Spójrz tylko, co moja żona z córkami kupiły za fantastyczny produkt finansowy – stary przyjaciel, jednocześnie klient mec. Anny Lengiewicz, był wyraźnie poirytowany, wyciągając z aktówki papiery. Tłumaczył: kobiety wpłaciły 5 tys. zł w coś, co miało być ubezpieczeniem, zarazem bezpieczną lokatą na przyszłość. Po roku okazało się, że kwota stopniała do 3,5 tys. zł, a ubezpieczyciel żąda, aby wpłacić kolejne 5 tys., bo inaczej stracą wszystko tytułem „opłaty likwidacyjnej”. – Nie jestem idiotą, nie dam już im ani grosza. Ale to wielki skandal, trzeba coś z tym zrobić – mówił. Prawniczka słuchała z zainteresowaniem.

Lengiewicz, która jest współwłaścicielką kancelarii LWB, do tej pory zajmowała się niemal wyłącznie sprawami gospodarczymi oraz doradzała firmom. Niejedną bardzo skomplikowaną umowę widziała w życiu. Ale ten „produkt” był szczególny – na jego analizie spędziła wiele nocy. W końcu podjęła się zadania i po 3,5 roku udało się jej uzyskać prawomocny wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie, uznający za bezprawne pobieranie opłaty likwidacyjnej przez Aegon Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA – bo właśnie w tej firmie żona jej pierwszego klienta zakupiła owo ubezpieczenie. Ale to nie koniec.

Kancelaria przygotowała i złożyła w imieniu 168 klientów w Sądzie Okręgowym w Warszawie pozew zbiorowy przeciwko Aegon TU na Życie SA (kolejne 40 osób zamierza do niego dołączyć) – domagają się zwrotu opłat likwidacyjnych. W przygotowaniu są kolejne pozwy. Drugi będzie dotyczył ustalenia, że klauzula o opłatach likwidacyjnych nie wiąże, czyli ubezpieczycielowi nie wolno ich pobierać. Trzeci będzie związany z ubezpieczeniami grupowymi na życie. A potem przyjdzie kolej na pozwy przeciwko kolejnym firmom – Skandii, Axie, Generali, Nordei, Europie, Copmpensie, Open Life. Skala przedsięwzięcia jest ogromna. Ale też wielka jest skala ludzkich tragedii, straconych majątków, złamanych żyć. Ilu osób dotyczy, trudno oszacować. Pewnie kilkuset tysięcy Polaków, którzy zainwestowali pieniądze w coś, czego nie rozumieli, ale wierzyli, że będzie ich zabezpieczeniem na przyszłość, wierzyli instytucjom zaufania publicznego. Mówi się, że tylko Aegon sprzedał ok. 170 tys. osobom swoje ubezpieczeniowe „produkty”.

„Aegon Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA otrzymało oficjalne powiadomienie ze strony sądu, informujące o złożonym wniosku, który dotyczy pozwu zbiorowego. Obecnie podejmujemy działania, które umożliwią nam zbadanie zasadności zgłaszanych roszczeń” – napisała firma w oświadczeniu dla prasy. Jest w nim jeszcze i to, że „poczucie stabilności i bezpieczeństwa obecnych oraz przyszłych klientów jest naszym priorytetem”.

Jak to działało i działa

Aby zrozumieć mechanizm, który sprawił, że tyle osób podpisało niekorzystne dla nich umowy, posłużmy się kolejnym przykładem z akt.

Pewna kobieta dostała spadek, dużą dla niej kwotę 100 tys. zł. Przedsiębiorcza, zaradna, nie chciała przejeść pieniędzy. Postanowiła je zainwestować, a że sama się nie bardzo orientowała, udała się do doradcy finansowego. Ten zaczął namawiać ją na „fantastyczny produkt”, dzięki któremu na starość nie będzie musiała się martwić o pieniądze. Rysował na kartce wykresy, pokazywał kolorowe katalogi, w których roiło się od uśmiechniętych twarzy, wyliczał kilkucyfrowe stopy zysku. Podpisała umowę. Po roku dostała pismo, w którym firma wzywała ją do zapłaty kolejnej raty – 100 tys. zł. Oniemiała. Kiedy spotykała się z doradcą, poinformowała, że to spadek, sama miała o wiele mniejsze dochody. O tym, że co roku będzie musiała wpłacać taką samą kwotę, nie było mowy. Ani o tym, że jeśli nie będzie jej stać albo jeśli zechce zlikwidować lokatę, będzie musiała uiścić „opłatę manipulacyjną” wynoszącą 100 proc. kwoty, którą miała na koncie. Teraz okazało się, że jej spadek przeszedł na rzecz firmy ubezpieczeniowej, której zaufała.

Nie czytała umowy? Na słowo zawierzyła obcemu człowiekowi? Moja pierwsza refleksja – dobrze jej tak. Ponosimy konsekwencje swoich decyzji, głupota kosztuje. – Nie ma prawa zabraniającego ludziom podpisywać umowy, w których zrzekają się praw do własnych pieniędzy, a innym brać tego, co im ktoś podaruje – mówię.

Mecenas Lengiewicz macha niecierpliwie ręką. – Wśród naszych klientów są prości ludzie, ale także bardzo dobrze wykształceni. Prawnicy i ekonomiści – mówi. I tłumaczy, że oni wszyscy zostali wprowadzeni w błąd. Doradcy mówili im to, co ci chcieli usłyszeć – o zyskach. O ryzyku, wysokich opłatach manipulacyjnych, możliwości straty nie wspominali albo robili to w taki sposób, aby bagatelizować te kwestie. W dodatku powszechną praktyką było to, że klient nie dostawał do ręki OWU, czyli ogólnych warunków ubezpieczenia. – Tłumaczono im, że są one integralną częścią polisy, więc razem z nią przyjdą pocztą. I przychodziły, ale po upływie miesiąca. Wtedy było już za późno, żeby człowiek wycofał się z umowy, bo zgodnie z prawem ma na to tylko 30 dni – wyjaśnia prawniczka. A jeśli nawet dostali wcześniej do ręki taki dokument, nie mieli wiedzy, żeby go zrozumieć. Był sporządzony w tak pokrętny sposób, że potrzebowaliby kilku dni i pomocy dobrego prawnika. A mieli na to np. 15 minut.

– Zwyczajny człowiek jest bezradny w starciu z firmą. Ta ma do dyspozycji wielkie środki finansowe, najlepszych prawników. Trudno mieć pretensje do inżyniera, jeśli odkurzacz, który kupi, okaże się szmelcem. Ubezpieczenie na życie jest czymś, co każdy rozsądny człowiek chce dziś kupić. I tak jak kupując odkurzacz, ufa, że firma dokonała wszelkich starań, aby był jak najlepszy, tak samo kupując polisę, wierzy, że jest to coś, co mu pomoże w trudnych chwilach, a nie ograbi – tłumaczy.

Kiedy nastąpi zetknięcie takiego klienta z firmą reprezentowaną przez świetnie wyszkolonego specjalistę do spraw sprzedaży, efekt jest łatwy do przewidzenia.

Ni pies, ni wydra

Żeby być dobrze zrozumianym: ubezpieczenia na życie i na dożycie są potrzebne. Od lat funkcjonują z pożytkiem dla klientów i firm je oferujących. Ich mechanizm jest prosty i dobrze znany. Klient co jakiś czas wpłaca ubezpieczycielowi pewną kwotę pieniędzy. W zamian zyskuje pewność, że np. w razie nieszczęśliwego wypadku on sam lub jego bliscy dostaną określoną sumę pieniędzy. Ubezpieczenia, zwłaszcza na życie, jako bardzo wrażliwy produkt związany z egzystencją ludzką, są obwarowane rygorystycznymi przepisami, krajowymi i unijnymi. Doradcy ubezpieczeniowi muszą nie tylko zdać trudne egzaminy, ale jako osoby zaufania publicznego w swoją pracę mają wpisany etos dbania o dobro klientów. Muszą ich informować o wszystkich szczegółach zawieranych umów, tłumaczyć niejasności. Tak było do momentu, kiedy pojawił się nowy produkt: indywidualne ubezpieczenie na życie z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi (UFK). Nazwa brzmi podobnie, gwarantuje pewność i bezpieczeństwo, ale to już nie jest to samo.

Bo jak to działa? Oferuje się klientowi ubezpieczenie, które przedstawia się jako długoterminowy produkt oszczędnościowo-inwestycyjny, bezpieczny i zyskowny z roczną stopą zysku sięgającą nawet 15 proc. O ryzyku nikt nie informuje. Następnie tylko nieznaczna część składki jest przekazywana na ubezpieczenie, gros inwestowane w UFK. Klient dostaje dostęp do aplikacji komputerowej i ma sam sobie zarządzać swoimi pieniędzmi. Przy czym firma pobiera wysokie opłaty – za wszystko. Za dostęp do aplikacji, za każdą operację, którą wykona klient itp. Do tego dochodzi normalne ryzyko rynkowe. To dlatego z 5 tys. pierwszego klienta po roku zrobiło się 3,5 tys. zł. Kiedy człowiek zorientuje się, w czym rzecz, i chce się wycofać, dowiaduje się o „opłacie likwidacyjnej”, w zależności od firmy wahającej się między 90 a 100 proc. w pierwszych latach. Potem spada ona np. do 60 proc. i dopiero po 10 lub 25 latach wynosi 0.

To tylko mechanizm, bo tego typu produktów jest mnóstwo, szytych na miarę zasobności portfeli klientów. Aegon miał ponad 50 wzorców umów, Skandia kilkanaście. Są produkty VIP-owskie, gdzie klient wpłaca np. po 5–10 tys. miesięcznie. Są też dla ubogich zjadaczy chleba, ze składką np. 100 zł co 30 dni. Łączy je to, że w zasadzie każdy na nich traci.

Polisy oferują osoby, które nie mają licencji pośredników ubezpieczeniowych i w dodatku są lojalne wobec firmy i jej zysków, a nie wobec klienta

Ale te indywidualne ubezpieczenia to jeszcze nic. O wiele ryzykowniejsze i dziwniejsze, żeby nie użyć innego słowa, są grupowe ubezpieczenia na życie z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi. Rzecz w tym, że tutaj klient nie jest nawet stroną umowy. Nie ma żadnych praw. No poza tym, że ma prawo przystąpić i płacić. Jeśli przy tych indywidualnych ma prawo domagać się pokazania przed podpisaniem umowy OWU (i albo dostanie, albo nie), tutaj może sobie o tym tylko pomarzyć. Jak to działa? Konsument podpisuje deklarację przystąpienia do ubezpieczenia, którą składa różnego rodzaju pośrednikom: bankom, firmom doradztwa finansowego, brokerom etc., i nie ma dostępu do umowy zawartej pomiędzy ubezpieczycielem a pośrednikiem, bo jest ona tajna. Otrzymuje jedynie wyciąg z tejże umowy, z którego wynikają jedynie jego obowiązki, głównie do płacenia składki. Nie dostał jej nawet rzecznik ubezpieczonych, choć o to prosił. Tym bardziej nie dostanie Kowalski czy Nowak. Może liczyć co najwyżej na prospekt reklamowy lub ulotkę. Nie dostaje też polisy. Ma tylko certyfikat o przystąpieniu do ubezpieczenia grupowego. Różnica między grupowymi a indywidualnymi jest jeszcze taka, że w grupowych klient sam nie zarządza inwestowaną w UFK kwotą. Robią to za niego inni, pobierając sowite opłaty, ale z różnym skutkiem. Oczywiście w każdej chwili można się wycofać, tylko trzeba zapłacić opłatę likwidacyjną. – Ludzie są w pułapce. Widzą, że tracą pieniądze, ale kiedy zerwą umowę, stracą wszystko lub znaczną część oszczędności życia. Więc część płaci, mając nadzieję na cud – kwituje prawniczka.

Jej zdaniem w przypadku tych produktów obchodzone jest, jeśli nie łamane prawo. Bo po pierwsze, choć wcześniej forma ubezpieczenia grupowego także była znana, ale zawsze dotyczyła konkretnego zdarzenia i grupy ludzi – np. pracodawca ubezpiecza swoich pracowników, przewoźnik pasażerów, spedytor przewożone bagaże. A co łączy ludzi, którzy przystępują do grupowego ubezpieczenia w UFK? – De facto pośrednik, czyli np. bank, jest tutaj ubezpieczającym. Bierze zresztą za to wysoką prowizję – mówi mecenas. Jak wysoką, nie wiadomo, bo umowy są tajne. Na rynku mówi się, że prowizja wynosi tyle, ile roczna składka złapanego na taką polisę człowieka. Zresztą same firmy tłumaczą wysokość opłat likwidacyjnych tym, że w razie wycofania się klienta muszą zwracać prowizję, którą za niego wzięli pośrednicy.

– To obejście przepisów o pośrednictwie ubezpieczeniowym – irytuje się prawniczka. Nie dość, że polisy oferują osoby, które nie mają licencji pośredników ubezpieczeniowych, w dodatku są lojalne wobec firmy i jej zysków, a nie wobec klienta.

Jest jeszcze trzecia grupa produktów oferowanych klientom, znana pod nazwą polisolokat wieloletnich. Przedstawianych nie tylko jako skuteczne narzędzie do pomnażania pieniędzy, ale także dających korzyści podatkowe. W ich przypadku wpłaca się tylko jedną ratę, odpowiednio wysoką. Przy czym opłatę za zarządzanie nią uiszcza się z góry za 10 lat. To, bagatela, jakieś 30 proc. od całości wpłaconej kwoty. – W przypadku jednego z ubezpieczycieli pierwsze notowania towarzystw ubezpieczeniowych były takie, że po miesiącu ludzie mieli na kontach już tylko połowę wpłaconej kwoty. Po trzech latach zostało im zaledwie 25–30 proc. – opisuje mec. Lengiewicz.

Pewne jak w banku

Tym, co może oburzać, jest fakt, że w procederze biorą udział – jako pośrednicy – banki. Te wykorzystują lukę prawną w polskich przepisach. Bo jeśli produkty stricte ubezpieczeniowe obwarowane są ścisłymi przepisami, jeśli nad inwestycjami czuwają nawet unijne dyrektywy, to produkty ubezpieczeniowo-inwestycyjne nie są nimi objęte. Wspomina o nich jedynie art. 13 ustawy o działalności ubezpieczeniowej. Mówiąc inaczej: w rzeczywistości nie są w ogóle uregulowane. Czyli hulaj dusza, piekła nie ma. Nie ma nadzoru. Nie ma limitów. O problemie z UFK, nagannych praktykach, skargach ludzi traktuje obszerny raport rzecznika ubezpieczonych z 2012 r. (rzu.gov.pl/pdf/Raport_UFK.pdf). Wątpliwości co do takich praktyk wielokrotnie wyrażał przewodniczący KNF. I co? Jest jak było.

– Choć przy okazji sprawy pierwszego klienta udało się wpisać zawyżone opłaty likwidacyjne na listę klauzul abuzywnych, czyli niedozwolonych, wciąż umowy z takimi opłatami likwidacyjnymi są zawierane – relacjonuje mec. Anna Lengiewicz. Mało tego, choć wygrali przed sądem, Aegon do tej pory nie zwrócił jego żonie i córkom nieprawnie zabranych pieniędzy. Trwa korespondencja. – Tymczasem gdyby prezes UOKiK chciał, ma narzędzia, by ukrócić takie praktyki – tłumaczy prawniczka. Tak jak zrobił to np. w przypadku deweloperów, uznając opłaty pobierane przez nich za odstąpienie od umowy przez klienta za zbyt wygórowane. Trwają rozmowy, 4 proc. nie przeszło, zapewne skończy się na 2 proc. A w przypadku polisolokat w grę wchodzi nawet 100 proc.!

Zapytałam UOKiK o stanowisko. Rzecznik Małgorzata Cieloch odpowiedziała: „W tej chwili prowadzimy kilka postępowań – większość to postępowania wyjaśniające (sprawdzamy, czy doszło do naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, gromadzimy skargi konsumentów, analizujemy wzorce umowne, regulaminy, tabele opłat i prowizji). Postępowania dotyczą zarówno umów indywidualnych, jak i grupowych. W tych działaniach przyglądamy się różnym produktom inwestycyjnym dystrybuowanym przez różnych przedsiębiorców (banki, ubezpieczycieli, pośredników), warunkom w umowach i regulaminach, materiałom reklamowym, a także metodom oferowania tych produktów – ich sprzedaży.

Ludzie są w pułapce. Widzą, że tracą pieniądze, ale kiedy zerwą umowę, stracą wszystko lub znaczną część oszczędności życia. Więc część płaci, mając nadzieję na cud

Jeśli chodzi o opłaty likwidacyjne – w ostatnich dniach roku wszczęliśmy postępowanie administracyjne dotyczące działań jednego z ubezpieczycieli. Kwestionujemy przede wszystkim stosowanie nieekwiwalentnych opłat likwidacyjnych za wycofanie środków pieniężnych zainwestowanych np. w ubezpieczenie na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym. Ze wstępnej analizy dokumentów ponadto nie wynika, że w hipotetycznym przypadku wypowiedzenia umowy przez ubezpieczyciela, konsumenci nie mogliby liczyć na podobne opłaty. W związku z tym, że przedsiębiorca nie otrzymał jeszcze postanowienia o wszczęciu, nie mogę podać, wobec kogo zostało ono wszczęte”. I tyle.

W zasadzie jedynie KNF stara się położyć tamę niekorzystnym dla klientów praktykom. Widząc, że nie ma co liczyć na samoregulację branży w tym zakresie, przygotował projekt rekomendacji dotyczącej dobrych praktyk w zakresie bancassurance. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, ma wejść w życie do listopada.

Problemy z „produktami” ubezpieczeniowo-inwestycyjnymi miały wszystkie kraje Wspólnoty. Tyle że większość już sobie z nimi poradziła. W Niemczech np. klauzule o opłatach likwidacyjnych (m.in. w firmach Deutscher Ring, Generali, Allianz, Iduna) zaskarżyła do sądu tamtejsza izba gospodarcza. Wyrok był korzystny dla klientów – sąd, powołując się na ustawę zasadniczą, orzekł, że jest to bezprawne pozbawianie ludzi ich pieniędzy. Porównał to do wywłaszczeń. A w przypadku niemieckim chodziło o opłaty wynoszące ledwie 4 proc. od ulokowanej sumy. I firmy grzecznie zwracają ludziom pieniądze. Inna sprawa, że w Niemczech bardzo sprawnie działa nadzór finansowy, a niezastosowanie się do sentencji wyroku zagrożone jest wysoką sankcją: do 2 lat więzienia dla członków zarządu i grzywny do 250 tys. euro. W lipcu 2013 r. w Holandii Aegon przegrał z podobnego powodu pozew zbiorowy, który dotyczył 30 tys. osób. Pieniądze swoim klientom oddawały również firmy w Wielkiej Brytanii, we Francji, Włoszech. W 2012 r. Komisja Europejska – zdając sobie sprawę z wagi i powszechności problemu tego typu produktów – skierowała zapytanie do państw członkowskich, w jaki sposób radzą sobie i regulują rynek. Okazało się, że tylko cztery państwa – Polska, Bułgaria, Litwa i Luksemburg – nie zrobiły nic. Dlaczego?

Naganiacze

Pytanie, dlaczego nasze państwo nie reaguje, kiedy setki tysięcy osób są skłaniane do niekorzystnego rozporządzania swoim mieniem, zawiśnie w próżni. I poczeka na odpowiedź. Tak samo jak to, gdzie są mózgi tego przedsięwzięcia. I dlaczego mogą swobodnie i bezkarnie funkcjonować. Dla porównania: szefom Amber Gold – Marcinowi P. i jego żonie – zarzuca się m.in. prowadzenie działalności bankowej bez zezwolenia, poświadczanie nieprawdy i naruszenie ustawy o rachunkowości oraz kodeksu spółek handlowych. Mieli doprowadzić ponad 10,5 tys. osób do niekorzystnego rozporządzenia swoimi pieniędzmi.

Kiedy w USA zaczął się kryzys spowodowany wielką bańką kredytową, pośrednicy udzielający pożyczek klientom stali się obiektem nienawiści. „Skaczcie, s...syny” – to było jedno z popularniejszych haseł internetowych memów, przedstawiających ludzi w garniturach, z wyżelowanymi włosami, stojących na krawędzi dachów. Zastanawiali się nad samobójstwem, bo ich świat, ich dochody, wygodne życie się kończyły. A może niektórych zjadały wyrzuty sumienia... W przypadku osób sprzedających produkty ubezpieczeniowo-inwestycyjne może być podobnie. Tyle że w gruncie rzeczy oni także są ofiarami. Swojej chciwości, to prawda. Ale także wielkich firm, które w mistrzowski sposób wykorzystują ludzkie słabości i trudną sytuację.

Przenieśmy się zatem na „konferencję” jednej z firm, która rekrutuje i zatrudnia takich agentów sprzedażowych. Jesteśmy w bardzo dobrym hotelu w centrum Warszawy, przed którym zaparkowano stado aut marki Porsche z logo firmy. Na widowni mnóstwo ludzi: młode kobiety w niemodnych sukienkach, mężczyźni z wąsami w stylu wujka Stefana, w zaciasnych garniturach. Na mównicy wyluzowany mężczyzna w szytym na miarę garniturze. Perfekcyjna mowa ciała, ustawiony głos. Przekaz brzmi: nieważne, kim jesteś. Nieważne, jakie masz wykształcenie i jakie umiejętności. Możesz zarabiać duże pieniądze. Kto nie chce? Każdy by chciał. Chętni zostaną nauczeni technik sprzedaży. Odpowiada na pytania klientów tak, by nie skłamać, ale i nie powiedzieć prawdy. Warunek: sami muszą najpierw wykupić „produkt”. Mając świadomość, że co miesiąc są zobowiązani uiszczać składkę, prędko pozbędą się obiekcji moralnych.

Podobnie ma się rzecz z pracownikami banków. Jedna z takich osób opowiada: każdego miesiąca muszę sprzedać tyle a tyle kont, tyle kart kredytowych, tyle ubezpieczeń. Jeśli nie wyrobię normy, nie dostanę premii. A moja pensja to minimalna płaca. Nie wyżyję. Jest mi przykro, kiedy wkręcam w takie historie ludzi, ale mam na utrzymaniu siebie i dziecko. A do tego kredyt. Jak w ciągu trzech miesięcy nie zrealizuję zadania, to mnie zwolnią. Chodzę do spowiedzi, płaczę nocami, ale sprzedaję.

Ofiary

O tym, co mają do powiedzenia ofiary podobnych praktyk, można się przekonać, choćby przechadzając się po internetowych forach. Jedni walczą przed sądami, inni zwijają się w kłębek i rezygnują. Ale zanim sami, drodzy czytelnicy, zaczniecie szukać, na koniec przytoczę kilka przykładów. Z akt sprawy wziętych.

Pewna kobieta, bizneswoman, przychodzi do banku z wnioskiem o pożyczkę – 50 tys. zł. Pracownik, po wypytaniu jej o sytuację finansową, dochody, posiadane nieruchomości itp. załamuje ręce. Droga pani, mam dla pani fantastyczną propozycję. 50 tys. to za mało, mogę pani oferować kredyt hipoteczny na kwotę 330 tys. zł. Te 50 tys. weźmie sobie pani i wykorzysta zgodnie z planami, a resztę włożymy w polisolokatę. Kredyt sam się spłaci! Polisolokata zapracuje. (Tutaj w ruch idą foldery oraz kolorowe flamastry, którymi doradca wykreśla zyski, jakie musi, bo innej możliwości nie ma, odnieść kobieta). Kobieta złapała przynętę. Więcej – tak nakręciła swoje dorosłe dzieci, że i one zastawiły cały swój majątek. Dostali 1 mln zł, z czego 850 tys. zł wylądowało na polisolokacie. Teraz nie mają nic. Kobieta leczy się psychiatrycznie. Dzieci rozważają emigrację. Kwota kredytu urosła do 2 mln zł.

Wykształcony, przedsiębiorczy mężczyzna po sześćdziesiątce, chory na nowotwór. Do TU przyszedł razem z żoną. Opowiedział historię życia i choroby. Podkreślał, że chce tak zainwestować swoje pieniądze, żeby w każdej chwili mieć do nich dostęp. Że nie chce zamrażać gotówki, bo może potrzebować terapii za granicą. Wcisnęli mu „produkt” na 10 lat. „W każdej chwili może pan zlikwidować lokatę”. Pod warunkiem że zapłaci „opłatę likwidacyjną”, a wtedy nie zostanie nic. Ale tego już nie powiedzieli.

Kobieta, profesor, ulokowała tylko 10 tys. zł. Mówiła pośrednikowi, że jest stara, że pieniądze mogą jej być potrzebne na leczenie. I pech sprawił, że potrzebna była operacja kolana. – W przypadku tej pani akurat udało się skutecznie reklamować i pieniądze zostały jej zwrócone – przyznaje pani mecenas. Może sprawiła to siła znanego w świecie elit nazwiska, może przypadek. Inne osoby nie miały tego szczęścia. Czekają na to, co postanowi sąd.

Biznes musi zarabiać. Za wszelką cenę. Maksymalizować zyski. Kiedy w krajach Europy Zachodniej wokół produktów ubezpieczeniowo-inwestycyjnych zaczęło się robić gorąco, firmy zaczęły przenosić się z nimi do nowych krajów członkowskich. Kiedy i tutaj atmosfera zgęstniała, a sądy zaczęły wydawać niekorzystne dla nich werdykty, idą dalej – do Europy Wschodniej. Ostatnio bardzo aktywne są na Ukrainie.