Reklama
W ciągu dekady do trzech spółek węgla kamiennego ma trafić ponad 28 mld zł przeznaczonych na wsparcie utrzymania działalności i stopniowe wygaszanie sektora. W tej kwocie znalazły się również wypłaty wynagrodzeń, koszty ubezpieczeń społecznych i innych świadczeń na rzecz pracowników.
Rozporządzenie zawiera harmonogram wypłat w poszczególnych latach. Najwięcej środków trafi do spółek jeszcze w tym roku – zgodnie z planem będzie to prawie 6,1 mld zł. W kolejnych latach wsparcie budżetowe miałoby systematycznie maleć – rok później wyniosłoby 3,7 mld zł, następnie 2,8 mld zł. W ostatnim roku dotowania z budżetu państwa popłynęłoby 1,98 mld zł. Pieniądze będą wypłacane w comiesięcznych transzach trzem spółkom: Polskiej Grupie Górniczej, Węglokoksowi oraz Tauronowi Wydobycie. Rząd śpieszy się, bo jeszcze w marcu ma nastąpić wypłata rekompensat wynegocjowanych przez górników w Polskiej Grupie Górniczej – otrzymane pieniądze mają zapewnić spółce stabilność finansową.
W uzasadnieniu podkreślono, że rozporządzenie nie wymaga przeprowadzenia konsultacji publicznych ze względu na to, iż jest wprowadzeniem zmian zgodnych z porozumieniem społecznym. Dlatego dokument trafił od razu do uzgodnień międzyresortowych, które potrwają niecałe cztery dni – mają zakończyć się w czwartek.
Ostateczny wniosek o notyfikację Komisji Europejskiej miałby zostać złożony jeszcze w tym miesiącu. By tak się stało, konieczne jest odrzucenie przez Sejm senackiego weta w sprawie nowelizacji ustawy górniczej już na najbliższym posiedzeniu.
Aby uzyskać pozwolenie KE i odrzucić zarzuty o ręczne sterowanie rynkiem węgla, rząd chce urynkowić system przydzielania pieniędzy. W rozporządzeniu wskazano, że wyliczenie pomocy będzie następowało w oparciu o osiągane przychody poszczególnych jednostek, a także aktualizowaną co miesiąc cenę referencyjną surowca odzwierciedlającą kwoty, za które trafia on do Polski z importu. Dzięki temu zasilanie kopalń pieniędzmi z budżetu miałoby wyrównywać szanse, a nie całkowicie odrywać wydobycie od realiów rynkowych.
Intencją bowiem, oprócz utrzymania miejsc pracy i stopniowego wygaszania produkcji, jest też zapobieganie nadmiernemu importowi węgla do Polski. Z tym już teraz jest spory problem. Jak w swoim wczorajszym raporcie wylicza Forum Energii, w ciągu ostatnich dwóch dekad import surowca do kraju (głównie z Rosji) kosztował ponad 72 mld zł. W latach 2000–2019 urósł on w Polsce o 15,2 mln ton, czyli ponad 1000 proc. Drugi w kolejności kraj, w którym go zwiększono, to Niemcy – o 45 proc. W tym samym czasie w 21 krajach UE import węgla spadł.
Zdaniem mec. Wojciecha Wrochny, partnera oraz szefa Praktyki Energetyka, Surowce Naturalne i Przemysł Chemiczny w kancelarii Kochański & Partners, rozmowy o notyfikacji mogą się okazać trudne. – Komisja Europejska, zgadzając się na pomoc publiczną, wymaga, by dotyczyła ona jedynie sytuacji, w której spółki miałyby perspektywę wyjścia na prostą. Jeśli ze szczegółowej dokumentacji będzie wynikać, że są trwale nierentowne, Komisja może odrzucić polską propozycję niezależnie od przyjętych mechanizmów dotowania sektora – ocenia. Rozporządzenie jest jednak koniecznym warunkiem do negocjacji z Komisją. – Wprowadzone rozwiązania mają zaradzić ewentualnemu naruszaniu konkurencji. Dokument ustala też konkretne rygory nadzoru i monitorowania wydatków. Nie będzie się dało przeznaczać pieniędzy na dowolne cele. W takich przypadkach pomoc zostanie wycofana – dodaje.
Oprócz tego, co znalazło się w dokumentach przedstawionych przez rząd, istotne może się okazać również to, czego w nich zabrakło. Zarówno w ustawie, projekcie rozporządzenia, jak i w uzasadnieniach brak daty 2049 r. jako ostatecznego odejścia Polski od węgla, którą ustalono w ubiegłorocznej umowie społecznej zawartej między rządem a związkami zawodowymi. Górnicy już wcześniej mieli obawy o to, że rząd zamierza przyśpieszyć ten moment.
Jak podkreśla mec. Wojciech Wrochna, o przedłużenie pomocy publicznej dla górnictwa poza 2031 r. będzie bardzo trudno, a wsparcie do 2049 r. z pewnością okaże się niemożliwe. – Dopłaty do węgla do 2049 r. są nie do utrzymania. Najprawdopodobniej już po 2031 r. nie będzie można wspierać z budżetu nierentownych jednostek. Z drugiej strony rodzi to wyzwania dla energetyki opartej na tym surowcu – jeśli nie będziemy produkować w kraju, a wciąż konieczne będzie utrzymywanie bloków węglowych, pozostanie nam import – ocenia.
Związkowcy nie chcą jednak słyszeć o skróceniu terminów. Zarzucają rządowi, że zmierza do przyśpieszenia daty odejścia od węgla, choć wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin zaprzecza takim pomysłom. Wczoraj związki otrzymały od niego zaproszenie na rozmowy poświęcone postępom realizacji umowy społecznej. Spotkanie ma się odbyć w poniedziałek. ©℗