Jabłka jako produkt zaawansowany technologicznie? Cóż, sam owoc może nie, ale do jego produkcji i dystrybucji na masową skalę potrzeba zaskakująco innowacyjnych urządzeń, kamer, komputerów i skomplikowanych programów. Takich, które np. potrafią automatycznie ocenić, który owoc ma idealny kształt, kolor i twardość, w związku z czym nadaje się do sprzedaży jako deserowy. Czyli najdroższy i najbardziej pożądany przez klientów. W takiej nietypowej i dokładnej selekcji jabłek wyspecjalizowała się radomska firma Sorter. Jej produkty zaspokajają żądania najbardziej kapryśnych sieci handlowych.

– Rosnące wymagania naszych klientów podyktowane są rosnącymi wymaganiami ich odbiorców, m.in. sieci handlowych, które chcą owoców w ustandaryzowanych rozmiarach – tłumaczy Michał Ziomek, współzałożyciel Sortera. – Nasze urządzenia są w stanie odróżnić jabłka duże od małych, czerwone od zielonych, dobre od zgniłych – zapewnia.

Podstawową funkcją współczesnych linii sortowniczych jest więc przeprowadzanie door selection dla owoców. Do urządzenia trafiają one prosto ze skrzyń, z których każda mieści od 200 do 300 kg owoców. Proces selekcji odbywa się przy użyciu kamer, dzięki którym komputer sterujący jest w stanie ocenić ich główne parametry – wielkość i kolor. Na końcu owoce, w zależności od tego, do jakiej kategorii zostały przyporządkowane, trafiają do odpowiednich „bramek”.

Pomimo tego, że takie nowoczesne linie sortownicze wytwarza kilka dużych, uznanych światowych producentów, to Sorterowi udało się szturmem podbić polski rynek. W ciągu czterech lat istnienia radomska firma pokazała globalnym czempionom (z których najwięksi to francuska Maf Roda i holenderskie Geefa i Weta), że na polskim rynku wyrosła im poważna konkurencja. Teraz Sorter mocno pracuje nad podgryzieniem gigantów także na rynkach światowych. Kierunkiem ekspansji ma być Wschód i firma ma już na tym polu pierwsze sukcesy – jej sortownie trafiły do Estonii i Rosji.

Zanim Michał Ziomek i Konrad Grzeszczyk założyli Sortera, mieli okazję podpatrywać, jak tego typu urządzenia działają. Ziomek pracował w firmie ojca, która dostarczała m.in. części zamienne do linii sortowniczych, zaś Grzeszczyk pracował w serwisie tych urządzeń jako informatyk. Razem zaczęli się zastanawiać, jak to możliwe, że w kraju będącym światowym potentatem w produkcji jabłek (niedawno wskoczyliśmy na pierwsze miejsce) nie istnieje żadna silna konkurencja dla światowych graczy. – Postanowiliśmy porwać się z motyką na słońce i zaproponować sortownie własnej produkcji – wspomina Ziomek.

Jak się okazało, przedsięwzięcie wcale nie było trudne w realizacji. W pewnym sensie Sorter działa jak montażysta – bierze istniejące już na rynku komponenty i integruje je w całość. Większość części, z jakich składa się linia sortownicza, produkowana jest masowo, chociażby przez takie firmy jak Mitsubishi. Oprogramowanie sterujące pracą linii zapewnia holenderska firma informatyczna, która oferuje takie produkty także innym producentom. A elementy, których twórcy Sortera nie mogli zdobyć w sklepach, wykonała firma ojca Ziomka, specjalizująca się w obróbce metali.

Uzbrojeni w know-how właściciele Sortera rozpoczęli poszukiwania producenta owoców, który przymierzał się do wymiany linii sortowniczej. – Pierwszemu klientowi nie byliśmy w stanie zaoferować nic poza projektem na papierze – wspomina Ziomek. Udało im się go jednak skusić znacznie niższą niż u konkurencji ceną, usługami serwisowymi 24/7 (sortownie czasami muszą działać o bardzo dziwnych porach), a także faktem, że produkt miał być „made in Poland”. Linia numer jeden działa do dziś, stanowiąc dla Sortera – jak to mówi prezes – urządzenie referencyjne.

Przez następne cztery lata firma z Radomia z łatwością odbijała zagranicznym konkurentom kolejnych klientów. Jej kadra rozrosła się z kilku do 40 osób. A wliczając kooperantów, Sorter zapewnia pracę blisko 200 osobom. Produkcja obejmuje bardzo różne typy sortowni – od małych, obsługujących tylko dwie tony owoców na godzinę, do wielkich instalacji o powierzchni hektara, które są w stanie obsłużyć co godzinę ładunek tira, czyli posegregować 20 ton jabłek. Rozszerzył się też katalog obsługiwanych owoców: oprócz jabłek sortownie radomskiej firmy mogą oddzielać czereśnie, śliwki, a w trakcie wdrażania jest linia do sortowania gruszek, a nawet papryki.

Sorter nie spoczywa na laurach. Kiedy wytwórca oprogramowania obsługującego mózg sortowni zaczął przymierzać się do produkcji takich urządzeń, radomska firma zainwestowała we własne oprogramowanie. – Pracujemy nad automatycznym manipulatorem, który będzie samodzielnie odbierał owoce z linii sortowniczej i umieszczał w opakowaniach – zdradza Ziomek. Projekt wysoko oceniło Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które przeznaczyło na niego prawie 10 mln zł.

Ten patent ma dać Sorterowi ogromną przewagę nad konkurentami, przede wszystkim na rynkach zagranicznych. Ziomek i Grzeszczyk już szukają partnerów w Serbii. Ale ich aspiracje sięgają jeszcze dalej – chcą dotrzeć do krajów, w których produkuje się cytrusy. Niewykluczone zatem, że niedługo maszyny z Radomia będą mierzyły kąt bananów, kwaśność cytryn oraz liczbę pestek w mandarynkach. A Ziomek i Grzeszczyk będą liczyli kokosowe zyski.