Połowa nowych mocy wytwórczych zainstalowanych w 2016 r. na Starym Kontynencie to turbiny wiatrowe – wynika z dostępnych statystyk. Ale u nas energia odnawialna hamuje.
Moc turbin wiatrowych w Niemczech / Dziennik Gazeta Prawna
Andrzej Grzyb europoseł EPP, szef klubu PSL w Parlamencie Europejskim, członek komisji środowiska (ENVI) w PE / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Reklama
Energetyka wiatrowa w Europie wykazała się nie tylko największym przyrostem mocy wśród odnawialnych źródeł energii (OZE), ale i w ogóle wśród wszystkich źródeł. W sumie w 2016 r. Unia Europejska wzbogaciła się o 12,5 GW z wiatraków – mówi Janusz Gajowiecki, prezes PSEW. Przybyło też mocy z innych OZE, m.in. 6,7 GW z energetyki słonecznej, 1 GW z biomasy i 0,6 GW z dużej energetyki wodnej. A w Polsce? W ubiegłym roku weszły w życie dwie ustawy – o OZE oraz odległościowa dotycząca energetyki wiatrowej i jej sąsiedztwa z zabudowaniami. Obie dość mocno ograniczyły producentów zielonej energii. 2016 r. dla OZE w Polsce na pewno rekordowy nie był, produkcja czystej energii w porównaniu do roku 2015 zwiększyła się bowiem o 0,5 proc. (dane Agencji Rynku Energii). To efekt zmniejszenia udziału współspalania biomasy i węgla w produkcji energii niemal o połowę i wzrostu produkcji energii elektrycznej ze słońca i wiatru.
– Dalszy rozwój OZE wymaga odpowiedniej polityki na poziomie unijnym i krajowym. Według prognoz do 2030 r. w Polsce może powstać 10 GW nowych mocy w energetyce wiatrowej – przypomina Gajowiecki. Chodzi m.in. o możliwość budowy 6 GW morskich farm wiatrowych (najbardziej zaawansowane projekty ma Polenergia), jednak inwestycje te zostały wykreślone ze Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. – Polski rząd musi zadbać o bezpieczeństwo energetyczne kraju i sprostać zobowiązaniom międzynarodowym w zakresie polityki klimatycznej – dodaje Gajowiecki. Według niego Polskie Sieci Elektroenergetyczne przyznają, że w systemie jest więcej miejsca dla OZE i to zarówno dla posiadających pozwolenia na budowę elektrowni wiatrowych, jak i dla innych źródeł. Jest to tym ważniejsze, że zużycie energii elektrycznej w ostatnich latach w Polsce rośnie szybciej, niż oczekiwaliby energetycy, biorąc pod uwagę możliwości produkcyjne.
Nasi zachodni sąsiedzi uważają, że część ich rozwiązań z Energiewende, czyli energetycznej rewolucji, można spróbować przenieść na polski grunt. – Zasada numer jeden to przestać wozić paliwo do elektrowni, ale budować elektrownie w miejscu, gdzie paliwo jest. W przypadku OZE m.in. tam, gdzie świeci słońce, czy gdzie wieje – mówi DGP Stefan Schuring, szef sekcji klimatu i energii w doradczej World Future Council w Hamburgu. Z kolei zdaniem Christiana Maassa z Hamburg Institut ważne jest położenie nacisku na kogenerację, czyli jednoczesną produkcję energii elektrycznej i cieplnej, co podnosi efektywność spalania nawet paliw kopalnych (w hamburskim regionie jej udział w miksie energetycznym to prawie 60 proc.). Hamburg np. założył kilka lat temu własny klaster energetyczny skupiający źródła odnawialne. Samo miasto już za 3 lata chce mieć 35 proc. energii ze źródeł zielonych. To z kolei przyciąga inwestorów. Swoje fabryki turbin wiatrowych w tym portowym mieście mają m.in. Adwen, Nordex, Senvion, Siemens, Suzlon czy Vestas.
Do 2030 r. Niemcy planują budowę 15 GW mocy wiatrowych na morzu. Rocznie wydają na rozwój odnawialnych źródeł energii ok. 20 mld euro. Przekłada się to jednak na wyższe rachunki, bo przeciętne gospodarstwo domowe wydaje rocznie na prąd ok. tysiąca euro (z czego jedna piąta to dopłata do OZE). Polskie gospodarstwo domowe wydaje na ten cel o ponad połowę mniej. Tyle tylko, że to ok. 12 proc. naszego budżetu, a w przypadku Niemców przy wyższych rachunkach – ok. 8 proc.
ROZMOWA
Będziemy musieli zmienić polską energetykę
Ile Polska może ugrać na planowanej reformie unijnego systemu handlu emisjami (EU ETS)? Wciąż ktoś usiłuje nas straszyć kagańcem, jaki UE nakłada dla energetyki węglowej, ale tak naprawdę to ostatni dzwonek, by powalczyć o kształt rynku emisji CO2 w latach 2021–2030.
Myślący racjonalnie mówią: Nie unikniemy konieczności zmian w przemyśle związanych z ograniczeniem CO2. To zresztą wynika z zobowiązań podpisanego w Paryżu porozumienia klimatycznego. Ale z drugiej strony musi być zabezpieczenie przed ucieczką przemysłu poza granice Unii Europejskiej, bo przecież nie tylko energetyka emituje CO2.
Plotki o przenosinach ArcelorMittal z Polski na Ukrainę już się pojawiły, choć Hindusi je zdementowali.
To dobry przykład, bo Mittal ma przecież swoje miejsca produkcji stali również poza Europą, nie jesteśmy jakimś wyjątkowym miejscem. Pytanie, czy rozstrzygnięcia EU ETS po 2020 r. będą stawiać na rozsądny protekcjonizm przemysłu, czy będą hurraoptymistyczne i spowodują, że niektóre firmy po prostu uciekną. Tam, gdzie podejście do handlu emisjami jest łagodniejsze.
A co z energetyką?
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że będziemy ją musieli zmienić. Część starych bloków węglowych będzie zamykana i zastępowana przez nowe moce o większej efektywności i niższej emisyjności. Chcąc nadal spalać węgiel, musimy rozwijać nowe technologie. Dobrym pomysłem byłoby wykorzystanie kogeneracji, czyli produkcji w skojarzeniu prądu i ciepła. Ale musimy stawiać też na inne źródła niż węgiel. Pewną zachętą jest to, co znalazło się w projekcie reformy EU ETS – fundusze, które miałyby zachęcać do budowy mocy niewęglowych. I z tego powinniśmy korzystać. To m.in. fundusz modernizacyjny, ale też fundusz zmian strukturalnych, wykorzystujący tereny pogórnicze. To istotne elementy wsparcia modernizacji naszej energetyki. Nie dostaniemy tych pieniędzy, jeśli będziemy chcieli stawiać tylko na węgiel.
Systemowo zablokowaliśmy wiatraki, ale w fotowoltaice czy biogazie moim zdaniem kwestia jest otwarta.