Zdaniem niektórych ekspertów koniecznie należy ograniczyć uprawnienia przysługujące zatrudnionym na czas nieokreślony, a inni twierdzą, że to zamach na godność pracownika. Jedni chcą podwyżki płacy minimalnej, pozostali – cięcia kosztów pracy. Czy da się zracjonalizować te dalekosiężne i tak różne zamiary? Na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi, bo i dialog rządu ze związkami zawodowymi oraz pracodawcami – delikatnie mówiąc – do najprostszych nie należy. Dlatego, choć od lat do kodeksu pracy wprowadza się wiele zmian, to wciąż z upływem czasu staje się on coraz bardziej niedostosowany do potrzeb zmieniającego się rynku pracy.

W tym kontekście kusząca jest perspektywa oddania władzy w ręce niepowiązanych z nikim specjalistów. A więc technicznemu rządowi, o powołanie którego zawsze stara się każda opozycja (zarzucając rządzącym nieudolność). W sferze zatrudnienia rolę taką mogłaby pełnić Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy, której powołanie zapowiedział nowy resort rodziny, pracy i polityki społecznej. Ma ona wesprzeć rząd w przygotowywaniu ważnych zmian w prawie pracy. Teoretycznie idea jest jak najbardziej słuszna – zdając sobie sprawę ze złożoności nowoczesnych stosunków zatrudnienia, władza chce skorzystać z doświadczenia i rady wybitnych prawników-specjalistów. I dać im możliwość przygotowania merytorycznych rozwiązań, które będą do zaakceptowania przez wszystkie strony dialogu społecznego. Po raz ostatni komisja funkcjonowała w latach 2002–2006. Owocem jej ówczesnej działalności są dwa projekty nowych kodeksów pracy (zbiorowych i indywidualnych stosunków pracy). Zakładają one wiele ciekawych i kompromisowych rozwiązań, jak chociażby przyznanie niektórych uprawnień pracowniczych osobom zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych (ale bez przesadnego obciążenia pracodawców).

W praktyce jednak ocena użyteczności takiego gremium będzie dokonywana na podstawie jednego kryterium: woli do realizowania pomysłów zgłaszanych przez osoby, które na prawie pracy się znają, ale nie mają wpływu na decyzje polityczne. Jeśli nie zabraknie jej rządzącym, może być to szansa na przeprowadzenie naprawdę gruntownych zmian dotyczących zatrudnienia. Jeśli zaś okaże się, że komisja to tylko listek figowy dla wprowadzania pomysłów nowego resortu, jej działalność skończy się tak, jak ostatnim razem. Czyli schowaniem przygotowanych przez nią projektów do ministerialnej szuflady i udawaniem, że problemów na rynku zatrudnienia nie ma. A techniczny rząd w prawie pracy stanie się co najwyżej izbą refleksji.