Reklama
Pokryzysowa odbudowa gospodarcza na Zachodzie miała mieć inne oblicze niż choćby ta w Chinach, gdzie powrót do normalności i zahamowanie pandemii bez skrępowania napędzano węglem, a cele klimatyczne stanowią pieśń odległej przyszłości. Obniżenie popytu na energię związane z lockdownami i towarzyszący mu spadek emisji gazów cieplarnianych do atmosfery miały być początkiem końca paliw kopalnych w energetyce, a ich zużycie nigdy już nie miało przekroczyć poziomów sprzed pandemii. Oczekiwany skok zapotrzebowania na elektryczność miał zostać zaspokojony przede wszystkim przez źródła odnawialne.
Dane z pierwszych miesięcy 2021 r. wskazują, że ilość energii wytworzonej z paliw kopalnych rzeczywiście była nieznacznie poniżej poziomu z tej samej części roku 2019, co, biorąc pod uwagę fakt, że w wielu krajach do niedawna utrzymywane były obostrzenia związane z koronawirusem, trudno uznać za zaskoczenie. Ale już pod względem udziału poszczególnych źródeł w miksie energetycznym było gorzej. Mimo ambitnych deklaracji i nadziei, że za sprawą zielonych inwestycji i nowych impulsów regulacyjnych odbudowa gospodarek po kryzysie będzie szła w tej części świata w parze z przyspieszeniem transformacji energetycznej, w wielu krajach paliwa kopalne okazały się niezbędne do zaspokojenia odbudowującego się popytu.
Zainteresowanie węglowodorami jest tak silne, że na ich pozycję nie wpływają nawet działania największych eksporterów, które windują ceny surowców. W ostatnim tygodniu, na skutek obaw przed rozpadem grupy OPEC oraz powrotem pandemii, nieco potaniała wprawdzie ropa naftowa, jednak z powodu utrzymywanych przez kartel limitów produkcyjnych i rosnącego zapotrzebowania pozostają one na najwyższych poziomach od lat. Według ekspertów przy utrzymaniu obecnych tendencji w przyszłym roku cena baryłki ropy może przekroczyć nawet 100 dol. Dzięki tej sytuacji swoją pozycję odbudowują naftowi potentaci. Na przykład Shell, który jeszcze niedawno zmuszony był do dokonywania gigantycznych odpisów od wartości, dziś wypłaca udziałowcom zwiększone dywidendy.
Udział paliw kopalnych w wytwarzaniu energii
Po mroźnej zimie pustkami świecą europejskie magazyny gazu. Tymczasem na norweskiej infrastrukturze przesyłowej toczą się prace utrzymaniowe, największy dostawca surowca dla Europy, Rosja, przykręca kurek, wysyłając europejskim partnerom sygnał, by umożliwili jak najszybsze uruchomienie Nord Stream 2, a LNG płynie do Azji, gdzie dostawcy mogą liczyć na lepsze ceny. Te są najwyższe od kilkunastu lat i jest to trend globalny. W USA, gdzie w ramach pakietów Joego Bidena do gospodarki wpompowano biliony dolarów, zapotrzebowanie na surowiec rośnie mimo mocnego skoku notowań surowca. Na przykład w zmagającej się z upałami Kalifornii – stanie, który od lat należy w Ameryce do liderów rozwoju OZE – gaz podrożał o ok. jedną trzecią, a mimo to jego zużycie w energetyce skoczyło o prawie 60 proc. W ocenie części komentatorów surowiec ten jest trudno zastępowalny i gdyby doszło do szybkiego wygaszenia mocy gazowych, jak domagają się tego ekolodzy, region mógłby wpaść w poważne kłopoty.
Wysokie ceny gazu na światowych rynkach nie pozostają bez wpływu na globalną strukturę źródeł energii. W wielu krajach głównym beneficjentem tego stanu rzeczy jest węgiel. We wspomnianych USA udział tego surowca w wytwarzaniu prądu wzrósł z ok. 17 proc. w pierwszym półroczu 2020 r. do niemal jednej czwartej w tym roku. Według Andy’ego Sommera, analityka szwajcarskiego koncernu energetycznego Axpo, zużycie węgla wzrosło znacząco także w Europie – z 10 do ok. 15 proc., co przypisuje on przede wszystkim wspomnianym ograniczeniom w dostawach gazu. Aż tak drastycznej węglowej zwyżki nie potwierdzają wprawdzie dane think tanku Ember, z których wynika, że w maju był on tylko o 1 pkt proc. wyższy niż rok wcześniej. Zwiększenie udziału węgla w miksach widać jednak w poszczególnych krajach, dla których węgiel pozostaje głównym energetycznym „odwodem”, takich jak Bułgaria, Rumunia, Czechy, Niemcy, Grecja czy Holandia. Według części analityków podobny trend może odnotować w najbliższym czasie Wielka Brytania, która do tej pory zaspokajała podwyższony popyt na energię przede wszystkim gazem i zamierza całkowicie wygasić swoją energetykę węglową do 2024 r. Nieznaczny wzrost, mimo szybkiej rozbudowy OZE i spadającej coraz bardziej rentowności energetyki węglowej, widać także w Polsce – węgiel odpowiadał w pierwszych miesiącach br. za 75 proc. naszej generacji wobec 73 proc. w tym samym okresie roku ubiegłego.
Jak oceniają eksperci, dane te stanowią sygnał, że bez rozbudowy czystych mocy energetycznych w tych krajach oraz rozwoju technologii, ze szczególnym uwzględnieniem tych umożliwiających magazynowanie energii z OZE, paliwa kopalne nadal stanowią dla wielu państw ostatnią deskę ratunku przed wyłączeniem prądu. Zaś przed skorzystaniem z węgla czy gazu nie powstrzymają państw nawet najwyższe opłaty za emisje. Biorąc pod uwagę prognozy dotyczące wzrostu gospodarczego i coraz częstszych ekstremów pogodowych, może być to dźwignia pozycji tych surowców w najbliższych latach.
O ile mechanizm ten może funkcjonować przez parę najbliższych lat, o tyle nie przedłuży on życia węgla na dłużej niż do końca dekady. Doniesienia o węglowym odbiciu mogą jednak zaszkodzić pozycji krajów rozwiniętych w negocjacjach przed nadchodzącym szczytem klimatycznym w Glasgow.