- Podczas lockdownu można było zaobserwować, że na wideokonferencje mężczyźni logowali się na tle domowych bibliotek, a kobiety przy blacie w kuchni albo w salonie, z dzieckiem na rękach, na kolanach lub skaczącym dookoła - mówi Alicja Olszewska, doktorantka z dziedziny neuronauk, działaczka na rzecz praw rodziców w nauce, mama dwulatki



Okres epidemii to niełatwy czas także dla naukowców.
Reklama
To prawda. Moja praca polega na badaniu ludzi w laboratorium, a w czasie lockdownu było to niemożliwe. Do tego wszystkie konferencje zostały odwołane lub przeniesione na inny termin. Jedno szkolenie, w którym brałam udział, zostało zorganizowane online, a miało odbyć się stacjonarnie. To są kwestie istotne w pracy badacza, bo kontakt z innymi naukowcami pozwala na wymianę doświadczeń. Niestety teraz te możliwości są bardzo ograniczone. Poza tym, choć epidemia wpłynęła na wszystkich badaczy, w szczególny sposób dotknęła naukowczynie.
Dlaczego tak pani uważa?

Reklama
Tak wynika z głosów, które do mnie docierają ze środowiska naukowego (nie tylko polskiego) i osobistych rozmów z badaczkami. Sama zresztą to odczuwam. Publikacje na ten temat możemy też przeczytać w prestiżowych czasopismach jak np. „PNAS” (Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America), „Nature” i „Science”.
Epidemia uwypukliła dotychczasowe nierówności. Kobiety (nie tylko naukowczynie) są często ograniczone przez obowiązki rodzinne i opiekuńcze, które w naszym społeczeństwie są kulturowo im przypisane. Gdy z powodu epidemii zaczęły zamykać się m.in. żłobki i przedszkola, rodzice (głównie mamy) musieli podjąć obowiązki związane z opieką nad dziećmi, co często miało negatywny wpływ na ich pracę. Wiele badaczek musiało też prowadzić zajęcia zdalnie, których przygotowanie jest bardziej czasochłonne, trzeba bowiem dopasować przekaz do środka komunikacji. I na pracę naukową nie zostawało już wiele czasu. Skutek? Naukowczynie zaczęły wysyłać mniej niż mężczyźni tzw. preprintów, czyli artykułów publikowanych w internecie, czekających na weryfikację w celu publikacji w uznanych periodykach. Zaobserwowano to szczególnie w naukach ścisłych i biologicznych, ale jest jeszcze za wcześnie na wyciąganie z tego daleko idących wniosków.
Dlaczego w XXI w. to wciąż na kobiety spada większość obowiązków rodzinnych, nawet gdy są aktywne zawodowo jak ich partnerzy?
To są kwestie kulturowe oraz pokłosie tego, jak praca i podział obowiązków wyglądały historycznie. Nie uczymy naszych dzieci, że mama i tata są równorzędnymi opiekunami. Gdy mężczyzna chce wziąć urlop rodzicielski, spotyka się zwykle z niezrozumieniem. Z badań wynika, że dziś kobiety chcą pracować jak ich ojcowie i opiekować się dziećmi jak ich niepracujące matki. Często mają wyrzuty sumienia, że posyłają swoje pociechy do placówek opiekuńczo-wychowawczych i nie poświęcają im wystarczająco dużo czasu. Same nakładają na siebie dodatkowe obowiązki domowe.
Podczas lockdownu można było zaobserwować, że na wideokonferencje mężczyźni często logowali się na tle domowych bibliotek, a kobiety przy blacie w kuchni albo w salonie, z dzieckiem na rękach, na kolanach lub skaczącym dookoła.
Oczywiście problem godzenia pracy w domu z aktywnością zarobkową nie dotyczy tylko kobiet, ani tylko pracy badawczej. Sondaż Eurofound w kwietniu pokazał jednak, że kobiety częściej niż mężczyźni mają trudności ze skupieniem się na pracy z powodu rodziny, trudniej im znaleźć czas na pracę z powodu rodziny i czas na rodzinę z powodu pracy.
Jak pracodawcy podchodzili do naukowczyń, które oprócz obowiązków naukowych muszą zajmować się dziećmi?
Od kobiety, z którą niedawno rozmawiałam, usłyszałam, że pracodawca nie chciał dać jej ambitniejszych projektów. Argumentował, że gdyby znowu zostały zamknięte żłobki, mógłby mieć problem z realizacją zadań. Ja mam wyrozumiałego promotora, ale od innych badaczek słyszałam, że zarzuca się im wymawianie się dzieckiem.
Jakie to może mieć konsekwencje dla ich karier?
Kobiety w nauce to mniejszość. Na wczesnych etapach kariery, czyli doktoratu i stażu podoktorskiego, stanowią mniej więcej połowę. Niestety częściej niż mężczyźni rezygnują z tej ścieżki zawodowej. Do tego dochodzi kwestia czasu. Doktorat trwa 3–4 lata, następne staże zazwyczaj rok do trzech. Po tym czasie trzeba zabiegać o nowe, aby otrzymać kolejne środki. Epidemia trwa już pół roku, a będzie prawdopodobnie jeszcze dłużej, może więc się okazać, że to cały okres stażu takiej osoby. Naukowczyni nie będzie w stanie wykazać swoich osiągnięć w tym czasie, bo zwyczajnie jest mniej produktywna, niż by chciała. W konsekwencji jej widoki na dalszą karierę bardzo spadają.
Czy z powodu epidemii zjawisko dziurawego rurociągu (to pojęcie opisujące odpadanie kobiet z nauki na różnych etapach kariery) może się jeszcze pogłębić?
Będzie można to rzetelnie ocenić za kilka lat. Ale po sygnałach, które do mnie docierają, mogę stwierdzić, że istnieje takie ryzyko. To nie jest tak, że wszystko wróci do normy, gdy epidemia się skończy. Jeżeli kobiety zdecydują, że już nie chcą pracować w nauce, bo to środowisko nie jest dla nich przyjazne i pogodzenie kariery z wychowaniem dzieci jest coraz trudniejsze, to odejdą i nie wrócą.
A jak ta kwestia wygląda w innych krajach?
W USA temat jest mocno dyskutowany. W Australii powstał specjalny raport na temat wpływu koronawirusa na aktywność naukową kobiet. W Niemczech również powstały podobne publikacje. Ukazał się też preprint z Brazylii. O ile wiem, w Polsce nie przeprowadzono na ten temat jeszcze żadnych badań.
Dlaczego obecność kobiet w nauce jest ważna?
Tu nie chodzi tylko o to, żeby takie instytucje jak uniwersytety dawały wszystkim równe szanse, ale też o jakość nauki. Jeżeli kobiety będą rezygnować z przyczyn niemerytorycznych, będzie to strata dla całego sektora. Podkreśla się znaczenie zróżnicowanych zespołów i to nie tylko pod kątem płci, lecz także innych cech, np. narodowości, doświadczenia, wieku. Badania pokazują, że takie zespoły są bardziej efektywne i tworzą lepsze projekty. Zróżnicowane doświadczenie pozwala na dostrzeżenie różnych tematów badawczych i szukanie nowych wyjaśnień.
Doskonałym przykładem jest tu diagnostyka zawału, którego objawy są inne u kobiet i mężczyzn. Przez wiele lat w badaniach dominowały komórki, zwierzęta i ludzie rodzaju męskiego. Okazało się jednak, że niektóre leki, które w wyniku tych procesów powstają, nie działają na kobiety tak jak na mężczyzn, dawkowanie jest nieodpowiednie, a skutki uboczne są cięższe. Z analizy badań wynika, że kobiety częściej niż mężczyźni prowadzą badania na obu płciach. Co więcej, zachorowanie na korona wirusa przebiega inaczej u kobiety i mężczyzny. Zatem gdy badaczek zabraknie i jeśli w badaniach nie będzie rozróżnienia na płeć pacjentów, negatywne konsekwencje odczujemy wszyscy.
Jakie zmiany systemowe są potrzebne?
Wracamy do tych nierówności, które dotykają kobiety w nauce od dawna. Badaczki są obciążane większą liczbą zajęć dydaktycznych niż mężczyźni. Problemem jest też to, że czas zakładania rodziny przypada na okres, który jest pod względem rozwoju kariery naukowej najważniejszy. Dlatego takie rozwiązania jak zasiłek opiekuńczy są bardzo potrzebne. Nie rozwiązuje on jednak problemu kobiet w nauce długoterminowo. W czasie pobierania tego typu świadczeń przecież nie mogą pracować. A to oznacza brak publikacji, czyli gorsze perspektywy na przyszłość.
Zdarza się, że kobiety słyszą od swoich przełożonych, że zrobiły niewiele, podczas gdy ich koledzy, którzy też mają dzieci, wykonali większą pracę. W niektórych środowiskach naukowych pojawia się jednak polityka Achievement relative to opportunity (osiągnięcia w stosunku do możliwości), które zachęcają do ważenia dorobku danego człowieka na podstawie analizy jego szans na osiągnięcie konkretnych rezultatów.
Fundacja 500 Women Scientists publikuje wiele rekomendacji dotyczących tego, jak zapewnić równość płci w nauce. Jednym z nich jest stworzenie środowiska, które jest przyjazne rodzicom. Na przykład, żeby mógł on przyjść z dzieckiem na spotkanie, które musi odbyć osobiście. Kolejna kwestia to większa elastyczność, jeżeli chodzi o czas pracy. Postuluje się też zatrudnienie dodatkowych asystentów, żeby osoby (przede wszystkim kobiety), które zajmują się pracą badawczą, mogły skupić się tylko na niej, a nie na kwestiach administracyjnych. Jeżeli zatrudnimy jako asystentów studentów, przy okazji będą oni mogli uczyć się, jak się robi naukę w praktyce, co w konsekwencji ułatwi im wejście w to środowisko. Można również zastanowić się nad powołaniem specjalnej komisji, która oceni, jak w danych jednostkach naukowych epidemia wpłynęła na sytuację różnych osób. Ważna też jest zmiana podejścia – należy przestać traktować urlop macierzyński i rodzicielski jako dziurę w życiorysie.
Problem w tym, że wdrożenie tych i innych proponowanych rozwiązań wiąże się z dodatkowymi funduszami. A my spodziewamy się kryzysu i recesji. Nie jest to jednak coś, z czym możemy zwlekać. Już teraz musimy zadbać o to, aby utrzymać młode badaczki w nauce.