabilizacji tego połączenia, dlatego trudno uznawać je za podstawę stabilizowania systemu elektroenergetycznego naszego kraju. - Zresztą dzisiaj żadne państwo nie chce opierać swojego systemu bezpieczeństwa elektroenergetycznego na imporcie. Wykorzystuje się go okazjonalnie, tylko wtedy, gdy są braki - ocenia.
Jak zaznacza, w przeszłości połączeniem tym interesował się prywatny wielki biznes. Jednak przejęcie tej inwestycji przez PSE jest bezpieczniejsze z punktu widzenia interesów kraju. - Jest to infrastruktura krytyczna o znaczeniu strategicznym. A zgodnie z ustawą - Prawo energetyczne, za bezpieczeństwo energetyczne w Polsce odpowiada państwo - argumentuje.

Zabezpieczenie, ale nie podstawa

Bernard Swoczyna dodaje, że to źle, że wcześniej blokowano rozwój połączeń energetycznych z sąsiednimi krajami, w tym ponowne uruchomienie połączenia z Rzeszowa w kierunku Ukrainy. - Połączenia z sąsiadami pozwalają obniżyć średnią cenę prądu dla wszystkich, bo energia przepływa z tańszego rynku do droższego. Kable do innych krajów są też najlepszą ochroną przed blackoutami w razie awarii, bo umożliwiają zaplanowany krótko wcześniej, interwencyjny import prądu z miejsc, gdzie go nie brakuje, a nawet, w razie niespodziewanego kryzysu, jak 17 maja 2021 r., gdy nagle wypadło nam z systemu 3300 MW, czyli prawie jedna piąta generacji.
- Jeśli chcemy, aby polska gospodarka rosła, nie możemy blokować możliwości rozwoju, a istotną barierą zarówno dla wytwarzania, jak i konsumpcji prądu w Polsce są właśnie połączenia międzygraniczne - podkreśla.
Profesor Ruszel tłumaczy, że to, iż przez bardzo wiele lat to połączenie nie powstało, wynikało z decyzji politycznych. - Patrzono na nie przez pryzmat zagrożeń, ponieważ paliwo jądrowe dostarczane do ukraińskich elektrowni przed wojną było rosyjskie - wyjaśnia.
- Dziś potrzebujemy stabilizacji, dodatkowego zabezpieczenia dla systemu elektroenergetycznego, ale prąd z importu nie może być podstawą wygaszania naszych mocy produkcyjnych. Nie może być dla nas podstawą stabilizacji systemu - przekonuje prof. Ruszel.
www.gazetaprawna.pl/biznes-i-klimat/