statystyki

Malicki: Czy uniwersytet jest korporacją

24.03.2014, 11:50; Aktualizacja: 24.03.2014, 11:56

Istotnym elementem obecnej reformy wyższych uczelni jest parametryczna ocena pracy naukowej. Jednakże idea, by wynikom badań przypisywać punkty, spotyka się ze skrajnymi reakcjami.

Reklama


Reklama


Jedni twierdzą, że w ten sposób można uzyskać klarowny obraz działalności naukowców, niezależny od subiektywnych ocen, wpływu koterii i środowiskowych układów. I przekonani są, że parametryzacja wyprowadzi polską naukę z jej obecnej, dość mizernej kondycji. Inni uznają ją za zamach na autonomię uniwersytetu, próbę poddania go biurokratycznej kontroli albo też przekształcenia w komercyjne przedsiębiorstwo. Twierdzą, że parametryzacja to gwóźdź do trumny polskiego systemu akademickiego.

Korporacja cechowa

Polski uniwersytet charakteryzuje struktura cechowa. Pracownicy akademiccy tworzą zhierarchizowane i zamknięte środowisko. Powoływane przez nich samych gremia decydują o zatrudnieniu nowych pracowników, przyznawaniu stopni naukowych, funduszy na badania, a także powiązanych z władzą i prestiżem funkcji administracyjnych. Zewnętrzne wobec uczelni instytucje do niedawna nie miały w zasadzie żadnego wpływu na ich funkcjonowanie i nawet obecnie wpływ ten jest stosunkowo niewielki.

Sztywność środowiska akademickiego potęguje fakt, że zazwyczaj decyzja o tym, kto się w nim znajdzie, podejmowana jest na samym początku kariery zawodowej kandydata na naukowca. Duża część pracowników zatrudnionych zostaje zaraz po doktoracie, w dodatku są to niemal wyłącznie byli studenci tej samej uczelni, na której ubiegają się o pracę. W efekcie większość naukowców kształci się, a potem pracuje przez całe życie w jednym miejscu i w otoczeniu tej samej grupy ludzi.

Nie jest wykluczone, by system o takim kształcie funkcjonował prawidłowo, prawdopodobnie kiedyś rzeczywiście działał bez zarzutu. Nikogo jednak chyba nie zaskoczę, jeśli powiem, że czasy te dawno minęły. Polskie uniwersytety nie liczą się w świecie, polscy naukowcy rzadko inspirują badaczy z innych krajów, a nawet siebie nawzajem. Do odległej przeszłości należą dokonania filozoficznej szkoły lwowsko-warszawskiej; w niewielkim stopniu została przejęta spuścizna działalności takich polskich matematyków, jak Stefan Banach czy Alfred Tarski. Niemal nikt już nie pamięta o ekonomiście Michale Kaleckim, którego badania dorównywały nowatorstwem pracom Keynesa.

I choć z pewnością można wskazać Polaków o osiągnięciach wybitnych nawet w skali globalnej, to średnia jest niska. W humanistyce króluje przyczynkarstwo i komentarz – łatwiej wręcz opublikować tekst prezentujący kolejne omówienie uznanego autorytetu niż własne, oryginalne stanowisko. W naukach ścisłych zbyt często badacze zajmują się kierunkami niemal doszczętnie wyeksploatowanymi i obumierającymi, natomiast eksperymentaliści kurczowo trzymają się przestarzałych technik, które nie dają szans na nawiązanie kontaktu z najbardziej nowatorskimi obszarami badań.

Polscy akademicy mają zresztą na sumieniu grzechy dużo cięższe niż tylko niedostatki wybitności. Obniżenie poziomu nauczania jest związane z tym, że w latach 90. olbrzymia liczba wykładowców rzuciła się do pracy na prywatnych uczelniach, porzucając nieraz całkowicie działalność naukową. Nauczanie stało się dobrze płatną, lecz niedbale odrabianą chałturą. Rozplenił się proceder plagiatów, nierzadkie są przypadki promowania doktoratów niespełniających nawet minimalnych standardów, a nawet zawierających nieprawdziwe wyniki badań. Spotyka się też wiele innych rodzajów moralnie wątpliwych zachowań. Co powiedzieć o profesorze, który w wieku lat siedemdziesięciu przyjmuje ucznia, by wyszkolić go w dziedzinie, która budziła zainteresowanie czterdzieści lat temu, lecz obecnie jest martwa. Przecież ten student nie nawiąże żadnego kontaktu ze współcześnie prowadzonymi badaniami – nie będzie nawet świadomy, że one istnieją. Albo jak ocenić naukowca regularnie publikującego swoje artykuły w piśmie, które sam redaguje?

Korporacja biurokratyczna

Czy parametryzacja może przyczynić się do poprawy sytuacji? Jej krytycy wskazują, że działalność badawcza jest zbyt złożona, aby poddawać się prostej ocenie: nie sposób przekonująco przypisać, dajmy na to, odkryciu nowego mechanizmu genetycznego albo głębszemu zrozumieniu pewnego okresu historycznego liczby punktów równej 10, 20 czy też akurat 40. Dokonań tych nie można w ten sposób ani wymierzyć, ani porównywać: czy z tego, że jedno z nich warte jest 20 punktów, a drugie 10, naprawdę ma wynikać, że pierwsze jest dwa razy ważniejsze od drugiego? Teza taka brzmi wręcz absurdalnie.

Parametryzacja pozbawia naukę sensu – mówią jej przeciwnicy. Zamienia badacza w biurokratę zbierającego wyznaczone zgodnie z przepisami punkty. Prowadzić też może do poważnych patologii. Ponieważ jednym z istotnych kryteriów oceny punktowej jest liczba cytowań opublikowanych artykułów, pojawiają się obawy, że naukowcy będą pisać prace kontrowersyjne, a nawet celowo błędne, tylko po to, by zwiększyć liczbę wymuszonych w ten sposób odniesień w literaturze.

W dodatku system taki podatny jest na szkodliwą zewnętrzną presję. Majstrujący przy ocenie punktowej urzędnicy mogą wyróżniać jedne dziedziny, a inne odsuwać na boczny tor, niezależnie od tego, jak istotna jest ich obecność w samym świecie nauki. Na to ryzyko wskazują humaniści, którzy obawiają się, iż politycy będą faworyzować pewne kierunki, mając na uwadze jedynie potrzeby firm albo trendy demograficzne. A przecież historia, filologia klasyczna czy filozofia powinny mieć swoje miejsce na uniwersytetach nie tylko dlatego, że ułatwiają znalezienie zatrudnienia .

Punktacja to współzawodnictwo

Zagrożenie, że współczesny świat przemieni badacza w skrzyżowanie biznesmena z biurokratą, wydaje się realne, nie jestem jednak przekonany, czy rzeczywiście odpowiada za nie system punktowy. Uważam, że na parametryzację, i idący za nią ranking osiągnięć, można spojrzeć inaczej. Uznać ją za przejaw rywalizacji – a ta jest co najmniej tak samo fundamentalna dla człowieka jak posługiwanie się pieniędzmi i umiejętność tworzenia instytucji. Ludzie mają, i zawsze mieli, skłonność do współzawodnictwa. Porównują się, wytwarzają hierarchie i żaden rodzaj społecznej działalności nie pozostaje od nich wolny. Nauka jest też pewnego rodzaju agorą – tyle że żetonami w grze o prestiż, która się w niej toczy, nie są władza bądź pieniądze, lecz wielkość odkrycia i oryginalność myśli.

W tym ujęciu parametryzacja jest narzędziem budowania nauki jako instytucji społecznej, narzędziem zewnętrznym do pewnego stopnia wobec samych badań, ale na pewno niebędącym wobec nich całkowicie obcym. W ostatecznym rachunku bowiem punktowa metoda oceny wytwarza zazwyczaj dość przejrzystą, parostopniową hierarchię. W większości dziedzin, w których przyjęto publikować w periodykach posiadających tzw. współczynnik wpływu, wszyscy zainteresowani wiedzą, że publikacja w piśmie A oznacza pracę przyzwoitą, ale prawdopodobnie niezbyt znaczącą, pismo B sugeruje pracę powyżej średniej, a pismo C w zasadzie nie publikuje prac, które nie są wybitne.

Oczywiście zdarzają się nieprawidłowości, ale mają one raczej charakter statystyczny. Nie słyszałem dotąd o badaczu regularnie publikującym w bardzo dobrych czasopismach, który byłby uważany za złego naukowca, ani też o wybitnym akademiku, którego prace krążyłyby jedynie w obiegu nieformalnym. Na pewno nie można tego powiedzieć o nestorach polskiej nauki – artykuły Kaleckiego, Banacha czy Ajdukiewicza znane były na całym świecie.

Należy też wspomnieć, że hierarchia będąca efektem systemu punktowego jest w dużym stopniu niezależna od wpływów lokalnych środowisk akademickich. Lista krajowych i zagranicznych czasopism, które uznawane są przy ocenie ilościowej, jest bardzo obszerna, a o przyjęciu pracy do druku decydują niezależna redakcja oraz anonimowi recenzenci, niepodlegający zewnętrznej presji. Co więcej, parametryzacja umożliwia porównanie z nauką światową, nie wymuszając go, jeśli droga ta jest z zasadniczych przyczyn zamknięta. W przypadku lokalnego obszaru badań po prostu wszystkie publikacje z tej dziedziny mają ograniczony zasięg oddziaływania. Do twórców systemu finansowania nauki będzie należało uwzględnianie takich sytuacji przy rozdziale środków na badania.

Trzeba też powiedzieć, że ocena ilościowa, i to w swojej najprostszej – bo binarnej – postaci, zawsze była obecna na uniwersytecie. Zatrudnienie na uczelni, przyznanie stopnia naukowego czy otrzymanie grantu – to wszystko są formy przyznawania punktów. Jeden – zatrudnienie, doktorat czy profesura; zero – brak tej pozycji w życiorysie.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Często zapomina się, że naukowcy opłacani są z pieniędzy społecznych, a ich obowiązki dydaktyczne są bardzo ograniczone. Pensum adiunkta to nie więcej niż 6 godzin tygodniowo i to jedynie przez 9 miesięcy w roku. Nawet po doliczeniu czasu poświęconego na przygotowania do zajęć dydaktyka stanowi nie więcej niż 1/4 typowego etatu – reszta zależy od samych wykładowców. Myślę, że osoby obdarzone przez społeczeństwo tak dużą wolnością po prostu muszą być rozliczane ze swojej aktywności. A ocena ta powinna pozwalać na porównania między różnymi dziedzinami i obliczanie średnich wyników. Jedynie jakaś forma oceny ilościowej może spełnić te warunki.

Zalety systemu punktowego naturalnie nie oznaczają, że powinien się on stać jedyną metodą ewaluacji pracy naukowej. Znany mi wydział pewnego amerykańskiego uniwersytetu zatrudnił niedawno osobę, która pracowała tam wcześniej w ramach stażu podoktorskiego. Jest to praktyka niemal niespotykana – od tamtejszych naukowców wymaga się, by zmieniali pracę na każdym kolejnym etapie kariery. Co więcej, zwycięzca konkursu nie miał w swym dorobku ani zbyt licznych publikacji, ani też artykułów w bardzo prestiżowych czasopismach. Przy okazji dowiedziałem się o okolicznościach tego nietypowego wydarzenia. W środowisku specjalistów prace tej osoby oceniane są niezwykle wysoko i panuje zgodna opinia, że przyczyniły się do wyjaśnienia kilku istotnych problemów. Nikt nie miał wątpliwości, że jest to właściwy kandydat na stanowisko, o które ubiegało się wiele osób z całego świata.

Jak wyjaśnić taką sytuację? Oczywiście wykluczałaby ją totalna parametryzacja. Jednak nie byłaby ona też możliwa w instytucji, w której o wszystkim decyduje miejsce w układzie zależności, gdyż wtedy autentyczne dokonania schodzą na dalszy plan.

Tymczasem polska nauka stoi w rozkroku – pomiędzy korporacją cechową, broniącą przede wszystkim interesów swoich własnych członków, a korporacją biurokratyczno-biznesową, kierującą się jedynie wymiernym zyskiem. Aby zmienić tę niekorzystną pozycję, potrzebujemy silnej i stabilnej instytucji, która będzie miała jednak wolę rozliczać się w przejrzysty sposób zarówno z zainwestowanych w nią środków, jak i z wyznawanych przez siebie zasad. Wydaje się, że rozsądnie zastosowana parametryzacja może stać się jednym z narzędzi do osiągnięcia tego celu.

Maciej Malicki adiunkt w Katedrze Matematyki i Ekonomii Matematycznej SGH, działacz Obywateli Nauki

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

Reklama

  • m.a(2014-03-26 08:25) Odpowiedz 00

    @ Maciej Malicki
    Dla jasnosci zgadzam sie w pelni z calym poczatkiem Pana artykulu, natomiast absolutnie podtrzymuje, ze akapit o dydaktyce jest powierzchowny i jest zupelnym nieporozumieniem. Ostatnio wrecz stawiam teze, ze OBECNY system punktacji i oceny parametrycznej jest statystycznym gwozdziem do trumny dla dydaktyki i Nauki. Wynika to wprost z absolutnie blednym metodologicznie (nie tylko w moim przekonaniu) uzyciem IF to stworzenia listy punktowanych czasopism. W UK - przykladowo w naukach technicznych juz nie uzywa sie nawet CYTOWAN i indeksu Hirscha. Przyczyna jest prozaiczna - jest to SZUM STATYSTYCZNY jak kilka mieisecy temu powiedzial mi jeden profesor z Glasgow. By nie byc goloslowna - c.a. 50 cytowan jednego artykulu zapewnia mu w istniejacym 40 lat i wysoce powazanym czasopismie miejsce wsrod 10% NAJWYZEJ cytowanych artykulow!!! Po prostu w niskocytowanych dziedzinach na szum latwo jest nalozyc zwykle cwaniactwo i spoldzielnie srodowiskowe, na to bezmyslnosc sztywnych punktow i wyjdzie to co mamy obecnie. Niebywaly wzrost makulatury w czasopismach o punktacji 15-25. Taka "nauka" nijak sie nie przeklada na jakosc dydaktyki. A zjawisko opisane prze komentatora nr 5 jest wynikiem braku etyki i kunktatorstwa - jest niestety wystarczajaco powszechne i akceptowane przez wladze zorientowane na "punkty z makulatury" bym mogla zaprotestowac. Nastepuje postepujaca demoralizacja srodowiska akademickiego, ktore dydaktyke traktuje jako piate kolo do wozu a nie "raison d'etre" istnienia uczelni. Nie najgorsza jej ilistracja jest "poziom" wypwidzi na facebooku Obywateli Nauki pod linkiem do artykulu "Ratujmy polskich absolwentow", ktory osobiscie uwazam za bardzo trafiony. To studenci powinni byc w centrum reform i zmian a nie pracownicy uczelni.

  • Maciej Malicki(2014-03-25 22:07) Odpowiedz 00

    Proszę Państwa,

    Zdaję sobie sprawę, że są w uczelnie, na których pracownicy obłożeni są w nadmiernym stopniu dydaktyką. Pozostaje jednak faktem, że np. w roku 2013 etatowy pracownik przepracował 2008 h zegarowych (http://www.kalendarzswiat.pl/wymiar_czasu_pracy/2013). Pensum 240 h dydaktycznych+25% (płatnych!) daje 225 h. Doliczmy do tego dyżury (45h) i seminarium magisterskie/licencjackie (45 h) i 100 h na inne obowiązki związane z uczelnią. A nawet i niech będzie 200 h (choć nie bardzo wierzę, żeby ktoś poświęcał na to tyle czasu). I tak wychodzi nieco ponad 500 h - czyli ok. 1/4 etatu. I to w skrajnym przypadku, gdyż wielu akademików uczy 210-240 h i nie ma zbyt wielu dyplomantów.

    Poza tym, chyba nie jest to główny element artykułu.

  • Maciej Malicki(2014-03-26 09:57) Odpowiedz 00

    @ m.a.
    Zgadzam się - dydaktyka w Polsce jest zupełnie niedoceniana i bardzo zaniedbana. Nie istnieje u nas w zasadzie taka dziedzina wiedzy jak dydaktyka akademicka. Zamiast porządnych podręczników mamy produkowane chałupniczo skrypty, programy nie są dostosowywane na bieżąco do stanu wiedzy i nowych technologii, dobrych dydaktyków na uczelniach się nie ceni, nikt w zasadzie nie jest zainteresowany tym, co w rzeczywistości dzieje się na salach wykładowych.

    Co do punktacji, sprawa jest na pewno skomplikowana. Sam pracuję w dziedzinie o bardzo niskiej średniej liczbie cytowań, ale hierarchia czasopism w matematyce akurat nieźle się sprawdza. Uważam, że, mimo wszystkich kontrowersji, jest to jakaś droga poprawy poziomu badań na polskich uczelniach.

  • z(2014-03-26 20:55) Odpowiedz 00

    Ok. Rzeczywiście. Zmitygowałam się. To, że ja tyle pracuje to nie znaczy, że wszyscy tak mają. A za... dlatego, że mam taki nieciekawy układ i robię za całą resztę "świętych krów". Zmęczona pewnie byłam sytuacją w pracy, która stała się nie do zniesienia.

  • m.a(2014-03-26 21:49) Odpowiedz 00

    Kilka rezultatow za lata 2011-2012 (druga polowa okresuoceny parametrycznej) WoS:
    39,942 records. (CU=poland) AND Document Types=(Article)
    Ilosc artykulow w danym czasopismie, jaki procent z caloscci.
    PRZEGLAD ELEKTROTECHNICZNY 1418 3.550 % ;
    ACTA PHYSICA POLONICA A 641 1.605 % ;
    PRZEMYSL CHEMICZNY 421 1.054 % ;
    PHYSICAL REVIEW B 289 0.724 % ;
    KARDIOLOGIA POLSKA 281 0.704 % ;
    PHYSICAL REVIEW LETTERS 221 0.553 % ;
    POLISH JOURNAL OF ENVIRONMENTAL STUDIES 221 0.553 % .

    O ile nie sadze, by 641 artykulow w Acta Physica Polonica A (a 15 pkt) moglo miec ostateczny wplyw na pozycje fizykow z UW i UJ , to juz w przypadku miejszych osrodkow moglo miec na nia wplyw. Natomiast niewatpliwie 1418 artykulow a 15 pkt-ow w duzym stopniu wplynelo na ocene i ranking wydzialow elektrycznych w ostatniej ocenie parametrycznej. Smaczku dodaje faky, ze red. Tuminski w artykule "Segregacja prasowa" uwzal, ze jego czasopismo zostalo usuniete z listy z powodu dyskryminacji... I tak produkcja lokalnej "makulatury" ustawila ranking, a Nauka z najwyzszej polki po prostu przegrala. Jestem za punktologia, ale nie taka jak dotychczas. Kryteria po prostu nie pormowaly excelence naukowego tylko uciolane punkty i punkciki.

  • m.a(2014-03-26 21:51) Odpowiedz 00

    ciulanie, ciulanie ale juz niekoniecznie czytanie :-)

  • krysztofiak1963(2014-04-04 17:13) Odpowiedz 00

    Jestem za parametryzacją; nawet w filozofii można zbierac punkty; wkazdej dyscyplinie parametryzacja stanowi pomiar pracowitości i genialności uczonego. Co do prac błednych - to incydenty publikacyjne; szanujące się czasopismo nie opublikuję pracy jawnie fałszywej lub urągającej metodologii. Co do cytowalnosci - cytowanie cytowaniu nierówne; istnieja w scjentometrii bardzo precyzyjne algorytmy mierzące wagę cytowania. Na koniec:http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/671048,naukowcy-i-studenci-strzezcie-sie-psow-ogrodnika.html ciesze się,że w końcu moje boje mają posłuch; ale mam za to sprawy sądowe, degradacje, itd.
    http://blogi.newsweek.pl/Tekst/polityka-polska/684997,krysztofiak-do-parlamentu-europejskiego.html
    Pan Malicki napisał wazny felieton; ale bez walki nie obejdzie sie.

  • akademik(2014-03-24 17:58) Odpowiedz 00

    Ja już nie mam złudzeń. Byłem przez lata naiwny i wierzyłem, że warto dać coś od siebie polskiej nauce. Teraz widzę, że na starość czeka mnie niebyt. Najlepsze lata straciłem na fikcję. A władza i układy mają się coraz lepiej, uczciwy pracownik nic nie może.

  • z(2014-03-25 10:48) Odpowiedz 00

    Właśnie, też sobie skopiowałam ten cytat. Bzdura! Kłamstwo! Jeżeli Pan Malicki tyle pracuje to zazdroszczę. Pensum 240h + 240 (prawo sobie a prawo wewnętrzne sobie - nadgodziny kosztują dużo mniej niż nowy pracownik) do tego dyplomanci - 10szt w semestrze, dyplom wymagający na studenta co najmniej 15h w semestrze. Konsultacje 4h tygodniowo. Przygotowanie do zajęć tak aby były aktualne (matematyka pewnie jest mniej dynamiczna niż nauki techniczne) do tego organizacja: pisma, zebrania, rozwiązywanie bieżących problemów instytutu, kolegów i studentów, kontakty z organizacjami branżowymi, sądy konkursowe itd... Kim Pan jest Panie Malicki, że ma Pan tak cudowne warunki zatrudnienia? że tak się delikatnie zapytam. I co sprawia, że ma Pan niezłomną wiarę na temat identyczności warunków pracy w naukowym wszechświecie?

  • Dragon(2014-03-24 22:22) Odpowiedz 00

    Niezależnie od jakości czasopisma, publikowane tam artykuły są w pewnym stopniu przyczynkarskie. Naszpikowane technicznymi informacjami, sloganami tak naprawdę niewiele wnoszą do zrozumienia jakiegoś procesu. Przykładowo modne jest publikowanie prac genetycznych, w których sekwencjonuje się coś u czegoś, potem te sekwencje wrzuca się do bazy NCBI i porównuje do czego są podobne a ostatecznie otrzymane wyniki przedstawia się w postaci listy numerów akcesyjnych, często bez głębszej analizy trendów. Jeżeli w tym gąszczu danych chce się wyszukać istoty procesu to jest to niemożliwe i należy sięgnąć do starszych opracowań książkowych. I prace takie ukazują się w Genetics, PNAS etc. Nic z nich nie wynika, ale naszpikowane są techniką. Problem parametryzacji i pęd do publikacji polega na tym, że nikomu nie zależy na wszechstronnym wyjaśnieniu zjawiska i opublikowaniu w formie obszerniejszego artykułu. Stąd wszędzie mamy rzemieślników, na Zachodzie lepszych a w Polsce marnych, ale wciąż rzemieślników. A faktyczne osiagnięcia i przełomy czesto dokonują się w firmach.

  • m.a(2014-03-24 22:43) Odpowiedz 00

    "Pensum adiunkta to nie więcej niż 6 godzin tygodniowo i to jedynie przez 9 miesięcy w roku. Nawet po doliczeniu czasu poświęconego na przygotowania do zajęć dydaktyka stanowi nie więcej niż 1/4 typowego etatu " TOoCo Autor napisalpo prostu NIE JEST PRAWDA. Na bardzo wielu uczelniach senaty ze wzgledow finansowych podjely uchwaly o 240h pensum rocznie (180 to dolne widelki). Poza tym BEZ ZGODY pracownika mozna mu zwiekszyc pensum o 25% (suma 300h). Dodajmy do tego 3h konsultacji i 2-4h seminarium i bez przygotowania do zajec, poprawiania prac i opracowywania nowych zajec mamy juz 20h. Plus opieka nad dyplomantami minimum przemyslen dydaktycznych by nie uporawiac spychotechniki i okaze sie, ze ten czas wlasny kurczy sie do 1/4 a nie stanowi 75% jak imputuje Autor. Oczywiscie zupelnie inna sytuacja moze byc na kierunkach gdzie po prostu brakuje studentow. Dodajmy, ze ta 1/4 czasu na nauke i rozwoj wlasny to niekoniecznie jest jeden dzien calkwicie wolny od obowiazkow tylko skladanka z przerw miedzy innymi zajeciami. Dla ilu pracownikow uczelnie brzmi to znajomo? Na pewno nie dla wieloetatowcow...

  • do z i m.a(2014-03-25 11:46) Odpowiedz 00

    No nie, dwie ostatnie wypowiedzi mnie powaliły. Że niby ile godzin tych konsultacji na studenta piszącego pracę? 4h tygodniowo? Przecież wszyscy wiedzą, że pracownicy naukowi nagminnie nie przestrzegają czasu swojej pracy, skracając dyżury czy zajęcia. serio, bez takich pokrzykiwań, bo i tak wam nikt nie uwierzy. Uczelnie to jeden wielki bajzel, układziki i niestety bardzo znaczna korupcja. A takie krzyczenie, że przecież tyle pracują ci biedni adiunkci jest niepoważne.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

Reklama