Polityka klimatyczna UE została nazwana przez jednego z prawicowych publicystów „komunizmem przemalowanym na zielono”. Nowy pakiet „Fit for 55” („Gotowi na 55”) nie podoba się też Solidarnej Polsce, koalicjantowi w rządzie PiS, który przewiduje ruinę polskiej gospodarki. Komisja Europejska proponuje Społeczny Fundusz Klimatyczny, który ma łagodzić skutki społeczne objęcia systemem pozwoleń na emisje z transportu i budownictwa. Jaki rząd ma pomysł na wprowadzenie tak daleko idących zmian bez wywoływania społecznych protestów?
Od samego początku podkreślamy konieczność patrzenia na politykę klimatyczną oczami różnych grup społecznych. Musimy zabezpieczyć się przed ewentualnością ubóstwa energetycznego i wykluczenia transportowego. Na szczytach w grudniu i maju mówiliśmy naszym partnerom, że aspekt społecznej akceptowalności zmian jest niezbędny dla powodzenia europejskiej polityki modernizowania energetyki i transportu. Dostrzegamy bardzo wiele elementów, które będą wymagały korekty. Ale są też elementy, które wychodzą naprzeciw naszym postulatom, bo mówimy tutaj choćby o utrzymaniu puli solidarnościowej w unijnym systemie handlu emisjami (ETS), zwiększeniu Funduszu Modernizacyjnego, utrzymaniu darmowych uprawnień dla przemysłu, co podnosiliśmy jako argument dla utrzymania konkurencyjności europejskiego przemysłu, szczególnie polskiego, który jest na granicy Europy i bezpośrednio konkuruje z przemysłami spoza Unii, gdzie nie obowiązują te same standardy i obostrzenia klimatyczne czy środowiskowe. Mechanizm „cła węglowego” (CBAM) to odpowiedź na nasze postulaty.
Czy to wystarczy, by wprowadzić zmiany bez wielkich kosztów społecznych? W Polityce energetycznej Polski 2040 r. rząd szacuje, że polska transformacja będzie kosztować 900 mld zł. Nowa propozycja KE mieści się w tych wyliczeniach? Czy rachunek jeszcze podskoczy?
Reklama
Środki publiczne na ten cel są niewystarczające. W ramach kompetencji Ministerstwa Klimatu i Środowiska bardzo znacząco poszerzamy pulę finansowania. Uzyskaliśmy wpis do wykazu prac Rady Ministrów projektu ustawy o Funduszu Transformacji Energetyki. Od przyszłego roku będzie on bezpośrednio zasilany przychodami ze sprzedaży uprawnień do emisji. Resort finansów wyliczył, że według obecnych cen da to 80 mld zł, które w ciągu 10 lat zostaną przeznaczone na transformację. Natomiast jest oczywiste, że państwo nie jest w stanie zgromadzić wszystkich niezbędnych środków i że może pełnić jedynie funkcję zalążkową. Potrzebne jest finansowanie prywatne, które będzie też gwarantem efektywności tych inwestycji.
Do tej pory największym beneficjentem środków unijnych był resort rolnictwa, teraz to ministrowie klimatu czy energii w UE będą dysponentami bardzo podobnej lub nawet większej puli pieniędzy. Mamy więc do czynienia z historycznym przewartościowaniem priorytetów. Ministerstwo Klimatu i Środowiska będzie bezpośrednim dysponentem ok. 260 mld zł środków publicznych. Mówimy tutaj jedynie o „drożdżach”, na bazie których środki prywatne mają pączkować. Wszystko razem doprowadzi do kompleksowej modernizacji polskiej energetyki i transportu.

Reklama
Podchodzi pan z optymizmem do pakietu klimatycznego, tymczasem w Hiszpanii czy Francji rośnie opór wobec pomysłu objęcia systemem ETS budynków i transportu.
Już na szczycie w maju sygnalizowaliśmy, że ten ruch należy zrobić bardzo ostrożnie i w sposób przemyślany, ponieważ będzie dotykał portfeli obywateli. Widać, że w tej dyskusji nie ma już tradycyjnego podziału na wschód i zachód Europy, do którego się przyzwyczailiśmy, ale na Europę dwóch prędkości: Europy południa i północy. To kwestia konkurencyjności gospodarki i akceptowalności zmian w zakresie polityki klimatycznej dla społeczeństwa. To jest dyskusja, która wykracza poza jeden kraj członkowski.
Grozi nam ok. 30-proc. podwyżka cen energii. Obiecaliście na czerwiec projekt wsparcia najuboższych odbiorców, czy resort zdąży przed podwyżkami? Mowa była o stosowaniu niższych taryf przez URE, ale nie było jasności, czy to jest rozwiązanie prawnie możliwe?
W lutym powołaliśmy międzyresortowy zespół, który ma ustawowo zdefiniować odbiorcę wrażliwego, bo polskie ustawodawstwo w sposób jasny nie określa strefy ryzyka wejścia w ubóstwo energetyczne. W lipcu przygotowane zostały konkluzje i weszliśmy w drugi etap prac – przygotowanie konkretnych instrumentów. Naszą intencją jest ochrona tych grup, które mogą być zagrożone. Wymaga to ich zdefiniowania i zaproponowania instrumentów, które będą zgodne z systemem, na którego straży stoi prezes Urzędu Regulacji Energetyki.
Mówimy o niższej taryfie?
Raczej o wsparciu finansowym niż o innej taryfie.
Kto może liczyć na wsparcie?
To jest bardziej kwestia tego, kto może być uprawniony do sięgnięcia po taką pomoc. Wystąpiliśmy już z wnioskiem o wpis ustawy, która będzie to regulowała, do wykazu prac Rady Ministrów. Intencją jest ochrona grup, które mogą być zagrożone.
Rozumiem, że zamierzenie jest takie, by wsparcie weszło w życie z początkiem przyszłego roku?
Tak jest.
Rozmowy w sprawie kopalni Turów przedłużają się, tymczasem we wrześniu do pracy wróci Trybunał Sprawiedliwości UE, który może orzec o ewentualnych karach na Polskę za niezrealizowanie jego decyzji. Jest szansa na porozumienie z Czechami do tego czasu?
Chcemy polubownie rozwiązać ten spór i zadeklarowaliśmy naszym czeskim partnerom pełną gotowość, by ten spór jak najszybciej zamknąć. Kończyłoby to również postępowanie przed Trybunałem, bo wiązałoby się z wycofaniem skargi przez Czechów. Powiedziałem mojemu czeskiemu odpowiednikowi, ministrowi Brabcowi, że jesteśmy dostępni siedem dni w tygodniu 24 godziny na dobę. Ta sprawa jest dla nas priorytetowa. Czesi bardzo się zaangażowali w znalezienie kompromisowego rozwiązania. Trwają teraz rozmowy na temat zaproponowanej umowy. Negocjacje są trudne, toczą się na poziomie bardzo eksperckim.
Problem podobno polega na tym, że Czesi chcieliby wpisania do tej umowy sankcji za nieprzestrzeganie konkretnych zapisów, co budzi sprzeciw polskiej strony.
Mamy świadomość konsekwencji środowiskowych, gospodarczych i społecznych dla regionu i musimy znaleźć sposoby rozwiązywania ewentualnych przyszłych sporów. Zaprosiłem czeskich ekspertów do kopalni w Turowie po to, żeby mogli na miejscu przekonać się, jakie działania są podejmowane po to, by umowa była oparta na twardych faktach. Zależy nam, żeby rozwiązanie tego sporu było zgodne z pewnymi regułami sztuki, jeżeli chodzi o traktaty międzynarodowe. Jeśli w przyszłości miałyby mieć miejsce jakiekolwiek nieporozumienia, to trzeba znaleźć taki mechanizm, który będzie respektował interesy dwóch suwerennych państw i równorzędnych partnerów.
Jaki to będzie mechanizm?
Nie chciałbym wchodzić w szczegóły, z naszym czeskim partnerem jest porozumienie co do tego, że staramy się nie komentować konkretnych zapisów. Chodzi o to, że nieporozumienia powinny być rozstrzygane obiektywnie na drodze postępowania z udziałem także zewnętrznych ekspertów.
Kością niezgody w sprawie Turowa była też podpisana przez pana koncesja wydobywcza do 2044 r. W świetle ostatniego raportu IPCC, a także unijnego pakietu „Fit for 55” datą graniczną dla wydobycia węgla powinien być rok 2030. Tymczasem porozumienie z górnikami zakłada odległą datę 2049 r.
To jest kwestia, którą bezpośrednio zajmują się koledzy z Ministerstwa Aktywów Państwowych. Oni po podpisaniu umowy społecznej pomiędzy górniczymi związkami zawodowymi i stroną rządową są również rzecznikami znalezienia rozwiązania na poziomie Komisji Europejskiej. My modernizujemy prawo, będziemy również nowelizować prawo geologiczne i górnicze w najbliższym czasie.
Powstaje jednak pytanie, po co tak się bić o Turów, skoro i tak może się okazać, że trzeba będzie go niedługo zamknąć?
Chcielibyśmy jak najszybciej inwestować w moce zeroemisyjne, ale procesy inwestycyjne w energetyce są długotrwałe. I nie chodzi tu tylko o finansowanie, ale także o sam proces budowy i dostępność firm wykonawczych. Dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego kraju konieczne jest dalsze korzystanie z mocy, które są w polskim systemie. Gdyby miało zabraknąć którejś instalacji wytwórczej, to sytuacja byłaby bardzo trudna. Dlatego robimy wszystko, żeby uruchomić nowe inwestycje, ale za każdym razem musimy domykać bilans energetyczny kraju, bo zapotrzebowanie na energię rośnie.
Padają ostre zarzuty ze strony ekologów, że wycinamy w Polsce zbyt dużo lasów. Lasy Państwowe podlegają pańskiemu resortowi, czy są jakieś plany nadzoru nad wycinkami?
Istotne jest, żebyśmy zwiększali lesistość. Zbliżamy się do 30 proc. powierzchni kraju i uważam, że nie powinniśmy się na tym poziomie zatrzymywać. Problemem staje się dostępność gruntów pod nasadzenia. Myślimy o tym, w jaki sposób skomasować grunty i zalesiać również np. nieorne grunty rolne. Lasy są zasobem nas wszystkich, a w okresie pandemii były schronieniem i haustem czystego powietrza. Powinny być dostępne i temu służyła nasza inicjatywa „Leśna szkoła z klimatem” i otwarcie nadleśnictw na biwakowanie. Lasy Państwowe mają jednak jeszcze wiele do zrobienia, np. żeby lepiej komunikować się z lokalnymi społecznościami.
Ostatnio atmosferę podgrzało przyjęcie specustawy, zwanej lex Izera, która ułatwi zmianę przeznaczenia gruntów leśnych m.in. w Jaworznie, gdzie ma powstać fabryka elektrycznych samochodów.
To zupełnie inna sprawa. Tu chodzi o zagospodarowanie terenów poprzemysłowych. Gdy kopalnie przestawały funkcjonować na Śląsku, to grunty były oddawane do rekultywacji Lasom Państwowym. Na przykład w Jaworznie został oddany bardzo zdegradowany teren po kopalni Jan Kanty i niestety tam praktycznie nie udało się zasiać żadnego runa leśnego. Las jest tam bardzo rachityczny. Mówimy jeszcze o 25 lub 35 hektarach, których w ogóle nie udało się zmienić i mają one charakter wręcz pustynny. Natomiast my chcemy rozwijać lasy, chcemy doprowadzić do tego, żeby wartościowe pod tym względem tereny, które są np. w gestii miast, były zintegrowane w ramach Lasów Państwowych. Dlatego Jaworzno przekaże pod ich zarząd takie grunty, a ten pogórniczy, zdegradowany teren trafi do użytku, który jest dla niego najbardziej właściwy. Wyzwaniem Śląska jest mała dostępność gruntów pod inwestycje, a jest to województwo priorytetowe pod kątem transformacji. Nie można przecież czekać, aż zamkną się istniejące elektrownie i kopalnie, trzeba już tworzyć nowe zakłady, które przejmą zatrudnienie.
Ma pan jakieś zastrzeżenia do Lasów Państwowych?
Bardzo bym chciał, żebyśmy byli w stanie zwiększać lesistość i poziom ochrony przyrody i będę w tym zakresie w następnych tygodniach przedstawiał kolejne inicjatywy.
Las lasowi nierówny – mamy coraz więcej lasów gospodarczych, które mają znikomą wartość dla ekosystemu, a wycina się te, które są istotne. Pan mówi o podnoszeniu lesistości, ale to czasem oznacza nasadzenia nowych drzew pod ścinkę.
Dla mnie wartością jest budowanie zrównoważonej gospodarki przyrodniczej. Jeśli mówimy o parkach narodowych, to chciałbym, żeby były one obszerniejsze, żeby powstawały kolejne. Będzie to wymagało współpracy również z samorządami i organizacjami pozarządowymi, i chcielibyśmy, żeby efekty znalazły odzwierciedlenie w ustawie o parkach narodowych, nad którą obecnie bardzo intensywnie pracujemy. Ja sam objechałem kilka z nich, żeby znaleźć rozwiązania, by dać parkom nowe życie w bardzo wielu aspektach. ©℗
Rozmawiały Magdalena Cedro i Julita Żylińska

www.gazetaprawna.pl/biznes-i-klimat/