Komisja Europejska dała wczoraj zielone światło dla polskiego rynku mocy, czyli mechanizmu, w ramach którego państwo ma płacić elektrowniom nie tylko za faktycznie dostarczoną energię, lecz także za gotowość do jej zapewnienia w razie zapotrzebowania (będzie to tzw. opłata mocowa).
Reklama
Takie rozwiązanie ma zapobiec niedoborom mocy wytwórczych skutkujących przerwami w dostawach prądu. Ustawa w tej sprawie formalnie weszła w życie 18 stycznia, ale żeby ją wdrożyć, potrzebna była decyzja Brukseli potwierdzająca, że polskie przepisy nie spowodują zakłóceń na rynku wewnętrznym. A przede wszystkim, że nie stanowią niedozwolonej pomocy publicznej.
Zdaniem Komisji nie ma takiego zagrożenia. – Polska wykazała, że na rynku energii elektrycznej występują niedoskonałości. Ceny nie zapewniają odpowiednich zachęt dla wytwórców energii do utrzymania istniejących mocy lub do inwestowania w nowe zdolności wytwórcze – czytamy w decyzji KE.
Zatwierdzenie przepisów to efekt wielomiesięcznych negocjacji polskiego rządu z unijnymi urzędnikami i wypracowanych w ich trakcie poprawek do pierwotnej wersji projektu. Jednym z warunków Komisji było m.in. otwarcie naszego rynku na konkurencję z zagranicy, czego początkowo nie przewidywano.
Ostatecznie w aukcjach (w takim trybie firmy mają konkurować o dostawę mocy Polskim Sieciom Energetycznym) będą mogły wziąć udział podmioty z innych państw członkowskich UE. Ale eksperci zwracają uwagę, że w praktyce o kontrakty rywalizować będą tylko polscy przedsiębiorcy. Z prostego powodu: braku infrastruktury pozwalającej importować energię z innych państw regionu.
Mimo że polska ustawa otrzymała oficjalny stempel unijny, w przyszłości Bruksela może i tak wymusić zmianę jej kształtu. W grudniu KE zaprezentowała projekt rozporządzenia, zgodnie z którym krajowe rynki mocy pozostawałyby otwarte tylko dla elektrowni emitujących CO2 na poziomie nie wyższym niż 550 g/kWh. A to zasadniczo uniemożliwiłoby dostęp do subsydiów elektrowniom węglowym.