W piątek projekt restrukturyzacji energetyki, który ma uchronić Polaków przed wzrostami cen prądu, został przekazany do prac rządowych. Wkrótce trafi pod konsultacje społeczne. Opracowany przez MAP plan zakłada powołanie – na bazie dzisiejszej spółki PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna – Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego. Agencja przejmie od PGE, Enei i Tauronu łącznie 70 bloków węglowych, stanowiących prawie połowę wszystkich mocy energetycznych w Polsce. Elektrownie te zatrudniają ponad 30 tys. pracowników. MAP chce, żeby do nowego podmiotu trafiły też kopalnie węgla brunatnego: Bełchatów i Turów. Zmiany nie dotkną natomiast górnictwa węgla kamiennego. Analitycy spodziewają się, że losy tego segmentu, ze względu na ich wrażliwy charakter i konieczność negocjacji z górnikami, będą rozstrzygnięte osobno. Poza NABE ma pozostać również oparte na węglu ciepłownictwo.
Zdaniem Jacka Sasina wydzielenie aktywów węglowych da koncernom energetycznym oddech i umożliwi pozyskiwanie kapitału na zielone inwestycje. Eksperci zgadzają się, że zdjęcie ze spółek węglowego balastu to dla nich dobra wiadomość. Już pierwsze zapowiedzi w tej sprawie spowodowały pozytywną reakcję giełdy. Indeks WIG-Energia urósł w zeszły poniedziałek o prawie 9 proc., a w przypadku PGE i Enei wzrosty były dwucyfrowe. Według Pawła Czyżaka z Fundacji Instrat ich wycena będzie dalej się poprawiać, zyskają również lepszy dostęp do finansowania inwestycji. Jak zaznacza ekspert, koncerny mają przed sobą długą perspektywę wzrostową również dlatego, że startują ze skrajnie niskiego pułapu. – Dużo gorzej być nie może – kwituje.
Poprawy wyceny grup energetycznych spodziewa się także Kamil Kliszcz, dyrektor departamentu analiz Biura Maklerskiego mBanku. – W najbardziej optymistycznym scenariuszu w grę wchodzi nawet podwojenie wartości spółek – uważa analityk. Podkreśla jednak, że inwestorzy czekają na konkrety dotyczące warunków transakcji oraz nowe polityki inwestycyjne firm. Pilnie obserwowany będzie również przebieg negocjacji ze stroną społeczną, która już po pierwszych sygnałach na temat planowanych rozwiązań zagroziła protestami i domaga się rozmów z premierem Mateuszem Morawieckim.
Reklama
Perspektywa zrzucenia węglowego balastu nie skazuje koncernów energetycznych na rynkowy sukces. – Wydzielenie węgla jest konieczne, by zmienić ich wizerunek, ale nie oznacza automatycznie, że spółki awansują do innej ligi – przyznaje analityk mBanku. – To dopiero początek – zgadza się Paweł Czyżak. – Po wydzieleniu węgla okaże się, na ile są one zdolne do funkcjonowania na bardzo konkurencyjnych rynkach OZE. Często zakłada się, że to węgiel jest źródłem wszystkich problemów liderów naszej energetyki, ale po jego wydzieleniu mogą wyjść na jaw nowe problemy, choćby niewydolność czy upolitycznienie. Jest też kwestia aktywów, które przynajmniej na razie nie przejdą do NABE i z czasem coraz bardziej będą ciążyć, jak ciepłownictwo – mówi.
Przeniesienie energetyki węglowej do NABE nie oznacza też, że znikną koszty z nią związane – po prostu zamiast uderzać w spółki, obciążą budżet państwa. – Z tego punktu widzenia restrukturyzacja to zła wiadomość, bo Skarb Państwa będzie musiał płacić miliardy na utrzymywanie energetyki węglowej. Te aktywa generować będą coraz większe straty, a rachunek będą musieli opłacić podatnicy. Rządowi coraz trudniej będzie uchylać się przed przyspieszeniem transformacji – mówi ekspert. W jego ocenie straty dla budżetu można ograniczyć tylko w jeden sposób: przedstawiając wiarygodny plan odejścia od węgla, poczynając od najstarszych i najmniej rentownych bloków.
– Dziś te elektrownie jeszcze sobie radzą dzięki pieniądzom z rynku mocy, ale po 2025 r. kontrakty wygasną i ich sytuacja stanie się dramatyczna. Im dłużej utrzymywana będzie produkcja prądu z węgla, tym straty będą większe. Najstarsze bloki powinny więc zostać wyłączone za 4 lata – przekonuje Czyżak. Problemem będzie tu jednak – według eksperta – luka między harmonogramem wygaszania energetyki węglowej a umową społeczną dla górnictwa, która zakłada kontynuację wydobycia do 2049 r.
W planach rządowych mowa jest o stopniowym wygaszaniu wyeksploatowanych bloków węglowych wraz z rozwojem nowych źródeł. Szczegółowy harmonogram tego procesu, który ma być zależny od przyłączania nowych źródeł energii, nie został określony. Rentowność będzie jednak czynnikiem w coraz większym stopniu obciążającym wysokoemisyjne aktywa. Prognozy Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami wskazują, że w perspektywie 2030 r. ceny uprawnień do emisji w ramach unijnego ETS mogą wzrosnąć prawie dwukrotnie, do poziomu 70 euro za tonę CO2. A – jak wskazuje Kamil Kliszcz – w polskiej energetyce ich poziom bezpośrednio przekłada się na ceny energii.
Oprócz presji ekonomicznej należy spodziewać się rosnącego nacisku na doprecyzowanie planów coalexitu ze strony Brukseli. Tym bardziej że KE będzie musiała notyfikować rządowe plany dotyczące węgla.
Tymczasem piątkowe rozmowy rządu z górnikami o umowie społecznej nie doprowadziły do porozumienia, choć według nieoficjalnych sygnałów jest ono coraz bliżej. Kolejne spotkanie już jutro. Negocjacje dotyczą m.in. postulowanej przez związkowców indeksacji wynagrodzeń w kopalniach. Wcześniej, w poprzedni wtorek, ustalono, że wynegocjowana przez górników gwarancja zatrudnienia do emerytury (w przypadku, gdyby było to niemożliwe, zapewnione mają być urlopy przedemerytalne lub jednorazowe odprawy) zostanie wpisana do ustawy o funkcjonowaniu górnictwa.