Są w stanie spakować rodzinę, sprzedać dom i wyjechać na drugi koniec Polski albo do innego kraju, aby tylko oddychać zdrowym powietrzem.
Rybnik – obok Żywca i Pszczyny – jest w trójce najbardziej zanieczyszczonych miast Polski, w których dopuszczalny średnioroczny poziom dla stężenia pyłów PM 2,5 i PM 10 przekracza unijne normy. Zdesperowani mieszkańcy coraz częściej myślą o ucieczce – i mówią o tym głośno.
Przed świętami Bożego Narodzenia 2017 r. i po Nowym Roku 2018 r. grupa rybniczan zebrała się na rynku, aby okazać niezadowolenie z powodu złej jakości powietrza. Przyszli w maskach antysmogowych i z transparentami: „Chcemy żyć tu bez masek”. W gronie protestujących był Mirosław Małek –żeglarz i olimpijczyk. Stwierdził, że jeśli miasto nie podejmie zdecydowanej walki ze smogiem, wyjedzie, bo nie chce się dłużej truć. Nie jest jedynym, któremu klimat Rybnika mocno daje się we znaki.
50 tys. zł – na taką kwotę Oliwer Palarz, rybnicki aktywista, wycenił roszczenie, którego domaga się od Skarbu Państwa z tytułu narażenia zdrowia i życia na działanie smogu. – Człowiek staje się więźniem we własnym domu. Przez 120–130 dni w ciągu roku w Rybniku trudno wyjść z dziećmi na spacer albo pobiegać na powietrzu. Dlatego oddałem sprawę do sądu i czekam na wyrok – wyjaśnia.

Astmatycy jadą do Pucka

ikona lupy />
Magazyn DGP 15 listopada 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
– To była trudna decyzja – przyznaje Anna, mężatka i matka dwójki dzieci, które do 6. roku życia często chorowały na infekcje górnych dróg oddechowych. W dodatku syn cierpi na astmę i jest alergikiem pokarmowym. Mąż ma z kolei alergię wziewną, ona sama – niedoczynność tarczycy. Mieszkali na obrzeżach Łodzi i choć ich dom stał na wzniesieniu, w powietrzu i tak często wisiał smog, bo okoliczni mieszkańcy palili w piecach czym popadło.
– Któregoś dnia rozmawiałam z sąsiadem, że dobrze byłoby przenieść się nad morze. On też rozważał taki scenariusz. Ale rok później zmarł na nowotwór. Był mężczyzną w średnim wieku, przed pięćdziesiątką. Poruszyła mnie ta historia. Rozmawiałam o niej wielokrotnie z mężem: „Zobacz, sąsiad nie zdążył, ale my mamy jeszcze szansę na zmianę. Nie ma na co czekać” – opowiada Anna.
Zaczęła szukać klimatycznego azylu dla rodziny nad Bałtykiem. Ale niekoniecznie w Trójmieście, raczej w mniejszej miejscowości, gdzie można taniej kupić ziemię, postawić dom, mieć niedaleko do morza i blisko do szkoły, bo w trakcie wyprowadzki syn miał 9 lat, a córka 7. I żeby nie trzeba było daleko jeździć do szpitala, bo syn od czasu do czasu wymagał hospitalizacji. Tak całą rodziną trafili do Pucka. Dosłownie całą, bo jeszcze zabrali ze sobą rodziców męża – w sędziwym wieku, bo dobijających do dziewięćdziesiątki.
– Jeździliśmy do Pucka na rekonesans zimą, wiosną, latem, jesienią, żeby trochę pobyć, zaaklimatyzować się, poznać miasto. Trzeba było znaleźć dzieciom nową szkołę, sprzedać dom pod Łodzią, na który zaciągnęliśmy kredyt we frankach, ja musiałam przerejestrować działalność gospodarczą, a mąż nauczyciel poszukać pracy w zawodzie, co wcale nie okazało się trudne, bo szybko znalazł zatrudnienie; dostał propozycje w trzech różnych placówkach – opowiada Anna.
Pytam, jak znieśli aklimatyzację. Mąż jest łodzianinem, ale nie tęskni za Łodzią. Dzieci zawarły nowe znajomości i bawią się na dworze, a w poprzednim miejscu zamieszkania, na osiedlu domków jednorodzinnych, nie miały wielu kolegów i koleżanek, bo ludzie siedzieli całymi rodzinami pozamykani w domach. Córce na początku było trudniej, bo tęskniła za dawną przyjaciółką, ale syn zaadaptował się błyskawicznie. Teściowa jest osobą towarzyską, więc złapała dobry kontakt z tutejszymi seniorami. Teściowi trochę trudniej było się przyzwyczaić, ale chyba już przywykł. W końcu od przeprowadzki minęły ponad trzy lata.
– To wszystko nieważne w obliczu zmiany klimatu – zapewnia Anna. – Puck to nie Łódź i Kraków, w którym także kiedyś mieszkałam. Rok temu wysiadłam z samolotu na Balicach i od razu poczułam ciężkie, smoliste powietrze. W Pucku odczuwa się inną jakość życia. Owszem, przez kilka dni w roku miasto spowite jest mgłą, bo akurat nie ma wiatru, ale smog jest dużo mniejszy, a powietrze mniej skażone, czystsze, naprawdę przyjemnie się oddycha. Teściowa nie choruje, dzieciaki poza lekkim katarem nie mają innych problemów – opowiada.

Informatyku, przyjedź do Gdańska

Migracje ekologiczne nie są jeszcze w Polsce częstym zjawiskiem. Z sondażu agencji badawczej SW Research przygotowanego pod koniec 2018 r. na zlecenie „Rzeczpospolitej” wynika, że zmianę miejsca zamieszkania z powodu skażonego powietrza rozważa raptem 14 proc. Polaków, prawie tyle samo nie ma na ten temat zdania, a trzy czwarte ankietowanych nie byłoby skłonnych do zmiany adresu z powodu smogu. Wśród zdecydowanych przeważają mężczyźni, osoby o wykształceniu podstawowym i gimnazjalnym, ale też zamożne, zarabiające powyżej 5 tys. zł netto oraz mieszkańcy miast o populacji wyższej niż 500 tys. Wiek również ma znaczenie. Według badania SW Research znacznie bardziej skłonni do ekologicznych migracji są osoby do 24. roku życia (21 proc.) niż te, które przekroczyły pięćdziesiątkę (8 proc.).
Polski Alarm Smogowy odbiera pojedyncze sygnały od osób, które pytają, dokąd najlepiej uciec przed smogiem. W ciągu ostatnich dwóch lat było kilka takich telefonów, także od starszych mieszkańców – bo może młodsi są bardziej świadomi zagrożeń, ale za to emeryci, których będzie przybywać, mogą z dużo większą łatwością podjąć decyzję o wyprowadzce na resztę życia, kiedy w miejscu zamieszkania nie trzyma ich ani praca, ani konieczność wychowania małych dzieci.
– Trudno cokolwiek sugerować, bo nie możemy wziąć odpowiedzialności za czyjąś decyzję o wyprowadzce. Wiadomo, że na północy Polski jest czystsze powietrze, ale nie sposób generalizować, bo Wejherowo czy Kościerzyna mają akurat problem ze smogiem. Jeśli ktoś mieszka na południu i wyprowadzi się z kotliny wysoko w góry, też będzie oddychał lepszym powietrzem – wyjaśnia Piotr Siergiej z Polskiego Alarmu Smogowego.
Popularnym kierunkiem ucieczki przed smogiem staje się Trójmiasto. Może o tym świadczyć m.in. wzrost cen mieszkań nad morzem. Z wyliczeń portalu RynekPierwotny.pl wynika, że jeszcze w 2013 r. średnia cena za mkw. w Gdyni wynosiła 5167 zł, a w 2017 r. – już 7183 zł. W ciągu tych czterech lat mieszkania podrożały o 38 proc. Podobnie sytuacja wyglądałą w Sopocie – wzrost cen wyniósł 34 proc., w Gdańsku – 8 proc.
Czystym nadmorskim powietrzem kuszą też headhunterzy. Na początku ubiegłego roku jedna z gdańskich firm przygotowała kampanię reklamową „Zmień swoje środowisko”, zachęcając informatyków z Krakowa, aby przenosili się do Gdańska. Do zmiany miejsca pracy namawiały billboardy z przedzieloną na pół panoramą; po jednej stronie siedział przy laptopie zakapturzony osobnik w masce gazowej, nad jego głową unosiły się czarne chmury, a w tle majaczyły krakowskie kominy; po drugiej – ten sam mężczyzna, wyraźnie zrelaksowany, z podpartą głową, rozkoszujący się ładną pogodą i urokiem gdańskich plaż. Hasło „Czyste powietrze czeka na ciebie” zostało ostatecznie zmodyfikowane na „Czystsze powietrze czeka na ciebie”, a to dlatego, że ostro zareagowała grupa aktywistów z inicjatywy Smogathon, twierdząc, że smog również występuje w Gdańsku, i zgłaszając ów projekt PR-owego werbunku do Komisji Etyki Reklamy.

Anglia, Finlandia, Portugalia

W marcu tego roku na wyjazd z Polski zdecydowała się Beata. Przez cztery lata mieszkała w Ameryce w stanie Kolorado – i oddychała czystym powietrzem. A w Łodzi nie dało się wytrzymać z powodu smogu. Zanim postanowiła ratować siebie i 9-letnią córkę, próbowała uświadomić mieszkańcom, że smog powoli ich zabija. – Chodziłam po mieście z dzieckiem, obie w ochronnych maskach, i rozdawałam ulotki informacyjne. Na próżno. Ludzie nie dostrzegają zagrożenia, a później dziwią się, że chorują na nowotwory i umierają. Dla Łodzian wymiana kopciuchów nie jest priorytetem, a temat wycinki drzew niespecjalnie ich obchodzi. Jest garstka świadomych – ocenia Beata.
Spakowała córkę i wyjechały do Anglii, zostawiając mieszkanie własnościowe i działkę w Justynowie. Zamieszkały pod Leeds. Tam nikt nie opala domów węglem, po ulicach jeżdżą elektryczne autobusy, właściciele starych aut, które produkują mnóstwo spalin, wymieniają je na nowe, a mieszkańcy dwoją się i troją, aby ograniczyć w mieście ruch samochodów. Córka Beaty chodzi do szkoły, gdzie na lekcjach dużo mówi się na temat zmian klimatycznych. Brexit brexitem, ale tutaj ludzie są bardziej świadomi społecznie i wrażliwi na kwestie środowiskowe.
W Polsce została reszta rodziny Beaty. Część bliskich mieszka w Zgierzu, gdzie na początku tego roku płonęło wysypisko śmieci. Składowano tam odpady sprowadzane m.in. z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwecji i Włoch. Sprawą zajęła się prokuratura, a Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska informował o niebezpiecznych substancjach, które wydobywają się z pogorzeliska i mogą zagrażać zdrowiu mieszkańców. – Jestem tym wszystkim przerażona. Ale moja rodzina mnie nie słucha, więc już przestałam strzępić język. Teraz zajmuję się sprzedażą mieszkania na Widzewie, bo nie zamierzam wracać do Polski. Aby podkreślić walory okolicy, napisałam w ogłoszeniu, że tam jest akurat czystsze powietrze. Myśli pan, że kogokolwiek to interesuje? Ludzi nie obchodzi klimat, pytają o wyposażenie mieszkania – denerwuje się Beata.
Francuzka Virginie Little osiedliła się w Polsce w 2001 r. Zawsze chciała mieszkać za granicą, więc kiedy jej firma telekomunikacyjna zamknęła działalność w Paryżu, przyjechała za pracą do Warszawy. Zajmowała się marketingiem w czasopiśmie francuskojęzycznym, a od trzech lat prowadzi firmę doradczą ds. zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności biznesu. Męża Amerykanina poznała w Paryżu, ale dzieci urodziła już w Polsce. Ekologia i styl życia w zgodzie ze środowiskiem stały się dla niej ważne dopiero po jakimś czasie, bo początkowo nie zdawała sobie sprawy z istnienia smogu i złej jakości powietrza w Warszawie.
– Od kilku lat coraz więcej mówi się na temat kryzysu klimatycznego i groźnych pyłów, które wdychamy. Mamy dzieci w wieku 7 i 9 lat, chcemy zatroszczyć się o ich zdrowie. Próbowaliśmy chronić się przed smogiem, ale noszenie masek przez pół roku nie jest przyjemne. Poza tym nie posiadamy samochodu, dużo podróżujemy rowerami, a jazda w takiej masce utrudnia oddychanie. Nosiliśmy je także dlatego, aby uświadomić mieszkańcom stolicy, jak poważnym problemem jest smog. W związku z tym, że nic nie wskazywało na poprawę warunków powietrza w Warszawie, postanowiliśmy się wyprowadzić, mimo że bardzo ceniliśmy sobie życie w Polsce – opowiada Virginie.
Ostatecznie postawili z mężem na Portugalię i zamieszkali w niewielkim Cascais – 30 km od Lizbony, nad oceanem, gdzie jakość powietrza jest doskonała. Virginie porównuje tę miejscowość z podwarszawskim Konstancinem. – Dużo pracuję zdalnie, w Polsce został zespół moich współpracowników, ale planuję rozwijać też firmę w Portugalii. Mąż jest informatykiem, ma swoją działalność, więc też może pracować gdziekolwiek. Dzieci chodzą do lokalnej szkoły publicznej, nauczyły się portugalskiego. Jesteśmy tutaj szczęśliwi, choć tęsknimy za Warszawą, więc latem na trochę wróciliśmy – mówi Virginie, która raz na dwa miesiące przyjeżdża do Polski w interesach.
Alina przed smogiem uciekła do Helsinek. Wychowywała się w Krakowie i od dziecka miała problemy z układem oddechowym, ale w końcu przywykła do dyskomfortu związanego z zanieczyszczonym w powietrzem. Różnicę odczuła dopiero po wyjeździe do Finlandii – w Polsce pracowała jako księgowa w korporacji zajmującej się obsługą fińskich klientów. – Smog w Krakowie i coraz trudniejsze do zniesienia upały latem, do tego mało przyrody w mieście zaczęły dramatycznie kontrastować ze wspomnieniami z Finlandii, w której kiedyś mieszkałam – mówi Alina. – Czyste powietrze, wyraźnie zmieniające się pory roku i dominująca w krajobrazie przyroda były silnymi argumentami za powrotem. Przeniosłam się sama. Znajomi i rodzina zostali w Polsce.
Finlandia też nie jest rajem na ziemi, choć dużą wagę przykłada się tutaj do dbania o ekologię, a korzystanie z odnawialnych źródeł energii czy alternatywne sposoby ogrzewania mieszkań to realne działania w walce o czystsze środowisko. Mimo to przybywa betonu – nowych mieszkań czy centrów handlowych. Abstrahując od kwestii ekologicznych, przybyszowi z Polski niełatwo się tu zaaklimatyzować. – Finlandia jest trudnym krajem dla emigranta – zgadza się Alina. – Nauka języka jest sporym wyzwaniem. Do tego dochodzi inna niż w Polsce czy dużych krajach europejskich organizacja społeczeństwa. Panuje tu silny indywidualizm, nacisk na wolność jednostki, ale też duże zaufanie społeczne do instytucji państwowych przy rozbudowanej biurokracji.

Powrót z zielonej emigracji

Dla Joanny temat ekologii jest na liście najpilniejszych priorytetów – i życiowych, i zawodowych. W Poznaniu studiowała ochronę środowiska, a po zakończeniu nauki wyjechała do Krakowa, zatrudniając się w organizacjach pozarządowych. Tematem jej pracy magisterskiej były metale ciężkie oraz wpływ zmian środowiskowych na glebę w Małopolsce i na Podkarpaciu. Kiedy zamieszkała pod Wawelem, od razu rzuciła się w wir działań, ale zewsząd napotykała opór.
– Stworzyłam kalkulator do pomiaru zanieczyszczeń w transporcie ulicznym, który na podstawie kilometrów przejechanych przez pojazdy wyliczał wskaźniki szkodliwych substancji uwalnianych do atmosfery. Niestety, projekt się nie przebił. Byłam też gorącą orędowniczką pomysłu ograniczenia niskiej emisji poprzez zapewnienie instalacji systemu centralnego ogrzewania w centrum miasta. Ale urzędnicy mieli duże opory: „Jak to tak, kopać przy samym rynku?” – pytali. W końcu dałam sobie spokój – opowiada Joanna.
Sześć lat temu postanowiła zmienić klimat i wynieść się z Krakowa, który na własne życzenie przegrywał walkę ze smogiem. Joanna do dziś ma przed oczami widok, jaki rozpościerał się z jej mieszkania na czwartym piętrze: dookoła kamienice ozdobione smugami gęstego dymu, który wydobywał się z kominów. Nie mogła na to patrzeć. Wyprowadziła się razem z mężem do położonej ok. 40 km od Krakowa wsi Łętownia. Góry, domek pod lasem. Tam Joanna urodziła dwoje dzieci i zajmowała się domem, choć nie porzuciła ekologicznej misji. Nawiązała kontakt z pracownikiem ochrony środowiska, który pomógł jej w przeprowadzeniu cyklu wykładów dla dzieci z kilku ościennych gmin na temat konieczności dbania o przyrodę. Jednak wieś szybko przestała być wymarzonym miejscem do życia.
– Dużym kłopotem okazała się choćby logistyka. Wszędzie trzeba było przemieszczać się autem, bo do przedszkola daleko, a dzieci trzeba zawieźć. To samo do sklepu. Jazda samochodem w celu załatwienia każdej sprawy kłóciła się z naszym proekologicznym stylem życia. Można powiedzieć, że w tej kwestii ponieśliśmy klęskę, bo nie udało się również zorganizować leśnego przedszkola dla maluchów, prowadzić przydomowego ogródka, bo ślimaki niszczyły nam plony, a na domiar złego w najbliższym sąsiedztwie mieszkała dość uboga rodzina, która paliła w piecu czym popadnie i produkowała smog – wylicza Joanna.
Po pięciu latach spędzonych na ekologicznej emigracji cała rodzina wróciła do Krakowa. Zadecydowało o tym kilka czynników: mąż informatyk nie musiał już trzy dni w tygodniu dojeżdżać do pracy, a Joanna przekonała się, że miasto podejmuje coraz skuteczniejszą walkę ze smogiem, więc zrobiło się miejsce dla jej fundacji, która zwołuje cykliczne konferencje klimatyczne. Cała czwórka mieszka na Zakrzówku i bardzo sobie ceni sąsiedztwo lasu oraz fakt, że odjeżdżają stąd tramwaje i autobusy do centrum miasta.

***

Sprawa Oliwera Palarza ciągnie się od czterech lat – w październiku minęła kolejna rocznica. Sąd w Rybniku orzekł, że skoro Palarz czuje się w Polsce jak w więzieniu, to może się wyprowadzić. Nikt go nie będzie siłą zatrzymywać. Nie na taką odpowiedź liczył. – Odwołałem się od tego wyroku. Teraz tę sprawę rozpatruje sąd drugiej instancji w Gliwicach. Pod koniec listopada albo na początku grudnia wszystko się rozstrzygnie – informuje Palarz.