Reklama
Aktualne przewidywania są mniej optymistyczne dla branży naftowej niż te sprzed pandemii, kiedy szacowano, że w połowie dekady zapotrzebowanie na surowiec sięgnie ponad 105 mln baryłek dziennie. Nowe dane wskazują jednak, że trend pozostaje odległy od celów klimatycznych ustalonych w Paryżu. Te wymagałyby ograniczenia w najbliższych latach zużycia ropy o ok. 3 mln baryłek dziennie w porównaniu do 2019 r. i wejście w fazę szybkiego schyłku w drugiej połowie dekady. Innymi słowy, popyt na ropę już nigdy nie powinien przekroczyć poziomu sprzed pandemii. Wejście na taką ścieżkę wciąż jest możliwe, wymagałoby jednak – w ocenie MAE – zastosowania wielu narzędzi: od wsparcia dla czystych technologii przez poprawę efektywności energetycznej paliw po zachęty do szerokiego zastosowania telepracy.
Perspektywa wzrostu na najbliższe pięć lat nie oznacza jednak, że branża naftowa może spać spokojnie. MAE podkreśla, że popyt na surowiec pozostaje chwiejny, a po dwóch latach pokryzysowego odbicia zacznie się spowolnienie. Nie sprzyjają mu trendy rynkowe i regulacyjne. Skutki pandemii dla globalnych potentatów były bardzo dotkliwe. Jak policzyła agencja, tylko osiem największych koncernów paliwowych odpisało przez nieco ponad rok ponad 100 mld dol. swojej wartości i zaplanowało zwolnienie kilkudziesięciu tysięcy pracowników. Największe cięcia przeprowadził Shell, który zamierza pożegnać się z prawie 10 proc. swojej siły roboczej, a niewiele mniejsze straty poniosły BP, Exxon i Chevron. Zmieniają się także strategie nafciarzy na przyszłość – coraz bardziej stronią od inwestycji w paliwa kopalne, zwracając się w kierunku tych bardziej perspektywicznych, jak niskoemisyjny transport, wodór (piszemy o tym w tekście poniżej), biopaliwa czy offshore.
Popyt na ropę