Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami 1 lutego Ruch Śląsk, czyli część kopalni Wujek należącej do Polskiej Grupy Górniczej, zakończy pracę i zostanie przeznaczona do likwidacji w Spółce Restrukturyzacji Kopalń.

Do wyboru: odprawa albo urlop

Zgodnie z prawem notyfikowanym ponad rok temu w UE załoga zamykanej kopalni może skorzystać ze świadczeń socjalnych opłacanych z budżetu państwa. To jednorazowe odprawy pieniężne (sięgające ok. 70 tys. zł) lub tzw. urlopy górnicze dla tych, którym do emerytury zostały cztery lub mniej lat (wypłata 75 proc. pensji należnej do momentu przejścia na emeryturę bez zakazu podjęcia pracy poza górnictwem).

W Ruchu Śląsk, jak ustalił DGP, o urlopy górnicze toczy się walka na skalę niespotykaną jak dotąd przy okazji likwidacji kopalń (np. Krupiński czy Makoszowy).

– Na Ruch Śląsk przenoszeni są ludzie z innych zakładów, np. Wesołej czy Wujka, żeby mogli skorzystać z urlopów, a nam, pracownikom Ruchu Śląsk, proponuje się przejście do innych kopalń, mimo iż mamy uprawnienia do tych świadczeń – mówi DGP Marek Rozmus, górnik likwidowanej kopalni. – Przecież to bez sensu, bo te świadczenia są płacone nie przez kopalnię, nie przez Polską Grupę Górniczą, do której należy, a z budżetu państwa – przypomina.

Rozmus ma już za sobą zamknięcie pod koniec 2015 r. zakładu Boże Dary, gdzie poprzednio pracował. – Wtedy lista urlopowa była jawna, każdy znał swoją przyszłość, a teraz mamy dwa tygodnie do zamknięcia kopalni i kilkadziesiąt osób nie wie, co ma 1 lutego ze sobą zrobić! – denerwuje się.

Wtóruje mu Marcin Waliszewski, górnik-ratownik z ponad 23-letnim stażem. – Jak do SRK szła część kopalni Wieczorek, też nie było problemów, a teraz mamy do czynienia z przedziwnymi układami – mówi DGP.

Obydwaj górnicy, Waliszewski i Rozmus, opowiadają, że docierają do nich informacje, jakoby za miejsce na liście na urlop górniczy trzeba było zapłacić kilka tysięcy złotych albo że dostają je krewni i znajomi królika.

Milczą – właściciel, likwidator i ministerstwo

Zapytaliśmy Polską Grupę Górniczą, do której należy przeznaczona do likwidacji kopalnia, o te wydarzenia i o zasady ustalania list urlopowych. Nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Sprawy mimo prośby DGP nie skomentowało także Ministerstwo Energii nadzorujące sektor węgla kamiennego.

W Ruchu Śląsk do urlopów górniczych uprawnionych było około 165 osób. Wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski wielokrotnie podkreślał, że w przypadku likwidacji kopalń wszystkie osoby uprawnione do świadczeń będą mogły z nich skorzystać. I faktycznie do teraz to się udawało, a każde przekazanie likwidowanej kopalni do Spółki Restrukturyzacji Kopalń (SRK) kończyło się dla załogi w miarę bezboleśnie.

Spróbowaliśmy więc zasięgnąć informacji w SRK, która przejmie Ruch Śląsk. Spytaliśmy, czy wiadomo, jaka część załogi będzie niezbędna do prac przy likwidacji kopalni, i czy wiadomo, ile osób skorzysta finalnie z urlopów górniczych. Odpowiedzi nie dostaliśmy.

– Z tych 165 osób w naszym zakładzie, które mogły iść na urlop górniczy, ponad połowa została zmuszona przez zastraszanie do podpisania zgody na alokację do innej kopalni – twierdzi Waliszewski. – Pisaliśmy pisma do pracodawcy z prośbą o wyjaśnienie sprawy, bo czasu jest naprawdę mało, ale nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi – dodaje.

Dlaczego spółka nie chce puszczać załogi na urlopy górnicze, skoro to nie ona ponosi ich koszty? Zdaniem naszych rozmówców koronnym argumentem jest brak ludzi, zwłaszcza doświadczonych, w innych kopalniach tego największego w Polsce producenta węgla kamiennego. – Ciekawe tylko, że ludzi przenoszą np. do Staszica i Wesołej, które praktycznie nie fedrują i cierpią na przerost załogi – zauważa Rozmus. Jak już pisaliśmy w DGP, Polska Grupa Górnicza ma poważne problemy z realizacją zaplanowanego wydobycia. W kopalniach Staszic i Wesoła powodem były przyczyny naturalne – w pierwszej były dwa pożary, w drugiej podziemne wstrząsy.