Tak z punktu widzenia użytkownika internetu wygląda sytuacja, kiedy kupuje dostęp do sieci o prędkości 20 Mb/s, a w praktyce ma zapewnienie, że przepływ danych wyniesie 8Kb/s. Internet o takiej prędkości jest równie niezdatny do użytku jak ów samochód, który trzeba popchnąć.

Znam tłumaczenia, że taki zapis w umowie to zabezpieczenie i że zastosowanie tego zabezpieczenia narzucają przepisy. Ale te tłumaczenia do mnie nie docierają, bo jeśli klientowi się gwarantuje absolutne minimum, które nijak ma się do tego, o czym opowiadają zawodowo entuzjastyczni sprzedawcy, to nie traktuje się go poważnie. To jest postępowanie, które potocznie zwie się „darciem z kogoś łacha”.

Gdyby to był jeden przypadek, można by przeboleć. Ale wystarczy porozmawiać z ludźmi, by się dowiedzieć, ilu nosi urazę do telekomów. Ilu z nich miało do czynienia z usługą poniżej reklamowanej jakości, jak częste są problemy z rozliczeniem faktur czy kłopoty ze sprzedawcą, który po sprzedaniu usługi zapomina o działaniach zmierzających do przejęcia numeru od starego operatora.

Problem relacji klient – firma telekomunikacyjna narasta tym bardziej, im bardziej te usługi stają się masowe i im bardziej dostęp do sieci przekształca się w coś równie niezbędnego jak dostęp do prądu czy czystej wody. Prędzej czy później sprawa zrobi się na tyle ważna, że postulaty, aby „coś zrobić z telekomunikacją”, trafią do polityków. A ci nie będą się przejmować oczywistymi problemami technicznymi, tylko wprowadzą takie rozwiązania, które telekomy po prostu zabolą. Tak samo zrobili z opłatami od transakcji kartami, które ścięli o więcej niż połowę, nie reagując na błagalne głosy bankowców. Całkiem możliwe, że właśnie telekomy staną się następnym celem sejmowych regulatorów. W końcu temat dotyczy wszystkich, można na nim zyskać popularność, a wybory coraz bliżej.