Nasi rozmówcy twierdzą, że przez Białoruś do Polski trafia coraz mniej antracytu z obszarów okupowanych.
Mamy kolejne potwierdzenie informacji, że po naszych tekstach zmalał strumień antracytu sprowadzanego do Polski koleją z okupowanej przez Rosję części Zagłębia Donieckiego. Szef ukraińskiej dyplomacji Pawło Klimkin w odpowiedzi na nasze pytania potwierdza, że artykuły DGP pomagają w walce z procederem, z którego środki częściowo finansują budżety objętych zachodnimi sankcjami samozwańczych republik ludowych Donbasu.
Klimkina zapytaliśmy o donbaski węgiel podczas ubiegłotygodniowego seminarium zorganizowanego przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych w Warszawie. – Wszystkie informacje z waszego śledztwa są dla nas cenne. Wykorzystujemy je do dyplomatycznych nacisków na Komisję Europejską. To struktura, która działa wolniej niż Stany Zjednoczone (w przeciwieństwie do Brukseli Waszyngton nałożył sankcje na bohaterów naszych tekstów – red.), więc tym bardziej doceniamy waszą pracę – odpowiedział szef ukraińskiej dyplomacji. Klimkin dodał, że gospodarka okupowanego Donbasu polega obecnie niemal wyłącznie na wywozie węgla i innych surowców. – Dla tego regionu nie ma przyszłości, jeśli pozostanie pod rosyjską okupacją – mówił minister.
Reklama
Klimkin potwierdził nasze informacje o postępowaniu, które w sprawie donbaskiego antracytu prowadzą władze w Ankarze. Turcja to po Rosji największy odbiorca tego wysoko energetycznego węgla z Donbasu. Ale śledzenie szlaków przerzutu będzie coraz trudniejsze. Jak powiedział szef dyplomacji Ukrainy, eksporterzy zaczęli go mieszać z antracytem faktycznie pochodzącym z Rosji, przez co nawet w laboratorium trudno będzie stwierdzić, że badany towar został wydobyty w kopalniach Donbasu.
Zakłady te zostały nielegalnie przejęte przez separatystów i oddane w zarząd Serhijowi Kurczence, oligarsze zbliżonemu do rodziny eksprezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Te informacje potwierdzałyby doniesienia gazety „RBK”, według której Kurczenko jest zainteresowany przejęciem części aktywów produkującej węgiel za Uralem firmy Sibirskij Antracyt. Pozwoliłoby mu to mieszać surowiec wewnątrz jednego holdingu.
W Małaszewiczach na granicy polsko-białoruskiej rozmawialiśmy na ten temat z naszymi źródłami w firmach spedycyjnych i na terminalach przeładunkowych. – Zgłaszany jest np. transport 4 tys. ton syberyjskiego węgla. Pociąg wyjeżdża z rosyjskiej kopalni z potwierdzającymi to dokumentami, ale jest w nim np. połowa deklarowanego surowca. Po drodze luka jest uzupełniana ukraińskim antracytem. Wykrycie procederu będzie niemal niemożliwe, a w papierach wszystko się będzie zgadzać – tłumaczy jeden z informatorów. Potwierdzają to rozmówcy na Ukrainie. – Badania próbek nie wykażą charakterystycznych parametrów odróżniających węgiel ukraiński od rosyjskiego – słyszymy. Chodzi głównie o zawartość siarki. Donbaski antracyt ma jej o wiele więcej niż rosyjski.
Nasi rozmówcy zwrócili uwagę na jeszcze jeden sposób, w jaki można przywozić antracyt, tak by utrudnić wykrycie procederu. – Można go wysyłać w zamkniętych kontenerach. Z koksem takie przypadki już się zdarzały – powiedział jeden z rozmówców. Węgiel mógłby w ten sposób jechać tranzytem przez Polskę jeszcze szybciej, bo wagony z kontenerami mają pierwszeństwo przejazdu przed innymi pociągami towarowymi. Inni rozmówcy dowodzą, że takie rozwiązanie jest za drogie. – A traderom zależy na jak najwyższej marży – tłumaczą.
Informatorzy wskazują, że w ciągu ostatniego roku (pierwsze teksty na ten temat opublikowaliśmy w DGP w październiku 2017 r.) wolumeny przerzutu donbaskiego węgla przez Małaszewicze znacząco zmalały. – Czasem pojawiają się pojedyncze wagony, ale antracytu jest o wiele mniej – mówi jeden ze spedytorów. Jego słowa potwierdzają to, co sami dostrzegliśmy podczas objazdu lokalnych terminali przeładunkowych. Place toną co prawda w węglu ze Wschodu, ale antracyt – różniący się od innych rodzajów węgla charakterystycznym połyskiem – trudno dostrzec. Rok temu na tych samych terminalach widzieliśmy całe antracytowe góry.