Jak podawał „Süddeutsche Zeitung”, Władimir Putin miał zapewniać kanclerz Angelę Merkel, że o ile zaistnieje taka konieczność – Rosja z własnych środków gotowa jest sfinansować budowę Nord Stream 2. Sprzeciw wobec budowy drugiej nitki gazociągu pod Bałtykiem jest jednym z fundamentów polskiej polityki zagranicznej. To zresztą naturalne. Każdy liczący się odbiorca (i to nie tylko gazu) musi mieć alternatywne kanały zaopatrzenia.
Warto sobie jednak zadać pytanie: kto w bitwie o Nord Stream 2 ma większy problem, Polska, która dywersyfikuje swoje dostawy, czy Rosja, której z roku na rok coraz trudniej na gazie zarobić. Porównajmy to z rosyjskim eksportem pszenicy. Obecnie Rosja jest jej największym na świecie sprzedawcą. Jej eksport wzrósł – w ujęciu ilościowym – o 36 proc. Jednak gdy weźmie się pod uwagę wartość eksportu, zmniejszyła się ona o 1,8 proc. Oznacza to, że Rosja sprzedaje coraz więcej, ale rosyjscy producenci zarabiają na eksporcie coraz mniej. Jeśli w ogóle. Państwo dopłaca do eksportu, np. poprzez dotacje do transportu. Buduje się dodatkowe magazyny. Dochodzi do czegoś, co ekonomiści określają mianem nieefektywnego inwestowania.
Gaz to nie pszenica, jednak zasada nieefektywnego inwestowania pozostaje ta sama. Weźmy przykład rosyjskiego Gazpromu. Niedawno minęło 25 lat od utworzenia gazowego giganta. Rosjanie analizują drogę, którą przez te lata przeszła korporacja. Konkluzje nie są wcale optymistyczne. Mimo tego, że przez ostatnich 18 lat gospodarka rosyjska z tytułu eksportu węglowodorów zasilona została astronomiczną kwotą 3,5 bln dol., to jej uzależnienie od eksportu ropy i gazu nie zmniejszyło się, lecz wzrosło. W 2000 r. 52 proc. rosyjskiego eksportu pochodziło z tego źródła. W 2017 r. ta wielkość wynosiła 55 proc.