Widać już skuteczność szczepień w Polsce?
Nie mnie to oceniać – nie jestem lekarzem. Ale faktycznie program szczepień realizowany jest przez wszystkie zaangażowane podmioty bardzo sprawnie. Widać też pewne zjawiska, które potwierdzają tę skuteczność. Po przeprowadzeniu szczepień w domach opieki społecznej okazało się, że liczba zachorowań na koronawirusa spadła do kilku procent. Podobny efekt widzieliśmy wśród medyków po szczepieniach grupy zero. Ale to są kwestie, które szczegółowo analizują inne zespoły – my koncentrujemy się na sprawnej dystrybucji szczepionek. Na szczęście jest tak, że coraz więcej dawek dociera do Polski i możemy w coraz większym stopniu odpowiadać na zapotrzebowanie punktów szczepień.
Co – patrząc od początku akcji szczepień – sprawia największe trudności?
Reklama
Przede wszystkim problemy z dostawami szczepionek do Polski. Otrzymujemy harmonogram, na podstawie którego przygotowujemy z wyprzedzeniem plan dystrybucji. Punkty szczepień się przygotowują, ludzie się zapisują na konkretne terminy, wszystko jest zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. A tymczasem dwa dni przed dostawą dowiadujemy się, że przyjedzie kilkaset tysięcy dawek mniej albo dotrą do nas kilka dni później. To zupełnie rozbija plan i trzeba wszystko układać od nowa. I już nie mówię, że często oznacza to dla nas i hurtowni farmaceutycznych, z którymi współpracujemy, pracę po nocach. Najgorzej, że dotyka to ludzi, którym trzeba przełożyć termin szczepienia. Do tego przeszkadzają też ciągle fake newsy i wykorzystywanie sytuacji pandemicznej dla swoich interesów.

Reklama
A konkretnie?
Powiem na przykładzie, a to tylko jedna z niewielu historii: przedstawiciele jednego z samorządów ogłaszają na konferencji prasowej, że agencja nie dostarcza respiratorów, że jest chaos i nie można niczego zamówić. Poprosiłem o sprawdzenie, co się stało. Okazuje się, że zamówienie zostało złożone dwie czy trzy godziny przed konferencją. Nic dziwnego, że sprzęt jeszcze nie doszedł do szpitala. Tak w ogóle, to respiratorów wydaliśmy z magazynu 6,5 tys.
Jak wyglądały początki z zakładaniem punktów szczepień?
Od początku zależało nam, aby zbudować sieć szczepień, która będzie mogła dotrzeć do najstarszych i najbardziej narażonych na ciężkie objawy koronawirusa – dlatego oparliśmy się na POZ-ach w całej Polsce. Była to bardzo dobra decyzja, bo mimo że łatwiej przeprowadzić dystrybucję szczepionek po dużych szpitalach, udało nam się zaszczepić wiele osób, które chciały to zrobić w swojej własnej przychodni. Później ten model, opierając się na naszych doświadczeniach, wprowadzali na przykład Niemcy. Jednocześnie też uruchomiliśmy duże szpitale, aby szczepić wielu ludzi w taki szybki i zorganizowany sposób. Ale od początku wyzwaniem była niewystarczająca liczba szczepionek, które docierały do Polski.
W kwestii szczepień mamy moment przełomowy? Do tej pory był dylemat krótkiej kołdry, a za chwilę ta kołdra będzie za duża, bo będzie więcej szczepionek niż chętnych?
Ostatnie dni były dla nas jednym z najpoważniejszych wyzwań operacyjnych. Największa liczba punktów szczepień działających od początku akcji, mocno rozkręcone oczekiwania, że już za chwilę dostawy będą bez limitów. A tymczasem mimo zapewnień producentów szczepionek brakowało. Johnson dostarczył ich 450 tys. mniej, AstraZeneca opóźniła dostawę o półtora tygodnia i musieliśmy mocno się starać, by przynajmniej część tych pożarów wywołanych opóźnieniami ugasić. Ale to się kończy i wchodzimy w nową fazę. Dostawy są coraz większe – tylko od Pfizera otrzymujemy po 2–2,5 mln dawek tygodniowo. Takich wysokich jeszcze nie było. Mamy cztery hurtownie, które zajmują się rozprowadzaniem. Wszystko działa. Natomiast kończy się obecna fala pandemii.
Kończy?
Przygasa ze względu na lato. W zeszłym roku też transmisja wirusa o tej porze była zdecydowanie mniejsza. Teraz też tak będzie. Jeśli chodzi o szczepienia, widać nasycenie – ci, którzy byli bardzo chętni, już się zaszczepili albo są zapisani. Teraz trwa walka o tych, którzy albo odkładali zapisanie, albo myślą, że ryzyko zakażenia ich w ogóle nie dotyczy. Ale przypomnę też taki moment, kiedy byliśmy atakowani, że w święta Wielkiejnocy szczepienia zwolniły, bo punkty szczepień nie działały tak intensywnie w Wielką Niedzielę czy inne dni. Po prostu wszyscy są też zmęczeni pandemią – i ludzie, i medycy, którzy realizują szczepienia. Dlatego w święta wszyscy potrzebowali chwili odpoczynku. Krótko później wszyscy znowu wrócili do szczepień i zainteresowanie nie zmalało.
Na razie przegrywacie tę walkę. Zainteresowanie spada.
Nie powiedziałbym. Jeszcze niedawno mieliśmy publikacje czy nawet kalkulatory z wyliczeniami, że 60-latkowie będą szczepieni w listopadzie, a 40-latkowie zaszczepią się gdzieś w 2025 r. A fakty są takie, że dziś mamy ok. 50 proc. Polaków zaszczepionych lub zapisanych na szczepienie. System szczepień działa na wysokich obrotach, przyjeżdża coraz więcej dawek i zaszczepić się można w wielu różnych miejscach – w lokalnej przychodni, w szpitalach tymczasowych, w punktach prowadzonych przez samorządy, w mobilnych punktach szczepień, teraz pilotażowo, a za chwilę na szeroką skalę w zakładach pracy, już niedługo w aptekach. Dlatego udało nam się dotychczas przeprowadzić ponad 22 mln szczepień, przekroczyliśmy 8 mln w pełni zaszczepionych, a najwyższa dobowa wydajność to 620 tys. osób.
Z jednej strony staramy się dotrzeć do niezaszczepionych, z drugiej ogłaszamy koniec pandemii. To są komunikaty rozbieżne.
Wiele razy podawany jest przykład Izraela. Oni mają poziom zaszczepienia 65 proc. I to przy nieporównywalnie mniejszym społeczeństwie, i na o wiele mniejszym terenie.
Dwiema dawkami w Polsce zaszczepionych jest 17–18 proc. obywateli.
Ale mamy 50 proc. zapisanych i zaszczepionych. Ci zapisani się zaszczepią. Jest zdecydowanie za wcześnie, by odtrąbić sukces albo porażkę, ale konsekwentnie realizujemy wszystkie kolejne etapy, które zaplanowaliśmy. Była deklaracja o zaszczepieniu 6 mln osób do końca I kwartału, i tak się stało dwa tygodnie przed czasem. Teraz miesiąc wcześniej od zakładanego terminu podaliśmy 20 mln dawek. Robimy dużo, by ten proces przebiegał sprawnie. Mamy dobrą sieć szczepień – powszechną, wydajną, a jednocześnie wchodzącą w nisze. Na początku byliśmy atakowani, że sieć jest rozproszona, a POZ są małe i szczepią niemal tylko swoich pacjentów. Mówiono, że powinniśmy budować takie duże kombajny jak w Niemczech, które szczepią dużo i szybko. Ale teraz w Niemczech pojawiły się publikacje, że to w Polsce są rozwiązania, które pozwalają dotrzeć do najstarszych, i zaczęli też szczepić w swoich POZ-ach. Wydajność została przetestowana i jest bardzo wysoka – tygodniowo ok. 2,5 mln szczepień. Niestety uspokojenie pandemii w związku z latem rozleniwia. W zeszłym roku też zakażenia spadły, ludzie poczuli wolność i wrócili do życia, jakby się nic nie stało. Niemcy całe lato chodzili w maseczkach – my nie. Cały czas staramy się myśleć wyprzedzająco, przed nami wiele wyzwań i kwestii do rozstrzygnięcia. Nie wiemy na przykład, czy będziemy musieli podawać trzecią dawkę na jesieni czy w kolejnym roku…
Czy widzi pan jakieś białe plamy w dystrybucji szczepień? Albo nowe kanały, które warto uruchomić, by dotrzeć do tych, którzy nie są ani zaszczepieni, ani zapisani?
Pojawiają się białe plamy, które mają charakter geograficzny i demograficzny. Tam, gdzie jest najmniej wolnych terminów na szczepienie, proponujemy dodatkowe dawki. To pozwala na bieżąco rozładowywać kolejki i zwiększać dostępność szczepień. Tam, gdzie brakuje punktów szczepień, wspieramy samorządy czy wysyłamy mobilne punkty szczepień. W najbliższych tygodniach szczepionek powinno być na tyle dużo, że wszyscy chętni powinni mieć możliwość zaszczepienia. Jedna z kluczowych grup, do której staramy się dotrzeć, to 40-latkowie. To często oni decydują o szczepieniu rodziców, ale i dzieci. Dlatego uruchamiamy ciągle nowe możliwości szczepień. Będziemy proponować i wdrażać szczepienia w zakładach pracy, nie tylko tych największych, czy szczepienia w szkołach.
Wiele osób zwraca uwagę, że są kłopoty z podawaniem preparatu na prowincji. Tam POZ-y są rozproszone. Gorszy jest dostęp do kanałów informatycznych.
Wspólnie z wojewodami rozważamy różne scenariusze docierania tam, gdzie jest utrudniony dostęp, np. mobilne jednostki szczepiące. To mogą być nawet ratownicy, którzy mogą szczepić ludzi w domach. Oni mogą być przypisani do jakiegoś punktu szczepień, z którego biorą szczepionki na akcję. Wyjeżdżają, szczepią, następnego dnia gdzie indziej. Chcemy, by do takich akcji były używane szczepionki Janssen, dzięki czemu dystrybucja i cały proces był mniej czasochłonny.
Mobilne punkty szczepień tworzymy m.in. dla osób, które spontanicznie podejmują decyzje o szczepieniu albo celują w to, że to jedna dawka, więc dzięki temu szybciej będą mogły wyjechać. To też ma znaczenie przy szczepieniach wyjazdowych – gdy trzeba dotrzeć do pacjenta.
A Ochotnicza Straż Pożarna nie jest jakimś kanałem dotarcia?
Jest, nie wykluczamy takiego kanału. To są też często ratownicy z doświadczeniem. Ta kompetencja ratowania życia jest ważna w przypadku NOP (niepożądanych odczynów poszczepiennych). One zdarzają się rzadko, ale nie sposób ich wykluczyć, a umiejętność reakcji jest dużą przewagą ratowników. Plus dochodzi możliwość szczepienia w aptekach.
Raczej sieciówki czy małe apteki?
To będzie zależało od farmaceutów. Na razie myślimy o COVID-19, ale w przyszłości, jak we Francji, może to dotyczyć też innych szczepień, np. przeciw grypie. To jest doskonały i sprawdzony kanał dystrybucji szczepionek.
Ile dawek mamy mieć do końca roku?
Jako Polska zamówiliśmy 100 mln. Część ma jeszcze trafiać do Polski w I kwartale 2022 r.
Dzieci wejdą wkrótce do systemu. Czy bierzecie pod uwagę szczepienie w szkołach?
Myślę, że tak. Bierzemy różne scenariusze pod uwagę. Każdy ma swoje plusy i minusy. Przewagą szczepień w punktach samorządowych jest to, że one już istnieją i łatwo byłoby je wykorzystać. Przewagą szczepień w szkole jest to, że tam są uczniowie.
Premier zapowiadał, że wszyscy chętni będą zaszczepieni do końca sierpnia. Ilu będzie chętnych?
Faktycznie – system zbudowany przez zespół koordynowany przez ministra Dworczyka pozwala na zaszczepienie wszystkich chętnych. To dzisiaj dobitnie pokazują dobowe i tygodniowe wyniki szczepień, poprawiane wraz z większą dostępnością szczepionek w dystrybucji. Samego Pfizera powinno być około 2,5 mln tygodniowo, do tego Moderna czy AstraZeneca. No i Johnson & Johnson, który dzięki jednej dawce będzie ułatwiał spontaniczne decyzje o zaszczepieniu.
Astrą nadal będziemy szczepić?
Nie ma przeciwwskazania.
Są doniesienia o efektach niepożądanych, a także są problemy z dostarczaniem.
To dobra szczepionka, sprawdzona technologia wektorowa, która będzie jeszcze stosowana przez wiele lat. Producenci mają obecnie wyniki badań o wiele lepsze niż te, które składali przy rejestracji. Problemem jedynie jest przewidywalność dostaw. Dlatego są dyskusje, że w kolejnych europejskich zamówieniach AstraZeneca nie będzie brana pod uwagę, bo zawaliła wszystkie możliwe terminy i ilości dostaw. Jest nieprzewidywalna.
Jak wyglądają ceny sprzętu do walki z COVID-19 obecnie, a jak wyglądały na początku pandemii?
Największe zamieszanie było ze środkami ochrony osobistej, bo na nie popyt był największy, a jednocześnie bardzo ograniczona dostępność. Teraz rynek się bardzo uspokoił – głównie dlatego, że mamy polskich producentów i właściwie jako państwo jesteśmy niezależni. To była ważna kwestia dla pana premiera, który polecił na początku pandemii współpracę z polskimi przedsiębiorcami, aby zbudować nasze, krajowe zdolności. Ale na początku znikało z rynku wszystko, co się pojawiało, i za ceny, jakie były proponowane. Jak spojrzymy na ceny maseczek, to rozpiętość była między kilka a kilkanaście złotych za sztukę. Polscy producenci nie podnosili cen, ale mieli ograniczone moce produkcyjne. Teraz płacimy około 3 zł za model FFP3.
To po ile były te narciarskie, kupione przez Ministerstwo Zdrowia? 30–40 zł?
Bez przesady. Proszę sprawdzić w Ministerstwie Zdrowia. Ale proszę pamiętać, że wtedy brakowało maseczek na całym świecie i kupowano to, co było dostępne. Natomiast w całej pandemii uniknęliśmy wielu problemów, jakie były u sąsiadów. Nie ściągnęliśmy np. żadnych papierowych, które trzeba by wyrzucić.
Mieliśmy zrobić wielki holding maseczkowy. Tak zapowiadał prezydent. Coś z tego wyszło?
To była bardzo ważna inicjatywa, która zebrała polskich producentów i dała im impuls do działania. Koordynowało to ARP, która dostarczała wsparcia, know-how. Ten projekt został zamknięty, a dzisiaj z wieloma z tych producentów mamy regularne kontrakty.
Dlaczego został zamknięty?
Bo rynek się nasycił. Wtedy była taka inicjatywa, bo wielu producentów mówiło, że ma moce produkcyjne, ale nie wie, skąd wziąć maszyny, albo nie wie nic o normach jakości. To ARP, która miała swoje kontakty, ściągała je lub pokazywała badania jakości. I dzisiaj kupujemy między innymi od tych polskich producentów. Wielu z nich prowadzi również działalność eksportową.
Wyobraźmy sobie powtórkę, nowy wirus i znów: lockdown, przerwane łańcuchy dostaw. Czy agencja ma teraz takie możliwości, że jesteśmy w stanie wytrzymać dwa–trzy miesiące?
Tak, jesteśmy dobrze przygotowani. W magazynach mamy środki ochrony osobistej na trzy–sześć miesięcy w zależności od asortymentu. Jesteśmy też w stanie bardzo szybko uzupełniać stany zamówieniami u polskich producentów. Jeśli chodzi o moce produkcyjne, to odrobiliśmy jako Polska pracę domową i mamy wiele firm – niemal 100 proc. środków – od kombinezonów do maseczek – mamy polskiej produkcji. Rezerwą strategiczną będą również nie tylko towary na półkach, ale też moce produkcyjne. Zresztą w poprzednie wakacje, kiedy większość Polaków cieszyła się latem, my pracowaliśmy na najwyższych obrotach – zwiększyliśmy powierzchnię magazynową, z polecenia premiera kupowaliśmy sprzęt i środki ochrony. Dlatego kiedy nastała jesienna fala zakażeń, mogliśmy sprawnie prowadzić dystrybucję do szpitali. Teraz również się przygotowujemy i ani na chwilę nie zwalniamy. Musimy być gotowi, aby wspierać medyków, kiedy tylko będzie taka potrzeba. Ale mamy nadzieję, że nie będzie to konieczne i uda się szczepieniami zabezpieczyć Polaków i do kolejnej fali nie dojdzie lub będzie ona zdecydowanie mniejsza.
Rozmawiali Klara Klinger, Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak
Współpr. Anna Ochremiak