Reklama
Obecnie tylko 61 proc. uczniów starszych klas szkół podstawowych jest zadowolonych z życia. Ale bardziej niepokoi to, że 48 proc. ma nastroje depresyjne - wynika z najnowszego badania Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie zrealizowanego pod koniec listopada tego roku.
- Dane zaskakują. Spodziewaliśmy się, że po powrocie do szkół negatywny wpływ nauki na zdalnym będzie stopniowo zanikał. Tymczasem wyniki najnowszych badań, po trzech miesiącach w miarę tradycyjnych lekcji pokazują, że jest gorzej. Wcześniej nastroje depresyjne deklarowało 20 proc. uczniów, a na brak satysfakcji z życia wskazywało 15 proc. pytanych - mówi prof. Piotr Długosz, socjolog, dyrektor Centrum Badań Młodzieży Uniwersytetu Pedagogicznego, współautor badań.
Zdaniem Lucyny Kicińskiej, członkini Prezydium Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego oraz Zespołu roboczego ds. prewencji samobójstw i depresji przy Radzie ds. Zdrowia Publicznego Ministerstwa Zdrowia, sam powrót do stacjonarnej nauki nie załatwia sprawy. - Dzieci usiadły w ławkach z ogromnym ładunkiem emocjonalnym. A dodam, że już przed pandemią nie działo się dobrze. Czyli był problem, który się pogłębił przez izolację - zaznacza. Dodaje, że młodzi ludzie słyszą teraz, że można chodzić do szkoły, gdzie jest duże skupisko ludzkie, ale na koncert już nie, bo to niebezpieczne.

Reklama
- Mówiąc wprost: robi się im wodę z mózgu. Tym bardziej, że niektórzy uczniowie przywlekli koronawirusa ze szkoły do domu. Z różnym, czasem tragicznym skutkiem. To pogłębia negatywny stan psychiczny. Szczególnie gdy dziecko ma świadomość, że przyczyniło się do ciężkiego przebiegu choroby czy nawet śmieci członka rodziny - mówi Lucyna Kicińska i podkreśla, że nic się nie zmieni, jeśli dzieci nie otrzymają potrzebnego im wsparcia.
Dziś, jak wynika z badań krakowskiej uczelni, uczniowie deklarują bardzo dobry dostęp do sprzętu komputerowego i internetu. Mają też świadomość, że nauka zdalna prowadzona jest na gorszym poziomie niż na żywo. Wiedzą o swoich brakach i o tym, że trudno przychodzi im nadrabianie zaległości. Dlatego ponad połowa ankietowanych obawia się wymagań stawianych przez nauczycieli (55 proc.), a jedna trzecia, że nie poradzi sobie z nauką w szkole (33 proc). Jednak w porównaniu z badaniami wrześniowymi, kiedy ok. 68 proc. pytanych chciało uczyć się stacjonarnie, dziś ten tryb wybrałby tylko co trzeci.
Z czego to wynika? - Dzieci na pewno przyzwyczaiły się do komfortu edukacji zdalnej, gdy wkładały mniejszy wysiłek w naukę. Fakt, we wrześniu przez chwilę miały taryfę ulgową, bo dużo się mówiło, że trzeba dać im nieco czasu na przystosowanie się na nowo, ale potem nauczyciele szybko przystąpili do ofensywy. Sprawdziany, kartkówki, testy, nawet po kilka w tygodniu - opisuje prof. Długosz. Przekonuje, że to trzy miesiące stracone dla poprawienia dobrostanu psychicznego dzieci. - Nie tylko uczniowie zapomnieli, do czego służy szkoła. Że to nie tylko relacje, a i konieczność nauki. Zdalne wykształciło złe nawyki również w rodzicach, którzy oduczyli się pilnowania, czy ich dziecko faktycznie jest na e-lekcji, czy odrobiło pracę domową. W efekcie od września wiele osób przeżywało szok, gdy wyzwaniem okazało się zaliczenie materiału. To boli tym bardziej, że w wielu domach nadal dobrze ma się kult ocen.
Badania w ramach projektu Preventing post-COVID Social Exclusion Together realizowane są równolegle w Czechach, na Słowacji i Węgrzech. Mało pocieszające jest to, że spadek kondycji psychicznej uczniów jest tam równie wyraźny.
Monika Marciniak, dyrektor szkoły w Białej, podpisuje się pod wnioskami z badań. Widzi gorszą formę swoich uczniów. Dlatego od września wprowadziła zasadę cyklicznych spotkań w szkole z udziałem wszystkich: nauczycieli, rady rodziców i samorządu uczniowskiego. - Przynajmniej raz w miesiącu rozmawiamy o tym, jakie są aktualne problemy, szukamy rozwiązań. Wspólnie - podkreśla. Zwraca uwagę, że w szczególnie trudnej sytuacji są uczniowie siódmej i ósmej klasy. Tym pierwszym przybyły nowe przedmioty, chemia, fizyka. Drudzy czują presję zbliżającego się egzaminu.
Zmiany na niekorzyść dostrzega też Marcin Konrad Jaroszewski, dyrektor XXX LO w Warszawie. - Dowodem na to jest lawinowy wzrost zgłoszeń do poradni. Wiemy o tym, bo wiele z nich przekazywanych jest za naszym pośrednictwem - opisuje.
- To może być za mało. Psycholog jest konieczny na miejscu, w szkole - ocenia Lucyna Kicińska.
Z kolei Monika Marciniak pytana o remedium mówi o zmianie podejścia. Wszystkich. Resortu edukacji, by w tych realiach dokonał faktycznej, a nie kosmetycznej, zmiany zakresu obowiązującego materiału. Rodziców, by przestali szukać winnych za problemy edukacyjne dzieci wyłącznie w szkole i spojrzeli krytyczniej na siebie. Nauczycieli, by popracowali nad komunikacją i zamiast przemawiania ex cathedra zadbali o to, by lekcje były po prostu ciekawsze. To wyzwania na nowy rok.
48 proc. uczniów ocenia, że zbyt wiele czasu spędza przy komputerze
41 proc. ma problemy ze zrozumieniem materiału na lekcji
26 proc. mówi o pogorszeniu kontaktu z rówieśnikami

rozmowa

Odpuściliśmy problem higieny cyfrowej
Anna Borkowska psycholog, socjoterapeutka, ekspertka NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa) / Materiały prasowe
Powrót stacjonarnej nauki miał zniwelować problemy, jakie narosły podczas zdalnej. Dlaczego, mimo oczekiwań, tak się nie stało?
Bo oczekiwaliśmy cudów. Z jednej strony na zdalnym wymagano od dzieci olbrzymiej samodzielności, mobilizacji. Z drugiej - dawne problemy pozostały. Na przykład szkolna przemoc przeniosła się do sieci. I gdy uczniowie odnaleźli się jakoś w tej sytuacji, wróciła stara szkoła. Ale stare były tylko mury, już nie relacje między kolegami. One często przeszły diametralną zmianę. Mimo to dzieci miały działać tak, jakby nie było ich tylko chwilę. Teraz, znów, są w domach do 10 stycznia. A co potem? Tego nikt nie wie. Słychać za to doniesienia o rekordowo wysokich zgonach z powodu COVID-19. Słyszą to też dzieci.
Ale nie można odmówić szkołom braku działań. Wrzesień upływał pod znakiem zajęć readaptacyjnych. Co poszło nie tak?
Nie dla wszystkich zdalne było traumą. Z badań prof. Jacka Pyżalskiego dla NASK wynika, że ok. 5 proc. uczniów oceniało swoje zdrowie psychiczne i relacje z kolegami z klasy lepiej niż przed pandemią. Zapewne dlatego, że ułożyli je na własnych zasadach, w warunkach domowych. To samo dotyczyło nauki. Nauczyciele wskazywali, że nagle aktywizowali się uczniowie, którzy w tradycyjnej klasie byli przeźroczyści. Na zdalnym średnia ocen wyraźnie się poprawiła. I nagle trzeba było znów nauczyć się odpowiadać tu i teraz, na środku prawdziwej klasy. Także znaleźć na siebie pomysł w grupie rówieśniczej. Pamiętajmy, że na tę sytuację nakłada się trudny wiek dojrzewania. Owszem, szkoły się przejęły. Były próby reintegracji, warsztaty, ale czasem wyglądało to jak plan naprawczy realizowany w panice. A potem przyszedł czas na nadrabianie.
Czyli jednak?
Tak, bo nauczyciele tkwili w niepewności, ile tym razem mają czasu.
Czy istnieje skuteczny program naprawczy dla uczniów?
Na pewno nie zagłaskiwanie ich, a ustalenie wspólnych wymagań. Nie komunikaty nauczycieli, odezwy dyrekcji, ale wszelkie próby wchodzenia w dialog. Dobrostan uczniów jest silnie związany z klimatem szkoły. A tego nie stworzą wydarzenia organizowane z pompą, akademie, ale codzienność. Liczy się poczucie sprawstwa, czyli włączenie uczniów w działania. Widzę też niezmiennie rolę rodziców, by przyglądali się dzieciom i zaakceptowali, że czasem potrzebna jest pomoc specjalisty. Jest jeszcze kwestia, którą gremialnie odpuściliśmy: higiena cyfrowa. Paradoks polega na tym, że tuż przed wybuchem pandemii trwały dyskusje, jak ograniczyć ryzyko uzależnienia dzieci od sieci.
Potem okazało się, że na zdalnym sieć jest niezbędna.
A problem nie zniknął. Pokazują to m.in. badania NASK „FOMO 2021” (z ang. Fear of Missing Out - lęk przed odłączeniem). W 2021 r. zwiększył się odsetek wysoko „sfomowanych” osób w wieku 15-19 lat. Obecnie to 30 proc. (w 2019 r. - 23 proc.). Warto wrócić do działań, które zainteresują młodych ludzi tym, co poza siecią.
Rozmawiała Paulina Nowosielska