Od jutra w Europie obowiązywać będą współtworzone przez pana przepisy o magazynowaniu gazu. Co się zmienia?

Nowa regulacja to szansa na bezpieczeństwo energetyczne w trudnym dla Europy czasie. Dzięki niej, wchodząc w zimę, kiedy zapotrzebowanie na błękitne paliwo jest najwyższe, Unia będzie w stanie funkcjonować nawet w przypadku całkowitego odcięcia od dostaw gazu. Chodzi oczywiście przede wszystkim o Gazprom i Federację Rosyjską, która zupełnie jawnie używa gazu jako broni przeciw Europie. Gwarancja wypełnienia 80-85 proc. pojemności magazynowej w UE oznacza, że już w najbliższym sezonie grzewczym do dyspozycji UE będą zapasy rzędu 100 mld m sześc., nie licząc własnego wydobycia i importu. Będziemy mogli też korzystać z przepastnych magazynów ukraińskich – mogą one pomieścić 30 mld m sześc gazu, co stanowi ponad 20 proc. całych zdolności unijnych.

Reklama

Co stanie się z magazynami w Niemczech, Austrii czy Holandii, które kontrolował Gazprom i które walnie przyczyniły się do kryzysu gazowego w zeszłym roku?

Każdy operator magazynu będzie musiał przejść proces certyfikacji, który zagwarantuje przestrzeganie zasad rynkowych. Miejsca na manipulacje cenowe czy dyskryminacyjne praktyki, jakie widzieliśmy kilka miesięcy temu, już na rynku unijnym nie będzie. Kto nie otrzyma certyfikatu, będzie zmuszony przekazać kontrolę nad swoimi magazynami albo je odsprzedać. Jednocześnie największe magazyny, które – jak pan słusznie zauważył – w ostatnich latach wypełnione były poniżej średniej unijnej, objęte zostaną procesem przyśpieszonej, priorytetowej certyfikacji.

Reklama

Da się zapełnić magazyny do 80 proc. objętości? Dziś mamy nieco ponad połowę. Widzimy, że Rosja coraz mocniej przykręca kurki, a kolejne kraje przymierzają się do racjonowania paliwa.

Na rynku europejskim jest wystarczająco dużo gazu. A sezon letni sprzyja oszczędzaniu go.

Jak to: wystarczająco?

Problemem jest raczej jego rozprowadzenie po Unii Europejskiej. Nasza infrastruktura wciąż ma „wąskie gardła”. Np. Półwysep Iberyjski ma połączenie z Afryką Północną i dodatkowo największe w Europie możliwości odbioru gazu skroplonego (LNG). Słowem, ma gazu w bród, wielokrotnie więcej niż potrzebują Hiszpania i Portugalia. Ale możliwości jego przesyłu do Francji czy tym bardziej Niemiec pozostają ograniczone. Dlatego istotną kwestią będzie w najbliższych latach rozbudowa infrastruktury służąca zintegrowaniu rynku – tu kluczowymi elementami będą m.in. połączenia między Hiszpanią a Francją oraz Grecją i Bułgarią – oraz uruchomienie nowych terminali LNG: w Niemczech, mam nadzieję, że także w naszym Gdańsku. Tej infrastruktury nie potrzeba dużo – 3-4 nowe jednostki w całej UE. Wystarczy spojrzeć na poziom wykorzystania gazoportów w poprzednich latach, ok. 70 proc. przepustowości było wolnych. Inwestycje te muszą oczywiście być przygotowane do przejścia na gazy odnawialne, takie jak biometan, czy na wodór, które stopniowo będzie się dokonywać w kolejnych latach. W Polsce już dziś powinniśmy się szykować na ten kolejny etap transformacji. Możemy mieć 5-6 tys. biogazowni (dziś mamy zaledwie kilkaset), i produkować ok. 8 mld m sześc biometanu rocznie – ponad 1/3 obecnego zapotrzebowania na gaz w naszym kraju – z odpadów rolniczych czy miejskich. Powinniśmy też najszybciej jak się da rozbudowywać OZE i instalować zielone źródła ciepła. Jak napisała ostatnio jedna z belgijskich gazet: lepiej mieć wiatrak w swoim ogródku niż rosyjskich żołnierzy w każdym pokoju.

To plany na dalszą przyszłość. A co zrobimy w najbliższym sezonie?

Wsparciem w zapełnianiu magazynów będzie działająca przy KE wzmocniona Grupa Koordynacyjna ds. Gazu. Ona będzie pokazywać, w jaki sposób najefektywniej rozprowadzać gaz po kontynencie. Dodatkowo ruszą wspólne zakupy gazu, które razem z Jacquesem Delorsem zaproponowałem 12 lat temu. Pozwolą one Europie skutecznie konkurować o skroplony gaz z odbiorcami azjatyckimi i obniżyć dzięki temu ceny dla obywateli, bo większe zamówienia zawsze oznaczają niższe ceny. Dostawy, które pozwolą krajom UE na gromadzenie zapasów na zimę będą mogły też liczyć na ulgowe traktowanie pod względem różnego rodzaju taryf i opłat. Bezpieczeństwo UE mogą też w pewnym zakresie wspierać zapasy ze wspomnianych magazynów ukraińskich. Zniszczenia wojenne zmusiły niestety naszych sąsiadów do wyłączenia znacznej części przemysłu, energochłonność ukraińskiej gospodarki bardzo spadła, a w rezultacie zużywa znacznie mniej paliwa niż normalnie i więcej zatłacza do magazynów.

Warto zauważyć, że cały proces legislacyjny – od inicjatywy KE, przez negocjacje, po ostateczną decyzję Parlamentu Europejskiego i Rady – przeprowadziliśmy w nieco ponad trzy miesiące. To historyczny rekord. Dzięki temu przepisy będą mogły zostać wdrożone przez krajowych regulatorów i operatorów infrastruktury gazowej w porę, co pomoże nam wyrobić się przed sezonem grzewczym.

Na standardy unijne tempo prac legislacyjnych było być może ekspresowe. Tylko czy to nie jest nadal za mało? Kiedy inicjatywa w sprawie magazynów nabierała kształtu, rosyjski gaz nadal płynął do Europy stosunkowo szerokim strumieniem. Teraz jest go już mniej o grubo ponad połowę.

Realia w marcu były inne, ale byliśmy na taki rozwój sytuacji przygotowani. Jesteśmy w stanie tak zaplanować i skoordynować działania, że rosyjskie manipulacje przy kurkach nie powstrzymają nas przed zapełnieniem magazynów.

Nawet jeśli dostawy zostaną zatrzymane całkowicie?

W takim wypadku konieczne może stać się narzucenie pewnych ograniczeń zużycia gazu, zintensyfikowanie oszczędności. Ale te ograniczenia nie obejmą ani gospodarstw domowych, ani instytucji wrażliwych, takich jak szpitale, ośrodki pomocy społecznej, szkoły czy przedszkola.

Skąd to wiadomo?

Sposób postępowania w sytuacji kryzysowej reguluje unijne rozporządzenie o bezpieczeństwie dostaw. Te grupy odbiorców, o których mówimy, są ostatnie w kolejce do odłączenia od gazu. Poza tym do zaspokojenia potrzeb wystarczą zasoby, które mamy na kontynencie, europejskie wydobycie i zapasy. Dodatkowo, w momencie, w którym zaspokojenie tych priorytetowych potrzeb byłoby w jakimś kraju zagrożone, obowiązek pomocy będą mieli sąsiedzi. Nawet jeśli oznaczać to będzie dla nich konieczność wprowadzenia ograniczeń dla własnego przemysłu.

Zdaniem wicekanclerza Niemiec Roberta Habecka konieczność racjonowania oznaczać będzie kryzys gospodarczy w całej Europie.

Oczywiście, takie ograniczenia to byłby cios dla konkurencyjności unijnych gospodarek, trudności w dostawach różnych towarów, problemy dla finansów publicznych poszczególnych państw. Niemcy są tym scenariuszem szczególnie zagrożone. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby tego uniknąć: skutecznie skoordynować politykę gazową UE przed sezonem zimowym, negocjować dostawy z alternatywnych kierunków i szybko dobudować infrastrukturę, która zabezpieczy nas na kolejne lata.

Czyli niewykluczone, że to Polska, w ramach obowiązkowej solidarności, będzie musiała przesłać gaz Niemcom, kosztem własnego przemysłu?

Gdyby sąsiadom za Odrą zabrakło paliwa do ogrzania domów czy szpitali, tak. Wynika to z zasady solidarności, która – według orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE – nie jest tylko sympatyczną wartością czy gestem, ale wiążącym zobowiązaniem prawnym, za naruszanie którego można być pociągniętym do odpowiedzialności. W praktyce bardziej prawdopodobne jest jednak, że będziemy musieli pomóc innym sąsiadom – Czechom czy Słowakom. Kiedy 7 lat temu pracowaliśmy nad przepisami o bezpieczeństwie dostaw myślałem raczej o zagrożeniach dla Polski. Odcięcie wtedy od dostaw z gazociągu jamalskiego byłoby dla nas porównywalnie niebezpieczne, co dziś utrata całych dostaw rosyjskich dla Niemiec. Mało kto zakładał wtedy, że możemy być w lepszej sytuacji niż nasi sąsiedzi, a tak właśnie się stało. Jeśli uruchomiony zostanie Baltic Pipe – projekt, który zapoczątkował jeszcze mój rząd – i szybko zbudujemy gazoport w Gdańsku, nasza rola jako gwaranta bezpieczeństwa energetycznego regionu jeszcze się umocni.

Jest jeszcze wizja długofalowa, plan REPowerEU, który, jak mówiła Ursula von der Leyen, ma oznaczać „turbodoładowanie” unijnej transformacji...

To wizja jak najszybszego uwolnienia się od rosyjskich paliw – nie tylko gazu. PE chciał iść jeszcze dalej i domagał się natychmiastowego odcięcia, ale to okazało się zbyt trudne do zaakceptowania dla rządów poszczególnych państw członkowskich. Niezależnie od tego, Europejski Zielony Ład to największe zagrożenie dla Władimira Putina. Jeśli program ten będzie konsekwentnie wdrażany czy wręcz przyspieszony, to w ciągu kilkunastu lat może się okazać, że Rosja i inne państwa żyjące z eksportu paliw kopalnych zostaną z surowcowym bogactwem, na które nie będzie już chętnych w naszej części świata.

Nie dostrzega pan osłabienia determinacji UE w sprawie „derusyfikacji” energetyki? Bruksela dużo chętniej mówi dziś o dekarbonizacji niż o odchodzeniu od gazu z Rosji. O ile kilka miesięcy temu Europa dyskutowała o różnych wariantach sankcji i odchodzeniu od rosyjskich surowców, dziś Putin znów kontroluje przepływy gazu, wpływając na europejskie giełdy i nastroje społeczne.

Dostrzegam to. Wytrwanie w determinacji i gotowości do ponoszenia kosztów związanych z wojną jest i będzie dla Unii wyzwaniem. Zmęczenie opinii publicznej jest niestety naturalnym procesem, zwłaszcza w obliczu wysokich cen energii. Szósty pakiet sankcji, obejmujący zakaz importu ropy naftowej, został przyjęty z ogromnym trudem. W siódmym, nad którym prace się rozpoczynają, nie będzie najprawdopodobniej surowców energetycznych. Będzie drewno, kamienie szlachetne, metale, w tym złoto, będzie uszczelnienie sankcji dotyczących banku centralnego Rosji, który – okazuje się – dziś nadal może handlować dewizami za pośrednictwem innych banków...

Najbardziej dochodowej gałęzi eksportu nie tkniemy?

Przyjęte już sankcje są dla Europy kosztowne. Musimy cierpliwie przypominać obywatelom, że obrona Ukrainy to nasza wojna, w obronie naszych wartości, naszego stylu i sposobu życia. Wynik tego konfliktu będzie decydujący dla naszej przyszłości. Liczę, że europejska opinia publiczna będzie naciskać na swoich liderów, by nie osłabiali presji, nie wycofywali się z podjętych działań. Trzeba mieć też na uwadze, że wiele z przyjętych już rozwiązań – np. sankcje dotyczące dostaw technologii – dopiero przyniesie owoce. W krótkim terminie to jednak dostawy broni dla Ukrainy są najważniejsze.

Polski rząd zapewnia, że zagrożenia racjonowania gazu ani potrzeby szykowania planów awaryjnych, tak jak dzieje się to w innych państwach UE, u nas nie ma. Czy rzeczywiście jest aż tak dobrze?

Jestem przekonany, że taki plan kryzysowy jest albo będzie w najbliższym czasie opracowany. Całkowite odcięcie od gazu rosyjskiego będzie miało wpływ na cały rynek europejski. Nawet zresztą gdybyśmy byli na zakręcenie kurka z rosyjskim gazem względnie odporni, to musimy mieć na uwadze możliwość wystąpienia zdarzeń losowych, które ograniczą dostawy z kierunków innych niż rosyjski, np. z Norwegii czy USA – takich jak choćby niedawny wybuch w jednym z amerykańskich terminali.

Ograniczenia dostaw rosyjskich już skutkują obniżonymi przepływami do Polski z kierunku zachodniego. Nie mówiąc już o cenach gazu czy węgla, na który chcą stawiać w najbliższych tygodniach kraje europejskie.

To, że ceny paliw kopalnych nie spadną szybko, jest w zasadzie pewne. Nie powinno być też dla nikogo niespodzianką, że nie mamy w Polsce wystarczających zasobów węgla odpowiedniej jakości, żeby starczyło go dla wszystkich odbiorców indywidualnych. Zapewne należało zawczasu negocjować z dostawcami z innych krajów niż Rosja, żeby te brakujące miliony ton zabezpieczyć. Na szczęście alternatywne dostawy są stopniowo zapewniane.

W Unii dopinane są ostatnie guziki legislacji z pakietu Fit for 55. Czy może w nim dojść do zmian, choćby w najbardziej kontrowersyjnych obszarach, np. nowym systemie handlu emisjami dla budynków i transportu? Konflikt energetyczny z Rosją wpłynie na ostateczny kształt pakietu?

Podstawowym celem tych zmian jest odchodzenie od paliw kopalnych. A jednocześnie to właśnie zależność od tych paliw jest źródłem głównego zagrożenia dla Europy w związku z wojną. Trudno w tej sytuacji, żeby Unia wycofywała się z planów transformacyjnych czy znacząco je zmieniała. Wręcz przeciwnie, należy się liczyć ze wzmocnieniem wcześniejszych ambicji w tym zakresie. Polska, chcąc od Unii wyrugowania surowców kopalnych z Rosji, powinna traktować te cele jako własne. Można i warto natomiast dokonywać drobnych korekt. Np. wyłączyć z projektowanego systemu ETS2 gospodarstwa domowe i indywidualny transport. Być może konieczne będzie dopuszczenie w krótkiej perspektywie oparcia się jeszcze jakiś czas na węglu, być może omijając dzięki temu częściowo pośrednie ogniwo, jakim miał być gaz ziemny. Ale nie powinno to oznaczać wycofania się z zasadniczych celów Europejskiego Zielonego Ładu.

Jak w tym kontekście rozumieć sprzeciw komisji PE wobec planowanego włączenia projektów gazowych i jądrowych do unijnego katalogu zrównoważonych inwestycji? To element zaostrzenia kursu, który zostanie przypieczętowany w przyszłym tygodniu przez cały europarlament?

Mam nadzieję, że tak się nie stanie. Gaz jest elastycznym i bardzo wygodnym paliwem uzupełniającym dla OZE, może nam też pomóc w szybszym odchodzeniu od – emitującego znacznie więcej CO2 – węgla, np. w sektorze ciepłowniczym. Nie powinniśmy się wycofywać z tego typu projektów, tylko pilnować, by dało się je adaptować na gazy odnawialne. Większość infrastruktury gazowej będzie w przyszłości przestawiana na wodór czy biometan. Utrzymanie kompromisowej formuły taksonomii, obejmującej gaz i atom, jest korzystne dla Polski, z jej planami rozwoju atomu. Zrobię wszystko, żeby tak się stało, choć eurodeputowani są w tej kwestii podzieleni niemal po równo.

Rozmawiał Marceli Sommer