DGP dotarł do projektu kompleksowej nowelizacji ustawy o ratownictwie medycznym. Resort przewidział w niej m.in. zmiany w funkcjonowaniu karetek. O dziesięć minut wydłuży się czas ich dojazdu do pacjenta poza miastem.

Oznacza to, że skróci się tzw. złota godzina, czyli okres, podczas którego ofiara wypadku powinna trafić na stół operacyjny, jeśli ma przeżyć.

Obecne przepisy przewidują, że karetka na miejsce zdarzenia powinna dotrzeć najpóźniej w ciągu 15 minut od przyjęcia zgłoszenia w mieście powyżej 10 tys. mieszkańców oraz 20 minut poza nim. Resort zdrowia chce wydłużyć czas dojazdu karetki poza miastem do pół godziny.

– Jedynym wytłumaczeniem takiej zmiany jest chęć obniżenia kosztów systemu. Wydłużenie czasu dojazdu zespołów oznacza, że może być ich mniej – komentuje Lech Kubera, wicedyrektor wydziału bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy.

Zwiększona zostanie także tolerancja dla przypadków, gdy karetce nie udało się dotrzeć na czas. Obecne przepisy dopuszczają przekroczenie maksymalnego czasu przyjazdu karetki w przypadku 0,5 proc. wyjazdów. W nowelizacji ten współczynnik zostanie zwiększony do 5 proc. Jarosław Gucwa, ekspert ds. ratownictwa medycznego, podkreśla, że to odstępstwo zostało przewidziane w ustawie dla sytuacji nadzwyczajnych, takich jak np. awaria karetki. – Zwiększenie tego parametru dziesięciokrotnie jest przyznaniem się przez ministra zdrowia do tego, że nie stać nas na zapewnienie dotychczasowego standardu – podkreśla.

W noweli znalazł się też zapis, zgodnie z którym karetki specjalistyczne (czyli mające w obsadzie lekarza, a nie ratownika medycznego) muszą stanowić co najmniej 30 proc. wszystkich, którymi wojewoda dysponuje na swoim terenie. Przepisy dotychczas nie precyzowały, w co którym ambulansie musi jeździć lekarz.

W niektórych województwach wojewodowie próbowali w ten sposób oszczędzać, ponieważ zespół z ratownikiem medycznym kosztuje mniej. Efekty takich oszczędności bywają jednak tragiczne. W lutym do ciężarnej kobiety w Nysie została wysłana karetka bez lekarza. Ratownik medyczny nie był uprawniony do wykonywania czynności medycznych, których w drodze do szpitala potrzebowała kobieta. Pacjentka zmarła.

Jednak zdaniem prof. Juliusza Jakubaszki, eksperta z dziedziny ratownictwa medycznego, zapis nie musi wyjść systemowi na dobre.

– Idealnie jest, gdy zespoły specjalistyczne stanowią połowę wszystkich – uważa ekspert. Już teraz w większości województw współczynnik jest wyższy, np. w kujawsko-pomorskim wynosi 39 proc., a po zmianie prawa wojewodowie, szukając oszczędności, mogą chcieć go obniżyć do wartości proponowanej w noweli ustawy.

Nowe przepisy zmienią także zasady finansowania szpitalnych oddziałów ratunkowych (SOR). Resort zdrowia proponuje, żeby zostały one podzielone na trzy kategorie. Od tego, do której trafi dany oddział, będzie zależał poziom finansowania. Kategoria SOR będzie zależała od liczby pacjentów przyjmowanych w stanie zagrożenia zdrowotnego. Oddział, do którego trafia średnio na dobę w ciągu roku do 50 takich chorych, będzie miał przyznaną najsłabiej finansowaną kategorię. Wyższą uzyska ten, który ma powyżej 50 takich chorych na dobę. Najlepiej będą finansowane centra urazowe, które zajmują się leczeniem najciężej poszkodowanych w wypadkach.

Zdaniem Juliusza Jakubaszki nowe zasady nie poprawią finansowania SOR, bo dla sytuacji finansowej danego oddziału ważniejsza niż liczba pacjentów jest liczba wykonywanych w nim procedur. Każda z nich powinna mieć osobną wycenę.

Obecnie NFZ, rozliczając się z oddziałami, stosuje stawkę dobową. Jest ona wyliczana indywidualnie dla każdej placówki na podstawie algorytmu, który uwzględnia m.in. średnią dobową liczbę pacjentów przyjętych w poprzednim okresie rozliczeniowym. Taki sposób finansowania powoduje, że szpitale ponoszą straty. Przykładowo Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Łodzi otrzymuje zryczałtowaną stawkę dobową w wysokości 15 tys. zł, a swoje rzeczywiste koszty realizacji świadczeń w SOR szacuje na 21 tys. zł.

– Być może kategoryzacja SOR rozwiąże ten problem, ale wszystko zależy od szczegółowych rozwiązań – podkreśla Dariusz Timler, wicedyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Łodzi.