Reklama

Choć po hali supermarketu poniewierają się wciąż jeszcze foliowe torebki, to owoce, warzywa, pieczywo pakujemy do uszytych przez siebie płóciennych woreczków. Modne dziewczyny omijają szerokim łukiem odzieżowe sieciówki, nawet gdy galerie handlowe są otwarte, a zamiast nich wybierają dawne szmateksy, zwane już teraz dla większego prestiżu ciucharniami.

Inaczej kupujemy. Wprawdzie wciąż o tym, co kupujemy decyduje cena, a na drugim miejscu jest jakość produktu, ale coraz więcej z nas (14,2 proc.) zwraca uwagę na przykład na to, czy opakowanie nadaje się do recyklingu – pokazują najnowsze badania firmy finansowej Provident. Coraz więcej przywiązuje wagę do tego, czy producent kupowanego przez nas przedmiotu podejmuje działania na rzecz ochrony środowiska. Co ciekawe – częściej kierują się tym mieszkańcy wsi niż miast.

Zamiast wyprawiać się do sklepu meblowego przeglądamy ogłoszenia na olx. Może trafi się tam regał, na który 50 lat temu wykładano czasopisma w osiedlowej bibliotece. Teraz znakomicie posłuży na przybywające w mieszkaniu książki. Nawet w dużych sklepach nastawionych na szybką sprzedaż dużej ilości towaru przybywa stoisk z żywnością ekologiczną. Tak zmienia się świat na naszych oczach.

Rzeczy z drugiej ręki kupują już nie tylko hipsterzy. Kupujemy je wszyscy. Barometr Providenta pokazuje, że odsetek ludzi, którzy kupują używane rzeczy jest prawie taki sam, jak zwolenników kupowania wyłącznie rzeczy nowych. W ostatnim badaniu wprawdzie 46,2 proc. respondentów powiedziało, że nie kupuje używanych przedmiotów, ale 27 proc. kupuje je, choć rzadziej niż nowe, 13,1 proc. – częściej niż nowe, a 2,7 proc. – wyłącznie używane.

Reklama

Przestawiamy się na „zero waste”. Co to znaczy? Żyć tak, żeby zużywać jak najmniej nieodtwarzalnych zasobów Ziemi i produkować jak najmniej odpadów, które powodują, że planeta obumiera. Ale to prowadzi do zupełnie innego podejścia do konsumpcji niż przez ostatnie dziesięciolecia.

Zmieniamy się jako konsumenci. Już przed pandemią wielu ludzi, zwłaszcza młodych, zaczęło do konsumpcji podchodzić inaczej niż ich rodzice. Wszystko zaczęło się od pokolenia milenialsów, czyli urodzonych w ostatnich dekadach zeszłego stulecia. To oni pierwsi stanowczo odrzucili tamten model robienia nadmiaru zakupów. „Tamten” model oznaczał większy i większy dom, droższy samochód, wciąż nowe meble. A do tego brak dbałości o jedzenie i o zdrowie.

To w jaki sposób i co kupujemy, to już nie tylko styl życia, ale przede wszystkim inna hierarchia wartości. Z badań naukowych wynika, że 20 proc. z milenialsów nie przywiązuje znaczenia do posiadanie własnego domu, a zaledwie dla 15 proc. wartością jest dobrze płatna kariera. Wolą jeździć rowerem niż samochodami. Dzielą się posiadanymi rzeczami. Zamiast kupować wciąż nowe – naprawiają stare. Są całkowitym zaprzeczeniem modelu konsumpcji, który w Europie i w Ameryce ukształtował się po II wojnie światowej. Ale ich młodsi bracia idą jeszcze dalej.

Polka Ania i Francuz Andre mieszkają w Lizbonie. Andre robił karierę według starych wzorców i w bardzo młodym wieku został dyrektorem w globalnej korporacji na całą Azję. Ale po paru latach powiedział sobie – dosyć. I postanowił żyć tak, jak tego chciał.

Owszem, mieszkają w luksusowym apartamencie, ale na tym koniec ich rozpasania. W mieszkaniu nie ma jednego mebla kupionego w sklepie. Wszystkie zostały zrobione przez Andre albo przez kogoś ze znajomych. Niektóre – kupione na tamtejszym olx-ie. Inne zostały przez kogoś wyrzucone, ale oni je wyremontowali i naprawili. Nie wyrzucaj, przekazuj innym, jeśli ci coś nie jest potrzebne. Napraw jeśli to możliwe zamiast kupować nowe.

Używać ponownie, naprawiać, nie wyrzucać – to przykazania nowego świata wartości. W jego centrum jest zrozumienie faktu, że jeśli kolejne pokolenia będą żyć z takim rozmachem jak urodzeni po II wojnie światowej, to wkrótce zniszczymy całą Ziemię. Dzięki zużywaniu do wytwarzania energii paliw kopalnych podgrzaliśmy atmosferę już do tego stopnia i dostarczyli jej tyle energii, że klęski żywiołowe stały się codziennością nawet tam, gdzie ich dotąd nie widywano.

Ania i Andre w swoim życiu wstydzą się naprawdę jednego. Mają samochód z silnikiem benzynowym. Przeżytek minionej epoki. Ale – usprawiedliwiają się – używają go wspólnie ze znajomym, a niedawno do spółki doprosili jeszcze jedną osobę, bo tak mało nim jeżdżą. Na co dzień chodzą na piechotę albo używają rowerów. Tylko wyjazdów wakacyjnych trudno im sobie odmówić.

Oprócz paliw kopalnych jednymi z największych wrogów życia na Ziemi są plastik i chemia. Co minutę na świecie sprzedaje się około miliona plastikowych butelek. Każda z takich butelek rozkłada się kilkaset lat. Sylwia Majcher, propagatorka ekologicznego stylu życia, blogerka i autorka książki „Wykorzystuję nie marnuję” mówi, że łatwo można wyprodukować we własnym zakresie proszki do prania, tabletki do zmywarki, płyny do mycia naczyń czy do mycia okien z naturalnych składników. W zasadzie wystarczy ocet, zwykle szare mydło, kwasek cytrynowy i boraks, środek do zmiękczania wody.

I oczywiście zamiast plastikowych toreb używać płóciennych woreczków. Jednorazowe folie spożywcze można zastąpić chusteczkami z bawełny nasączonymi pszczelim woskiem i pakować w nie jedzenie, a potem po prostu umyć. Zamiast wyrzucać folię spożywczą do śmieci, z woskowanych chusteczek można korzystać wiele razy. Mniej odpadów to podstawowa zasada.

Sprawa z plastikiem jest na tyle poważna, że zniechęcać konsumentów do używania go postanowiły już rządy wielu państw. Ostatnio rząd Hiszpanii postanowił opodatkować plastik, żeby mniej jednorazowych odpadów było wywożone na wysypiska. Od lipca nowy podatek obejmie plastikowe opakowania jednorazowego użytku a także kubki, sztućce, folię używaną do pakowania palet. Każdy producent lub importer zapłaci 0,45 euro za kilogram tworzywa sztucznego.

Mniej śmiecić to znaczy także kupować tyle, ile jest potrzebne. Ania i Andre kupują jedzenie wyłącznie na pobliskim targu, najczęściej od zaprzyjaźnionego rolnika, który stara się przywieźć wszystko co zamówią, gdyż należą do miejscowej kooperatywy spożywczej. Chodzi nie tylko o to, żeby odżywiać się zdrowo, ale także nie wyrzucać żywności. A wszystkie biodegradowalne odpady – kompostować.

Problemem są też ubrania, bo przemysł odzieżowy jest jednym z przynoszących najwięcej szkód środowisku. Młodzi ludzie idą jeszcze dalej niż milenialsi. Nastolatkę Kasię stać byłoby na każdy ciuch o jaki tylko by sobie zamarzyła. Ojciec jest znanym w Poznaniu deweloperem, a mama ma prywatny gabinet dentystyczny. Ale Kasia wcale starych o kasę nie przyciska.

Na ostatnie urodziny dostała od koleżanek sukienkę z ciucharni. Pochwaliły się jej nawet, ze zapłaciły za nią 10 zł. Kasia poszła w niej na Sylwestra. Od czasu tego prezentu w jej szafie zdecydowanie ubywa rzeczy. A jeśli są jakieś nowe – to stare kupione w szmateksach. Regularnie też oddaje swoje innym chętnym.

Tak jak Kasia robi już blisko połowa z nas. 48,7 proc. oddaje innym lub stara się sprzedać przedmioty, których nie używa – wynika z Barometru Providenta. A w dodatku więcej niż co dziesiąty Polak robi to regularnie.

– Jeśli mamy czegoś za dużo, możemy się przecież wymieniać. Każdy może zrobić coś dobrego dla naszej planety – mówi Sylwia Majcher.

I radzi – zacznijmy od zrobienia eko-audytu w różnych sferach naszego życia. Oczywiście wyrzucenie z domu całego plastiku czy chemii może okazać się niemożliwe. Ale na początek można zajrzeć do szafy. Czy rzeczywiście potrzebujemy tyle ubrań?

Tym bardziej, że gdy zaglądamy do szafy teraz, w czasie pandemii, to widzimy jak nigdy dotąd, jak smętnie wyglądają w niej nasze rzeczy. Buty do chodzenia po górach? No, te może kiedyś się jeszcze przydadzą. Ale po co ten cały pluton jedwabnych krawatów? Sylwia Majcher uważa, że przeciętnie ok. 80 proc. rzeczy zgromadzonych w szafie nie jest nam do niczego potrzebnych. Po prostu ich nie używamy.

Najważniejsze jest, żeby ubrań nie chomikować. Najlepiej je komuś oddać – radzi blogerka.

Mniej zużywać, mniej niszczyć, mniej wyrzucać, naprawiać, wykorzystywać ponownie – już od kilku lat narasta taki trend. Jest on spowodowany między innymi troską o naszą planetę. Ale to wszystko oznacza – mniej konsumować.

A co ludzie robią, żeby konsumować więcej i więcej? Oczywiście zadłużają się. To dobry moment, żeby sobie zrobić także audyt finansowy – czy rzeczywiście potrzebuję wydawać tyle pieniędzy i dużo więcej niż mogę zarobić.

Jacek Ramotowski