W scenariuszu pesymistycznym deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w 2014 r. ma wynieść 67 mld zł (ze składek ma być zebranych 126 mld zł, a na emerytury trzeba będzie wypłacić 193 mld zł). Deficyt ten ma rosnąć stopniowo do 2018 r., gdy wyniesie 83 mld zł (wpływy 150 mld zł, wypłaty emerytur i rent w wysokości 233 mld zł). Szkoda, że prognozy kończą się w 2018 r., bo dopiero wtedy zrobi się ciekawie. W 2011 r. średni wiek przechodzenia na emeryturę wynosił 61 lat u mężczyzn (od kilku lat maleje), a u kobiet 59,5 roku (tu dla odmiany od kilku lat rośnie). Natomiast najliczniejsze pokolenie jest obecnie w połowie pięćdziesiątki. W 2018 r. dojdzie do średniego wieku emerytalnego. A potem, w dekadzie rozpoczętej w 2020 r., cały wyż powojenny przejdzie na emerytury i dopiero wtedy w FUS pojawi się potężna dziura. ZUS szacuje, że w wariancie pesymistycznym deficyt państwowego systemu emerytalno-rentowego (bez uwzględnienia rolników) będzie w latach 2014–2018 stabilny i wyniesie 3,8 proc. PKB. Czyli żeby spełnić kryterium deficytu budżetowego i uniknąć kar, które na nas może nałożyć Unia Europejska, musimy osiągnąć nadwyżkę w pozostałych częściach sektora finansów publicznych w wysokości około 1 proc. PKB.

Jak się bliżej przyjrzeć szacunkom ZUS, to widać, że wariant pesymistyczny wcale nie jest pesymistyczny. Bo w 2013 r. zakłada wzrost PKB o 2 proc., inflacji o 2,7 proc. i płac realnych o 1,5 proc. Bezrobocie według tego wariantu na koniec 2013 r. ma wynieść 13,2 proc., podczas gdy w styczniu już przekroczyło 14 proc. i dalej rośnie. Jeżeli przyjmiemy bardziej realne założenia, czyli stagnację realnych wynagrodzeń i wzrost bezrobocia do prawie 15 proc., to na podstawie analizy wrażliwości podanej przez ZUS możemy policzyć, że dochody FUS spadną o ponad 6 proc. w 2014 r. i ten efekt będzie się nasilał w czasie, aż osiągnie 11 proc. w 2018 r. Spadną również nieco wydatki (od 1 proc. w 2014 r. do 3 proc. w 2018 r.) z powodu niższej indeksacji emerytur. Czyli deficyt FUS w 2014 r. wyniesie 73 mld zł, a w 2018 r. 98 mld zł, jeżeli tylko w jednym 2013 r. bezrobocie będzie rosło, a płace realne będą w stagnacji. Jeżeli natomiast polska gospodarka wejdzie w recesję lub kilkuletnią stagnację, to może nastąpić eksplozja deficytu w FUS już w najbliższych latach i całkowita niezdolność ZUS, a w zasadzie polskiego państwa, do wpłaty emerytur po 2020 r.

Jestem przekonany, że kluczowi decydenci w państwie znają te liczby i mają świadomość, co one oznaczają dla standardu życia milionów Polaków. Bo albo emeryci już za kilka lat nie otrzymają emerytur w pełniej wysokości, albo trzeba będzie podnieść składkę ZUS do takiego poziomu, że upadną dziesiątki tysięcy małych firm, a setki tysięcy ludzi stracą pracę, bo koszt brutto zatrudnienia pracownika będzie za wysoki. Uniknąć tego scenariusza można tylko wtedy, jeżeli wzrost gospodarczy znacząco przyspieszy, do ponad 4 proc. rocznie, wtedy deficyt FUS stopniowo obniży się do 2 proc. PKB w 2018 r., a potem i tak wzrośnie, ale już nie tak gwałtownie. Ale na to nie ma co liczyć, znacznie bardziej prawdopodobna jest stagnacja lub niski wzrost gospodarczy. Dziwi mnie, że nikt z ważnych osób w państwie nie uruchomi poważnej debaty poświęconej ryzyku olbrzymiego deficytu w FUS, co oznacza ryzyko niewypłacania emerytur w pełniej wysokości już za kilka lat.

Lata 2009–2012 były najprzyjemniejsze i najłatwiejsze do rządzenia w historii Polski. Każdy mógłby rządzić w takich warunkach i odnieść sukces, nawet komik. Nie dość, że Polska dostała 67 mld euro w ramach polityki spójności, to jeszcze akurat dołek demograficzny przechodził na emerytury i liczba emerytów spadła w tych latach o ponad 200 tysięcy, co ograniczało wydatki publiczne, a wyż demograficzny studentów wszedł na rynek pracy i płacił podatki. Ale to się kończy. Środki z Unii, jeżeli będą, to dopiero za 3 lata, liczba emerytów i rencistów zacznie silnie rosnąć, a wraz z nią wydatki na świadczenia i na zdrowie, bo seniorzy chorują więcej niż pozostałe pokolenia. To inna sytuacja, która wymaga innej polityki gospodarczej i społecznej. Tylko czy Polacy to zrozumieją i zaakceptują?